Chciałabym aby ktoś ocenił moją beznadziejną sytuację i pomógł znaleźć rozwiązanie...
Otóż od około 6 lat jestem z moim mężem (5,5 roku po ślubie). Mamy 5-letnie i 4-letnie dziecko. Ja byłam bardzo pozytywnie nastawiona na ten związek, przynajmniej na samym początku i jak mąż przestał pić (i nie pił przez 1,5roku).
Ale ostatnio mnie denerwuje, bo nawet jak przestaje i nie pije przez jakiś czas to jak zacznie to leży na ulicy, ostatnio zgarnęli go pierwszy raz na izbę wytrzeźwień... A czasami wraca i się awanturuje, moczy do łóżka (co jest dla mnie okropną porażka), ostatnio zniszczył mi drogi telefon, potrzebny mi do pracy miałam tam wszystkie kontakty do klientów, rozkład dnia, umówione wizyty do ludzi, no taką sobie znalazłam pracę biurowo-papierkową, a jeszcze do tego zupełnie sama zajmuję się dziećmi i chodzę dodatkowo do szkoły, przed ostatnimi wakacjami zdałam maturę, chciałam żebyśmy mieli szanse coś zrobić ze swoim życiem. No i masz, zepsuł mu się skuter, a on w ciągu tygodnia zaczął pić, a muszę powiedzieć że to przewidywałam, bo wcześniej jak mu się zepsuł to było to samo, od razu zaczął pić.
Teraz jest taka różnica że ja już nie mam siły do niego wracać. Jak coś wypije to trzeba uważać co się przy nim robi i mówi bo od razu coś psuje, lub niszczy. Teraz zniszczył mi telefon, wcześniej zniszczył mi komputer. Tak mnie tym zdenerwował że pobiegłam na komisariat i zgłosiłam to, po czym policjanci poszli ze mną do domu i zostali poproszeni żeby go zabrać, więc go zabrali...
Poprosiłam ich również o to żeby zwrócili uwagę na to że ma on przy sobie telefon który jest na mnie, ale niestety on śmiał mi się w oczy i jeszcze groził mi przy nich że jeszcze zobaczymy, a telefonu mu nie odebrali, chcę iść dzisiaj i zgłosić kradzież bo ten telefon jest moją własnością i mam to na dokumentach, mało tego ma również moje klucze od domu, które również chcę mu odebrać (nie jest zameldowany)...
Jak by tego wszystkiego było mało to mieszkam z rodzicami którzy mi raczej nie pomagają... Są starej daty...
Jak zdałam maturę i się cieszyłam, to moja matka mówiła - i z czego ty się tak cieszysz "łolaboga, myśloł by kto" rozumiem jak byś zdałą mature w swoim czasie, ale teraz to nie ma się czym szczycić - jej wypowiedź.
I tak wszystko co robie, to wszystko co potrafi powiedzieć, nawet jak zostają z nimi dzieci, a ja prosiłam o troche czasu żeby uczyć się do tej matury, to zgadzali się, ale następnie do wszystkiego byłam wołana, o ile w ogóle doszło do tego żeby zostali z dziećmi bo bywało że słyszałam że przecież sobie wszystko przypomnę dzień lub dwa przed maturą...
Jak byłam mała i chodziłam do szkoły, nie układało mi się z rówieśnikami, wyzywali mnie i nie lubili, twierdzili że mam wielką głowę i paskudne włosy, wyzywali od zarazków i tak dalej - prosiłam rodziców wiele razy żeby mnie z tamtą zabrali, moja matka twierdziła że muszę się nauczyć radzić w takich sytuacjach. i muszę powiedzieć że tak się nauczyłam że jak tylko mi się trafiała znajomość to odrazu ją zawierałam bez względu na to czy to był kot pies pijak czy bezdomny - nauczyłam się z tym radzić ;/ I takim to sposobem moim mężem jest alkoholik
A moja matka w ostatniej awanturze jeszcze stwierdziła że to ja sobie nie potrafię radzić z ludźmi, ona sobie radziła z kolerzankami i znajomymi, a to mnie w szkole nie lubili, jeszcze stwierdziła że jej wypominam że nie skończyła liceum i nie napisała matury, a ty? teraz zdawałaś wielkie mi rzeczy... Jeszcze stwierdziła że tak się chwaliłam że awansuję, ale zostałam zawieszona i nie wiadomo co teraz będzie, dlatego usłyszałam że jestem kretynką...
Czasami się z nimi kłócę, ale trudno się nie kłócić z kimś kto co chwile wypomina wszystkie błędy jakie się popełniło w życiu i jeszcze do tego przy każdej kłótni moja matka pokazuje jaka to ona jest zrozpaczona, a mój ojciec wpada do mieszkania po telefonie od niej i każe mi wy********ć jak mi coś nie pasuje ;(
Teraz jak poszłam po policje, a policjant poprosił mojego ojca na chwilke, to on stwierdził że jak po nich poszłam to żebym sama sobie radziła, a on nigdzie nie idzie ;/
Czasami mam dzień że bym z tąd wyszła i już nie wróciła, niech się wszyscy zastanawiają co się ze mną stało, a ja bym była daleko gdzieś, szczęśliwa z dziećmi - chciałąbym tylko tego drugiego który przytuli, wesprze...
A czasami widzę że życie mi się nie ułożyło, i chyba już nie ułoży
Prosiłabym o radę, jestem z Łodzi, jakiś psycholog, psychiatra, gdzie udać się w sprawie rozwodu, chciałaby odebrać prawa do dzieci temu człowiekowi (nigdy się nimi nie zajmował), a jak byłam chora to nigdy mnie nie wsparł, dla odmiany jak leżał ze złamaną nogą tyle czasu w gipsie to dostawał jedzenie do łóżka...
PS. przepraszam że tak wszystko opisałam byle jak i tak trochę nie pokolei, ale niestety tyle jeszcze we mnie emocji i rozpaczy że nie potrafiłam myśleć logicznie. ![]()