postanowiłam opisać swój problem tutaj, bo nie mam za bardzo z kim o tym porozmawiać.
Bazując na mojej historii można by pewnie napisac jakąs opowieśc albo ksiązke ale do brzegu.
Postaram sie najlepiej chronoligicznie jak potrafie
Mam 22 lata, jak wiele nastolatek w okresie szkoły średniej mialam wielu chłopaków na okres miesiąca, 2, max 6 miesięcy. Z nikim się nie udalo i szukałam kogos wyjatkowego, bo z poprzednich zwiazków nic nie wychodziło. W czwartej klasie technikum poznałam "A", przepisał sie do mojej klasy z innej szkoly. Od pierwszego momentu poczułam , ze chyba sie zakochalam i bardzo mnie zainteresowal. Duzo z nim rozmawialam i z dnia na dzien podobal mi sie coraz bardziej. Liczylam, ze "A" podejmie jakis krok i zblizy sie do mnie bardziej. On byl bardzo niesmialy ale zawsze mialam slabosc do niego. Nie chcialam mu sie narzucac i w grudniu czwartej klasy zaczęłam chodzic z chlopakiem "R", ktory bardzo o mnie zabiegal. Jak teraz na to patrze to bylam z nim chyba tylko, ze nie chcialam byc sama. Przez okres trwania tego zwiazku (6 miesięcy) wgl go nie dażylam żadnym uczuciem on mnie tez. To poprostu bylo bo bylo. Myslami bylam caly czas z "A". W koncu mialam dosc zwiazku z "R" i wznowilam kontakt z "A" i zerwalam z "R" (nawet sie tym nie przejął). Z "A" bardzo dobrze sie rozumielismy. W maju czwartej klasy doszlismy do wniosku, ze mozemy spróbowac i udało sie. Bylo wspaniale, piekne chwile, super sex. Byl bardzo uczuciowy i delikatny. Czulam sie z nim bezpiecznie, wyjątkowo. Dziesiatki razy dziennie mowilam mu, ze go kocham. On odwzajemnial mi tym samym. Czasem byly klotnie ale to on zawsze sie bardzo staral o mnie, robil wszystko zebym byla szczesliwa i zadowolona. Nie byl typem bardzo rozrywkowego faceta. Byly rozne wyjscia czasem do kina itp. ale ja chcialam tylko jego. Moglam z nim przelezec caly dzien ogladajac filmy, caly czas motyle w brzuchu jak u malej dziewczynki. Planowalismy wspolne zycie, wspolne mieszkanie, zareczyny, slub, dzieci, cale zycie razem. Codziennie obiecywalismy sobie , ze bedziemy zawsze razem. Te piekne chwile trwaly przez ok 2 lata, sielanka czasem nudno ale milosc zwyciężała ze wszystkim. Poszłam na studia do Wrocławia, tam zamieszkałam w akademiku, a on pracował w Opolu i bardzo czesto przyjezdzal do mnie po pracy i nocowal. Czulam sie jakby był moim mężem. Kładł się na łóżku gdy przychodził i zawsze udawał, że śpi i namawiał mnie żebym masowała mu plecy. Gdy rano wychodzil na pociag do Opola bylo mi smutno, ze juz musi isc i tesknilam zaraz po zamknieciu drzwi choc wiedzialam, ze przyjedzie znowu w ten sam dzien lub na zajutrz. Widzialam jak bardzo mu na mnie zalezy, byl zawsze gdy go potrzebowalam, zawsze mnie wsipieral. Az nagle cos mi sie przeprogramowalo w glowie. Na drugim roku w maju (2014) zaczal mnie strasznie denerwowac, bo narzekal na wszystko, czulam sie nim osaczona, byl codziennie i juz rzygalam jego obecnoscia. Chcialam odpoczac. W ten czas zaczelam pisac z chlopakiem z Warszawy, wydawal mi sie jakis inny, fajniejszy, nie bylo nudów z nim, zaczelam sie z nim potejemnie spotykac. Powiedzialam "A", ze cos we mnie sie wypala i nie wiem co do niego czuje , zeby dal mi na razie spokój. Nie potrafil sie z tym pogodzic przez 2 tygodnie ale zapewnialam go , ze wroce do niego. Nie widzielismy sie przez miesiac ale on caly czas pisal i staral sie, chcial walczyc, mowil, ze