Dziewczyny pomóżcie. Napiszcie co robić, bo czuję, że brnę w w złym kierunku i wyrządzam krzywdę sobie i dziewczynie.
Ja: wolny, 24 lata, małe doświadczenie z kobietami, jak już spotykam się to na serio, a nie dla zabawy i zaliczenia, mieszkam sam.
Ona: zajęta, 26 lat, mieszka z facetem 2 lata, są w związku (szczęśliwym? nie wiem), ewidentnie szukająca kontaktu.
Sytuacja I etap: Zatrudniła się do firmy w której pracuję i od razu dość mocno wpadła w oko. Dobrze nam się rozmawiało i pracowało, więc postanowiłem zaprosić ją na kawę. Kawa nie wypaliła, bo okazało się, że jest zajęta, ale jeszcze wtedy tego nie mówiła. Widziałem cały czas, że darzy mnie większym kontaktem niż innych, więc chciałem się spotkać na zewnątrz i wybadać jej sytuacje. W między czasie zaprosiłem ją także na FB, nie miała żadnego zdjęcia z chłopem, co w połączeniu z szukaniem kontaktu utwierdzało mnie w przekonaniu, że jest wolna. Po paru dniach od momentu zaproszenia dowiedziałem się, że jest w związku i mieszka z facetem. Przez długi czas nie mogłem w to uwierzyć, bo oprócz tego co wcześniej napisałem zawsze mówiła tylko w formie pojedynczej, nigdy nie wtrącała MY "(ja z moim)". Długi czas się łudziłem, że nie ma faceta i po prostu ze mną pogrywa i bawi albo szuka kolegów(?). W tym czasie zaczęło powoli iskrzyć po mojej stronie. Jako, że czasami sytuacja wymaga posiadania kontaktu (służbowego) poza godzinami pracy, dała mi sama z siebie numer telefonu, co było dla mnie szokiem (akurat ja z nią kontaktu służbowego utrzymywać nie musiałem, w dodatku sama z siebie co mi się zdarzyło pierwszy raz).
Sytuacja II etap: No i jak się domyślacie pizło. Spotkaliśmy się już następnego dnia po robocie i rzeczywiście dowiedziałem się, że ma faceta (który pracuje do późna i to jest chyba największym jej problemem). Jednocześnie ustaliliśmy, że na siebie lecimy. Zaczęło się z czasem smsowanie i "przypadkowe" spotykanie. W między czasie ona się zwolniła (całe szczęście?), bo znalazła lepszą robote, ale nie przeszkodziło to nam w dalszym utrzymywaniu kontaktu. Zaczęło ewidentnie iskrzyć po drugiej stronie. Jednak spadło na mnie otrzeźwienie i stwierdziłem, że tak nie może być - wpieprzanie się w czyjeś życie z buciorami to nie jest zasada, którą w życiu wyznaję. Kolejne spotkania tylko podgrzewały relacje, zamiast je studzić (ogólnie nie doszło do kontaktu cielesnego, bo sobie postanowiłem, że nie ma bzykania z zajętą dziewczyną i kropka). Były już ostatnie spotkania i inne takie. Wczoraj spotkaliśmy chciałem powiedzieć i powiedziałem, żeby definitywnie usunęła mój numer telefonu, ale zamiast tego siedzieliśmy wpatrzeni i wtuleni w siebie. Zmiękła mi bardzo wczoraj i mówiła, że bardzo na nią działam i to nie takie proste.
Ja zakochałem się ewidentnie i wiem to od dawna, ale po niej widzę, że z dnia na dzień iskrzy coraz bardziej. CO robić? Czy kompletne zerwanie kontaktu to jedyne wyjście? Nie chcę krzywdzić jej i siebie i rozbijać związków. Myślę o niej 24h na dobę, mam problemy ze spaniem i jedzeniem, chciałbym to skończyć, ale nie mogę. Tłumaczyłem jej, że to wszystko nie ma sensu - a ona mi, że nigdy nie rozumiała takiego "spotykania się" jej koleżanek, a teraz sama tak robi. Nie idealizuję jej, wiem, że nie jest idealna. Jak sobie pomyślę, że miałbym definitywnie zerwać kontakt, to robi mi się niedobrze. Dziewczyny pomóżcie.
kkkkkk90