Dobry nauczyciel sobie poradzi, a kiepski po prostu nie. U nas w liceum było bardzo dużo osób kiepskich z matmy, w tym ja. A do tego babka nie umiała przekazać swojej wiedzy. Owszem, bardzo chciała, ale kiepsko tłumaczyła i potwierdzić mógł to każdy. Miała z nami też wyrównawcze, ale nikt z nas dzięki temu lepiej nie rozumiał materiału, więc postępy na nich czynione były również kiepskie. Efektem czego byłó to, że na 30 osób było u nas 19 zagrożeń z matmy. No i nie przez lenistwo, ale w głównej mierze za to, że tak źle tłumaczyła nam materiał, nie dawaliśmy rady. Nie tłumaczę tak tego, że nauczyciel to winny jak uczniowie mają zagrożenia, ale w tej sytuacji w dużej mierze tak było. Ci dobrzy z matmy dawali sobie radę, bo im wiele nie trzeba, ale my, czyli Ci słabsi niestety już nie. Tutaj dobry nauczyciel jest ważny. Tak więc widać tutaj nawet wyrównawcze niewiele dawały, bo kiepska nauczycielka.
Natomiast, potem nie zdałam, zabrakło mi jednego punktu na poprawce, a na ustnym dostałam zadanie, którego nie umiałam... No i nie zdałam. Na szczęście przyjęto mnie do liceum wieczorowego, mama pomogła mi w tym, powiedziała, że nie ma co tracić przez to roku
No i co? Przyjęli mnie do 3 liceum, mimo niezdania, nie musiałam powtarzać roku. Chodziłam tam co 2 tygodnie, płaciłam, ale na szczęście nie jakoś dużo i od tego faceta od matmy nauczyłam się więcej niż przez pozostałe lata nauki. Ja słaba z matmy zaczęłam w końcu dawać sobie radę. A zajęcia tylko co 2 tygodnie, widać da się przy dobrym nauczycielu
A tak to w edukacji oprócz tej babki w liceum od matmy miałam w gimnazjum, podstawówce też babki i kurczę, nie chcę uogólniać, ale one też kiepsko uczyły. Jakaś zmora
Matura już łatwa była to fakt, ale i tak dzięki temu facetowi od matmy dopiero zdałam ją na 60 %.
Tak że myślę, że jak dobry nauczyciel, to często nawet i te dodatkowe wyrównawcze czy jakieś czekanie z materiałem nie będą konieczne, bo nawet słabsi uczniowie sobie poradzą jak bardzo dobrze tłumaczy, tak było przynajmniej w moim przypadku, a jak widać ja naprawdę byłam kiepska z matmy, zawsze miałam z nią problem, a dopiero w tym wieczorowym od tego faceta z matmy czegoś się lepiej nauczyłam. Nie mówię, wiadomo, mimo dobrego nauczyciela nadal ktoś niby może nie dawać rady, mieć braki, ale to wtedy warto pokazać uczniowi rozwiązania, motywować czasem można chwilę zostać po lekcji, wytłumaczyć czy wyrównawcze. No i dobry nauczyciel na tych wyrównawczych to coś wytłumaczy i naprawdę to do uczniów wiele trafi, a słaby nie będzie w stanie tego dobrze wytłumaczyć i z tych wyrównawczych niewiele się wyniesie, tak jak było u nas.
Natomiast do kogo dostosowywać poziom, to właśnie ciężkie pytanie, bo jak mówię jak dobry nauczyciel to pewnie i trudniejsze rzeczy można opanować, ale jednak do najlepszych poziomu lepiej nie równać, bo wiadomo, że jednak np ja nie będę z matmy tak dobra jak szóstkowy uczeń, więc równanie poziomu tak wysoko nawet przez dobrego nauczyciela byłoby kiepskie. No to najlepiej do tego przeciętnego, ale tych trudniejszych rzeczy też uczyć, z tym, że nie wymagać, by każdy je znał. Przeciętny uczeń, jak ja pewnie załapie podstawy jak ja podstawy z matmy i ok, to starczy, u mnie to i tak wiele, bo naprawdę byłam kiepska. A inny uczeń np jest bardzo dobry, ma dryg, to pewnie załapie dużo więcej, potem to wykorzysta i po prostu będzie miał lepszą ocenę. Czy czekać z materiałem jak ktoś nie nadąża? Z raz można tak zrobić, ale tak nagminnie to nie. Wtedy raczej wszyscy stracą niż zyskają, a jak ktoś ma braki to musi to nadrabiać, jeśli wcześniej olewał, wtedy wiadomo, że nie ma lepszej opcji.
A i powiem jeszcze tak, ten facet od matmy dawał też inną atmosferę. Zawsze bałam się, stresowałam na matmie iść do tablicy, przy tej babce też. Była miła, ale nie miała takiego podejścia no i źle tłumaczyła jak pisałam. Jak szłam u niego, to nawet jak czegoś nie umiałam, to przestałam w ogóle mieć strach, by podejść do tablicy. Umiał to pan wytłumaczyć dobrze i w końcu przy tej tablicy nawet jak nie umiałam, to pomógł tak, że wkrótce napisałam to dobrze albo coś tam mi poprawił i było ok. Tak z super podejściem. A w gimnazjum to babka miła też, ale nie lubiłam iść do tablicy, bo ona wtedy liczyła, że będziesz umiał, a jak nie umiałeś, to tylko ciskała gromy wzrokiem i jak podpowiedziała przy tablicy to niechętnie. No i jak wtedy masz lubić być przy tablicy czy się czegoś nauczyć? A takie podejście jak ona to w sumie ma chyba sporo nauczycieli, że przy tablicy jesteś, to masz umieć, jak nie to będzie bura. No i nic dziwnego, że potem uczeń się stresuje. Ja dopiero w tym wieczorowym LO zobaczyłam, że może być inaczej, co mnie bardzo cieszy.
Uważam, że atmosfera terroru nic nie da, to wręcz dla mnie jak poniżanie ucznia, potem on czuje się taki maluczki i gorszy. Nie chodzi o to, by nie mieć wymagań, ale by stworzyć odpowiednią atmosferę, by pójście do tablicy nie kojarzyło się z pójściem na ścięcie. A wiadomo, że jako słabsza z matmy czasem postałam dłużej i w tym wieczorowym LO przy tablicy, ale wszystko odbyło się w takiej atmosferze, że przestałam się tym stresować i właśnie komuś, kto gorzej umiał pan poświęcał więcej czasu, bo wiadomo bez sensu brać do tablicy tych co to świetnie umieją. Lepiej brać więcej tych, co potrzebują się nauczyć, ale właśnie przy odpowiedniej atmosferze. Teraz już wiem, że tak jest świetnie i wtedy po prostu w końcu zapomniałam o tym stresie, dopiero przy tym facecie. To jest matma, ale przy innych przedmiotach podobnie warto postępować i tak intuicyjnie nauczyciel może naprawdę wiele zrobić 
Rozpisałam się
No, ale akapity są, więc odczytać się da 