sie zmieni choc naprawde czulam, ze jest idealny ale nie potrafie z nim byc, sama glupia nie wiem czemu. Powiedzialam po miesiacu, ze zdradzilam go z tym chlopakiem z Warszawy, "A" mi bardzo latwo wybaczyl, bo nie chcial mnie stracic, nawet powiedzial , ze pomoze mi sie po tym wszystkim pozbierac i damy rade, ze bedziemy zawsze. Z chlopem z warszawy zerwalam kontakt, powiedzialam, ze zaluje tego co sie stalo i koniec znajomosci. Z "A" wznowilismy spotkania ale tylko na 3 tygodnie, przez te 3 tygodnie widywalismy sie codziennie, przytulalismy sie ale mi znowu cos sie pomieszalo w glowie strasznie. (aż mi wstyd co robie ze swoim życiem). W sierpniu Powiedzialam 'A", ze nic do niego nie czuje , ze jest dobrym czlowiekiem, fajnym facetem ale go nie darze miłością. Zaczęlam spotykac sie z chlopakiem z mojego osiedla "W", swietnie sie z nim rozumiem i jestem z nim juz w związku od konca sierpnia tego roku. "A" nie dał za wygrana, błagał, prosił, płakał, codziennie smsy, telefony, mówił, ze kocha, ze wszystko dla mnie zrobi ale ja jestem nieugięta aż zaczął mnie denerwować w pewnym miomencie, nie dawal spokoju. Nie widzielismy sie z "A" juz ponad miesiac, przestal pisac, moze chce o mnie zapomniec. Nigdy nie tesknilam za "A" był zawsze i przestal byc dla mnie atrakcyjny ale kochal ponad zycie i ponad wszystko. Wiemm, ze umialby wszystko zrobic dla mnie. Od tygodnia zaczelam sie zastanawiac dlaczego jestem z 'W", NIE ZNAM ODPOWIEDZI, nie kocham go ale jestem z nim. Nic do niego nie czuje. Chyba jestem z nim dlatego, ze pozwolil mi sie uwolnic od "A", pokazal cos innego, cos fajnego. Teraz "A" od mnie nie pisze juz od miesiaca i czuje sie dziwnie z tym. Jest mi glupio, ze nigdy go nie docenilam za to wszystko ro robil dla mnie ale nie moge tak teraz do niego wrocic, wszystkim powiedxialm ze konieec, jemu tez, wyjde na idootke jak wroce do niego. Moze nie czuje teraz tej milosci do 'A" ale nie chce za opare lat zalowac, ze go zostawilam. Wiem, ze jestem strasznie glupia i nie umiem tego poukladac wgl. Mysle o "A" codziennie, jego kochalam, a spotykam sie z "W" , z którym jest niby fajnie ale go nie kocham. Boje sie, ze 'A" juz to olal i nie chcialby juz do mni wrocic. Jest mi go tak cholernie szkoda. Nie znam nikogo kto tyle by zrobil dla dziewczyny co "A" dla mnie. Nie znam nikogo kto tyle sie nacierpial.
Podsumowujac jestem z 'W" , ktorego nie kocham ale jest niby spoko, bo sie dogadujemy i on mnie rozumie i odciagnal mnie od tych blagalnych prosb "A", a z drugiej strony nikogo tak nie pokocham jak "A" i nikt mnie tak nie pokocha jak "A". Co zrobic:? Moze powinnam byc teraz sama, przemyslec to wszystko. Te sprawy zaszly tak daleko, ze nie wiem juz wgl co zrobic. Powoli zaczynam tesknic za 'A", bo 'W" nie jest taki sam. Nie mam pewnosci czy "A" bedzie na mnie czekal ale na pewno chce mu to wszystko wynagrodzic, bo jest wspanialy. Najgorsze jest, ze obwinia samego siebie, a to ja zrobilam mu miliony przykrtosci. Jestem pewna bede tesknic za "A" skoro nigdy za nim nie tesknilam to w koncu to przyjdzie i mnie dobije. Co wybrac, serce czy rozum? "A" czy "W", a moze samotnosc? Zpbaczyc za kim bede tesknic. Jedno wiem jestem okrutna i zaczynam to wszystko rozumiec, ze strasznie traktuje tych , ktorych kochalam. Prosze o rady a nie krytyke, bo juz jestem dobita do ziemi totalnie.
Prosze o wypowiedzi i pomoc jakies rady takze od facetow.