Witam bardzo serdecznie wszystkie Forumowiczki oraz Forumowicz
Weszłam na to forum, ponieważ potrzebuję obiektywnej opinii. Temat dotyczy mojego byłego partnera. Zacznę może od początku. Jestem 26 letnią osobą, studiuje dziennie i poszukuję pracy. Mój był chłopak ma 29 lat, nie pracuję i nie może podjąć pracy do końca swojego życia, ponieważ jest osobą po tragicznym wypadku, ma rentę z tytułu niepełnosprawności. W zasadzie jest osobą w pełni sprawną i normalną ale ma poważnie uszkodzoną część ciała- głowę, jego wygląd się zmienił w znacznym stopniu. Prawdopodobnie do końca życia będzie na lekarstwach przeciwko padaczce. Tak czy inaczej cudem przeżył, ale jego stan zdrowia jest ogólnie zły. Dodatkowo choruje na inne przypadłości, większość życia spędza w szpitalach. Znamy się ponad 2 lata. Zaczęliśmy związek po 1,5 roku znajomości, wcześniej byliśmy dobrymi znajomymi, przyjaźniliśmy się. Potem zaiskrzyło między nami, dostrzegłam w nim wiele zalet, jest dobrym człowiekiem, pokochałam go, zaakceptowałam, on kochał mnie od początku znajomości. Oboje zaangażowaliśmy się w związek. Problemy zaczęły się w krótkim czasie po rozpoczęciu związku, kiedy mój były chłopak zamieszkał ze mną i znajomymi. Nie podobało mi się od początku to, że on nie potrafił zrobić w domu najprostszej czynności ani ugotować sobie ani nawet uprać... bo mieszkał całe życie z mamą, babcią. Widziałam, że jest niezaradny w żaden sposób. Ponadto, zdarzyło mi się przyłapać go na paleniu marihuany. Szybko okazało się, że on jest uzależniony. Znajomi go wsypali. Pod moja nieobecność robił to praktycznie bez przerwy. Czasem wyjeżdżałam nawet na kilka dni do innego miasta. Zaczęły się kłótnie, awantury, klękał, przysięgał, że to nie prawda, że kłamstwa... ale ja wiedziałam swoje. Co było najgorsze w tym wszystkim. Jego zachowanie. Wrzeszczał, płakał i wykłócał. Zachowywał się jak niezrównoważony. Wypierał w żywe oczy przed moimi znajomymi. Przez jego krzyki i awantury musieliśmy się wynieść w trybie natychmiastowym, ponieważ właściciele usunęli nas z mieszkania. Zerwałam na jakiś czas kontakt.
Postanowiłam dać mu szansę, obiecał, że to się więcej nie powtórzy. Po jakimś czasie sielanka się skończyła, gdy przez przypadek weszłam na jego pocztę i przeczytałam wiadomości, w których proponował spacery i kolację innej dziewczynie dużo młodszej. Dodatkowo okazało się, że jego problemy z uzależnieniem wcale nie minęły i dalej pali, a mnie oszukuje. Z wielkim hukiem zakończyłam znajomość, nie chciałam go znać, rozmawiać ani kontaktować się i wtedy zaczęła się cała afera. On za nic w świecie nie chciał odpuścić. Zaczęły się wyzwiska w stosunku do moich współlokatorów z którymi zamieszkałam w innym miejscu, nachodzenie nas, nękanie, dobijanie się do drzwi, wydzwanianie, śledzenie itp. Nie musze pisać, jest mi ciężko o tym pisać. Nachodził mnie nawet na uczelni parę razy, cały incydent zamierzałam zgłosić na policję. Musiałam się przed nim ukrywać ale to niewiele pomogło. Zaczęły się nachalne telefony do moich rodziców, smsy, że go rozkochałam i zostawiłam jak psa. Nie mogłam sobie poradzić z nim. Straszył mnie wiele razy, że sobie coś zrobi, myśli samobójcze... chłopak zachowywał się jakby był stuknięty. Wszyscy moi znajomi, którzy widzieli co się dzieje, uznali, że chłopak jest zaburzony i nieobliczalny. Nie mogłam się od niego uwolnić przez pół roku, aż w końcu coś we mnie pękło i postanowiłam porozmawiać. Od tamtej pory minął miesiąc. Rozmawiamy normalnie, uspokoił się, wszystko wróciło do normy. Dałam do zrozumienia, że możemy zostać przyjaciółmi i spotkamy się pogadać jak wróci z zagranicy za ponad miesiąc. Utrzymuję z nim swobodny kontakt, piszemy do siebie. Twierdzi, że rzucił nałóg, ponieważ ma poważne problemy znowu ze zdrowiem.
