Po dwóch latach "najpiękniejszej przyjaźni pod słońcem i księżycem" odszedł mój przyjaciel. Odwrócił się i wyszedł, nie oglądając się za siebie. Najpierw odszedł w milczenie. Potem w gniew. Dziś nie utrzymuje kontaktu, odzywa się jedynie w potrzebie, powołując się na moją przyjaźń. Zaprzyjaźniliśmy się po moim rozwodzie, gdy potrzebowałam zrozumienia i kogoś, kto doda mi sił w codziennych potyczkach z rzeczywistością. Proszę mnie źle nie zrozumieć. To nie był "partner", "kochanek", "gach". To był przyjaciel. Myślę, że dopiero ta relacja uświadomiła mi, na czym polega przyjaźń. Teraz nie mogę znaleźć sobie miejsca, ale przede wszystkim jest we mnie ogromny strach przed zaufaniem komukolwiek, by - odchodząc - znowu nie odebrał mi wiary w drugiego człowieka.
Zaczęłam pisać blog (można go znaleźć przez wyszukiwarkę Samotny przyjaciel | Eony milczenia), żeby spróbować uporządkować własne emocje, ale to chyba nie działa. Może ktoś wie, jak poradzić sobie z samotnością i z poczuciem, że przestało się być ważnym dla kogokolwiek.