Witam wszystkich. Nie wiem czy dobrze zrobiłam, że założyłam nowy wątek, ale jeżeli nie to napiszcie mi o tym wprost.
Jestem uzależniona od narkotyków, byłam rok w Monarze i myślę, że coś mi to dało do myślenia. Regularnie uczęszczam na spotkania z terapeutą i meetingi, ani jednego spotkania nie opuściłam. Jestem trzeźwa półtora roku i wydaje mi się, że jeszcze nie miałam kryzysu. Aż do dzisiaj... Czy to może być kryzys?
Czasami zadaję sobie pytanie ''Czy ja w ogóle jestem uzależniona?" Moim zdaniem nie. Uważam, że szkodliwie używałam. A dlaczego tak sądzę? Nigdy żaden z moich znajomych nie zmuszał mnie do brania narkotyków, wręcz jak się dowiedzieli, że spróbowałam pierwszy raz byli na mnie wściekli. Później zaczęłam z nimi używać. Nigdy się nie spotkałam z tym, że mnie zmuszali do brania narkotyków. Jeżeli nie chciałam brać to nie brałam, a oni w to nie ingerowali. Nie miałam przymusu brania narkotyków, po prostu brałam bo lubiłam to robić. Potrafiłam odstawić narkotyki na dłuższy czas (np. na miesiąc) bo taką miałam ochotę. Po czasie zmieniłam zupełnie towarzystwo również na narkomanów, ale na tych bardziej zdemoralizowanych. Oni również mnie nie zmuszali do zażywania. Jeżeli nie chciałam to nie brałam, jak miałam ochotę to zażywałam. Uważam, że całe to uzależnienie wmówili mi w Monarze. Każdemu to wmawiają, dla nich nie istnieją osoby szkodliwie używające, a jeżeli się takie znajdą to 1 osoba na 100. Ja po czasie się zgodziłam z tym, że mówią o mnie uzależniona, bo nic by mi nie dała walka z terapeutami, że ja tylko szkodliwie używałam. Oni i tak by powiedzieli, że jestem uzależniona.
Już dawno to sobie uświadomiłam, ale dzisiaj nad tym głębiej się zastanowiłam.
Przeprowadziłam się z dużego miasta do jeszcze większego miasta i czuję się tam sama jak palec. Nie mam znajomych. Praktycznie cały czas siedzę w domu i się nudzę. Oczywiście powróciłam do swoich dawnych zainteresowań (taniec, bieganie), ale to jeszcze nie jest to. Ja chciałabym mieć znajomych, z którymi mogłabym gdzieś wyjść, porozmawiać, pośmiać się itp. a ich nie mam. Mam kilka koleżanek, ale zachowują się dla mnie niedojrzale jak na swój wiek. Może to ja przez te wszystkie swoje przeżycia jestem zbyt dojrzała jak na swój wiek. Nie mogę z nimi o wszystkim porozmawiać, nie wiem może to kwestia bliższego poznania się, ale myślę, że to kompletnie nie moje towarzystwo. Wspólny kontakt się załapuje często zaraz po zapoznaniu a takiego jeszcze nie załapałyśmy. Strasznie tęsknie za starymi znajomymi, nie tymi narkomanami zdemoralizowanymi, którzy byli moją drugą grupą znajomych, ale za tymi pierwszymi z którymi od razu złapałam wspólny kontakt (kolegowałam się z nimi jak jeszcze nie brałam narkotyków). Chciałabym móc cofnąć czas ale wiem, że tego się nie da zrobić. Z tą pierwszą grupą znajomych miałam masę wspólnych tematów, mogliśmy porozmawiać o wszystkim a teraz nic... TOTALNA PUSTKA, NIE MA NIC. Wiem, że to już nigdy nie wróci bo się wyprowadziłam, a nie stać mnie na to, żeby znowu się przeprowadzić tam gdzie kiedyś mieszkałam. Jest mi po prostu strasznie przykro, że się odwróciłam od pierwszej grupy znajomych bo teraz zostałam sama jak palec. Pani od meetingów powiedziała, że długo tak nie wytrzymam...