Po pierwsze bardzo proszę o nie rzucanie we mnie mięsem, bo nie jestem winna temu, co czuję i chcę poznać opinie przede wszystkim kobiet, które mają podobnie lub miały i po porodzie im się to zmieniło... lub nie.
Otóż mam 23 lata, dzieciństwo miałam dobre, jestem jedynaczką, zawsze miałam dużo troski, opieki, miłości. Od prawie roku jestem z moim obecnym partnerem i planujemy wspólną przyszłość. On na szczęście ma dwójkę dzieci z poprzedniego małżeństwa, które zostały z matką, więc powiedział, że jeśli nie będę chciała dzieci, nie będzie miał żalu, ale kiedy będziemy kiedyś gotowi, to on by chciał. Jeśli miałabym się decydować na dziecko to nie wcześniej jak koło 30-stki, więc na razie nie ma obaw, ale zastanawiam się, czy moje obawy są normalne.
Odkąd pamiętam, nie lubiłam przebywać w bliskiej obecności dzieci. Irytowały mnie, bolała mnie głowa od ich płaczu, a ich śmiech mnie denerwował. Jeszcze bardziej wkurzały mnie rozczulone mamuśki, które rozprawiały o kupkach, zupkach, pampersach, kolkach itp. Myśl o posiadaniu dziecka przeraża mnie. Jestem zmęczona jak po dobie bez zmrużenia oka, gdy przez godzinę mam się zająć młodszym kuzynem. Wiem, że mój partner jest dojrzały, ma już doświadczenie i na pewno miałabym w nim oparcie (o ile nie przejąłby 90% opieki), bo swoimi dziećmi zajmuje się wzorowo, kiedy się z nimi widzi. Mnie do tego nie zmusza, czasem sama proponuję, że z nimi gdzieś wyjdę. Jego dzieci wyjątkowo lubię, ale też tylko na krótką metę. Kiedy mam dość po prostu mówię im, żeby dały mi spokój.
Mam problemy ze snem i jestem znerwicowana mimo młodego wieku. Gdy nie mogę zasnąć niekiedy do świtu, odsypiam w dzień, śpię z zatyczkami w uszach. Jak miałabym usłyszeć płacz dziecka? Nie wyobrażam sobie w ogóle do kogokolwiek wstawać, przecież ja bym chyba zdechła ze zmęczenia. Nie znoszę, jak mi się coś narzuca, boję się, że dziecko będzie chciało się bezustannie przytulać, że tylko ja będę mogła (albo i nie) je uspokoić, chociaż wcale nie będę miała na to ochoty. Potrzebuję dużo czasu dla siebie, lubię malować, interesuję się poezją, śpiewem, nie potrafiłabym chyba poświęcić siebie komuś, zrezygnować z tego, co kocham. I właśnie - czy miłość matki do dziecka jest czymś oczywistym? Bo wydaje mi się to wątpliwe. Nie wiem, czy umiałabym pokochać taką wrzeszczącą, ciągle coś ode mnie chcącą bestię. Sama czuję się czasem taka niedojrzała i potrzebująca opieki, a co dopiero zająć się dzieckiem... boję się, że prędzej trafię do paki za zaniedbanie niż wychowam kiedyś dziecko. Albo wyląduję w zakładzie psychiatrycznym i znienawidzę siebie.
Brzydzi mnie wizja karmienia piersią, w ogóle całego porodu, wypadające macice, luźne krocze, ohyda. Jestem zła na naturę, że tak ukarała kobietę. Miesiączki, porody, obwisłe cycki z mlekiem, rozstępy... obawiam się, że straciłabym całą swoją seksualność, że nie miałabym ochoty w ogóle na bliskość. Seks jest dla mnie ważną sferą związku i chciałabym zawsze mieć na niego ochotę i zawsze być w stanie. Perspektywa tego, że coś wielkiego miałoby ze mnie wyjść, przeraża mnie i mam wrażenie, że długo nie mogłabym o tym zapomnieć podczas zbliżeń a przede wszystkim, że w ogóle bym ich nie chciała i winiła za to dziecko.
Lubię być w centrum zainteresowania, potrzebuję wiele uwagi ze strony mojego ukochanego, jest mi z nim cudownie i nie wyobrażam sobie dzielenia tego z dzieckiem, a nie daj Boże DZIEĆMI w liczbie mnogiej. Spytacie "w czym problem?", bo przecież nie muszę mieć dzieci. Przyglądam się mojej relacji z mamą, jak bardzo jesteśmy zżyte, ile dla mnie robi, ile poświęca i przyznaję, że chciałabym kiedyś mieć taką córkę. Ale no właśnie... trzeba włożyć wysiłek i kawałek siebie, by coś takiego osiągnąć, a chyba nie jestem w stanie tyle z siebie dać. Nie wyobrażam też sobie rezygnować z wakacji albo rzeczy dla siebie z powodu chorowania dziecka, jego wyprawek do szkoły i masy innych wydatków z nim związanych. Ciężar na całe życie dopóki samo nie stanęłoby na nogach.
Słucham, jak ludzie rozprawiają o aborcji, jak kobiety się oburzają, jak płaczą po utraceniu dziecka... a ja? A ja sobie myślę, Boże, co to za problem, sama nie miałabym żadnych oporów z usunięciem, gdybym teraz zaszła. Moja przyjaciółka to zrobiła i nie ma żadnych konsekwencji ani fizycznych, ani psychicznych, za to wyjechała zagranicę, poznała superfaceta i w pół roku po tym zdarzeniu wspaniale się urządziła. Jak pomyślę, ile by straciła decydując się na to dziecko, to wręcz ją podziwiam, zamiast strofować.
Skąd takie coś może się brać, jeśli moje relacje z rodzicami (dziadkami i dalszymi osobami z rodziny) są bardzo dobre? Mam również kochającego partnera, mam wszystko, czego trzeba, tylko trochę problemów emocjonalnych. Myślicie, że coś takiego ma szansę się zmienić? Może to wynika z mojej niedojrzałości i tego, że sama nie czuję się w pełni dorosła? Chciałabym przeżyć kiedyś macierzyństwo, by po prostu nie żałować, by poczuć jak to jest. Ale nie kosztem swoich marzeń, związku, seksualności. Czuję wewnętrznie, że nie powinnam się decydować kiedykolwiek na dzieci, z drugiej strony za kilka lat, chciałabym, ale obawiam się, że to tylko moja ciekawość, a nie jakikolwiek instynkt. Cieszy mnie myśl o dużym brzuszku, o trosce partnera, ale no właśnie, tylko tyle. Póki to ja byłabym w centrum.
Proszę Was o jakieś porady, ale nie o niekonstruktywną krytykę, bo ja sama wiem, że to dziwne i przykre podejście, nie potrzebuję więc dodatkowego karcenia. Ja sama czuję się dzieckiem i nie wiem, jak to zmienić.