Od mojego rozstania z exem minal juz prawie rok. W tym czasie przeszlam przez wszystkie etapy "porozzstaniowe". Efekt mam wstret do facetow. Moze to jest wynikiem tego, ze jeszcze za wczesnie na cos nowego? Poznaje roznych facetow, rozmawiam z nimi ale jak pomysle o tym, ze mialabym sie z ktoryms z nich zwiazac to mnie łamie w kościach. Mowia mi mile rzeczy, rozpieszczaja komplementami, snuja plany na weekendy. A ja? siedze i slucham, usmiecham sie pod nosem i zaraz mam ten odruch wymiotny. Najpierw mnie skreca w zoladku a pozniej zapowietrzam sie i "uciekam" ze spotkania.
Jak sobie wyobraze to budowanie "zwiazku" na nowo, to mnie sciska w srodku.
Wiecie co to znaczy walczyc sama ze soba? Chce, pragne, mam nadzieje, ze bedzie normalnie, ze juz wiecej sie nie dam wykorzystac, nie bede nikomu nadskakiwac, nie bede kochala za bardzo. Bede siebie kochac i kochac z rozsadkiem druga osobe, jest na to mnostwo teorii i dobrych rad. Ale czy udalo sie to wam wcielic w zycie, wczesniej bedac KKZB a teraz kochajaca siebie kobieta?
To jest tak jakbym caly czas musiala na wodzy trzymac wlasne uczucia dlatego mnie skreca.
Moj psycholog nakazl mi obejsc etap "zakochania" wielkim łukiem. Bo jak sie KKZB zakochuje to jest z nia koniec. Mam wejsc w zwiazek pomijajac te pierwsze "motyle" nie dopuscic ich do glosu.
Ale mnie skreca bo jestem tak beznadziejnie romantyczna i poznanie kogos bez tych calych "motyli" to dla mnie jest takie wykastrownie wlasnych uczuc z tego przyjemnego stanu gdzie ide ulica i mi sie sama buzia smieje.
Mam wstret do facetow ze musze sie wykastrowac z nadmiaru milosci jaki jest we mnie tylko po to, zeby mnie juz zaden nigdy nie zranil.