Może to co piszę zabrzmi dziwnie... ale wydaje mi się, że ja nadal co do niego czuję. Jestem z nim zżyta, przywiązana, bardzo go lubię i mam wiele miłych wspomnień. Czuję jakby coś pękało we mnie, jakby tęsknota zanim... nie chcę być źle zrozumiana, ale naprawdę czasem mi go bardzo brakuje. Z drugiej strony poznałam go od najgorszej strony i... on mnie przeraża. Widziałam jaki jest i do czego jest zdolny w nerwach, całkowicie traci nad sobą kontrolę, nie potrafi przestać, uspokoić się, emocje nim rządzą i uważam nawet że może mieć jakieś ukryte problemy psychiczne. Wiele w życiu przeszedł i wycierpiał, po tym wypadku cały jego świat runął w gruzach. Myślę, że może terapia przywróciłaby go z powrotem do normalności bo ewidentnie chłopak ma problemy ze sobą, z tym że nie może podjąć pracy zarobkowej, także z powodu wyglądu, który mi co prawda nie przeszkadza ale on uważa, że ludzie patrzą na niego jakby był inny. Wiem, że on mnie bardzo kocha, ciągle powtarza, że jestem dla niego tą jedyną, z którą pragnie założyć rodzinę i mieć dzieci ale ja ? Po tych wszystkich wydarzeniach stoję na rozdrożu. Nie widzę przyszłości w tym związku, ponieważ zaufanie dawno już odeszło. Wiem, że potrafi kłamać i oszukiwać. Nie wiem czy to co mnie do niego ciągnie to miłość czy litość, bo wiem, że przede mną zostawiła go narzeczona. Niedługo przed ślubem. Jest mi go z drugiej strony bardzo szkoda, bo wiem, że po naszym rozstaniu całkowicie załamał się psychicznie, przestał jeść, przestało mu zależeć na życiu i podupadł na zdrowiu jeszcze bardziej. Czuję się winna z tego powodu. Sama nie wiem... jesteś w kompletnej rozsypce... z jednej strony ciągnie mnie do niego i tęsknie za nim, myślę, że można jeszcze spróbować. Z drugiej strony związek z nim przyniósł mi więcej bólu i rozczarowania, a w dodatku jego desperackie próby odzyskania mnie i mojego zainteresowania sprawiły, że zniechęca mnie świadomość tego, jakim okazał się być człowiekiem. Jeśli chodzi o jego problem z nałogiem. On mówi i przysięga, ale ja w środku wiem, że on tego nie zmieni. Zrobi wszystko, żeby mnie nie stracić, będzie nawet uporczywie kłamał i wyrzekał się.
Czy ktoś kiedyś był w podobnej sytuacji ? Proszę o wypowiedzi. Tak jak piszę. Biję się z myślami, bo wiem, że chłopak jest zakochany, za żadne skarby tego świata nie chce odpuścić i rozstać się. Ja bym chyba wolała się przyjaźnić, aczkolwiek pozostać dobrymi znajomymi, ale wiem że to nie jest możliwe. Próby zerwania z nim kontaktu to już całkiem piekło na ziemi. Prześladowanie, nachodzenie i wydzwanianie do rodziców, znajomych, koleżanek... Kochałam, ale się zawiodłam i mimo, że czuję nadal chęć bliskości, tęsknotę i przywiązanie... ale też nie widzę żadnej przyszłości i zmiany na lepsze. Uważam, że to obiecanki, że on powie wszystko i zrobi wszystko, żeby tylko mnie odzyskać... ale natury swojej przecież nie zmieni, a problemy które ma ze sobą po wypadku, niszczą i jego i mnie.