Hej, muszę się wypisać.
Jestem dwudziestoparoletnią dziewczyną.
Mojego byłego już chłopaka poznałam, gdy jeszcze chodziłam do liceum, w ostatniej klasie. Wtedy byłam imprezową(ale nie do przesady), spontaniczną, wesołą dziewczyną, żyjącą z mamą, z którą nie mogłam złapać kontaktu.
Zakochaliśmy się w sobie bez pamięci, on robił dla mnie wszystko, ja nie wierzyłam w to, że w końcu mnie ktoś pokochał, przez baardzo złe relacje z mamą straciłam trochę poczucie własnej wartości. Byłam jak dwie osoby, dla ludzi uśmiechnięta, pogodna, w domu cień człowieka. Czasem też nie wierzylam, ze ktos mnie kocha, ze pokochal, bywaly klotnie, jakies niedomowienia..
Przeprowadziłam się do niego, do większego miasta (pochodzę z totalnej wiochy), zaczęłam jakieś studia, które przerwałam. Zaczęły się problemy, z pieniędzmi, bo mama nie chciała mi pomagać, a ja nie chciałam z nią wchodzi w jakieś sądowe porachunki. Mój chłopak mieszkał z rodzicami, ja się wprowadziłam do nich, po paru miesiącach były mega zgrzyty, więc wyniosłam się do pokoju, a tam wspólokatorka była mega toksyczna, zniszczyła mi trochę psychikę. I tak postanowiliśmy razem zamieszkać. Ja miałam pracę, ale mało zarobkową, mało rozwijającą. On tez miał pracę, którą lubił, ale też kokosów z tego nie było (bywały czasem, bo zarabiał różnie). Kłóciliśmy się często o kasę, a ja jestem, panikarą, ale taką mega. Wpadłam w stany depresyjne, przestałam być taka jak dawniej, robiłam mu czasem jazdy, ze wyszedl z kolegami na piwo, wydal tyle i tyle, a nie mamy kasy i ja sie bardzo boje, nie czuje sie bezpiecznie. Na problemy rozmawialismy zdawkowo, a jak rozlegle, byla z tego jakas kłótnia.
On bardzo lubi piwo. Bywały miesiące, gdy pił codziennie, a jako, ze miałam ojca alkoholika, a on matkę, bałam się. Zaczynałam mu gderać, że się uzależni, że się boję, że stanie się taki jak jego matka. To byłą dla niego najgorsza pogarda.
Parę razy czułam, że jestem z nim z lęku przed samotnością, ale te myśli były ulotne.
Ja zaczęłam popadać w depresję, a on nie mógł sobie z tym poradzić, z tym, że czasem robiłam z niego worek treningowy. Dochodziła mega niska samoocena i to, że poczułam, że powraca moje dawne schorzenie, które zniszczyło mi wiele, wiele w życiu (jąkanie). Mam tak, że się tego wstydzę, ale w końcu mu powiedziałam, że się boję, że nie znajdę innej pracy. W tej pracuję również w weekendy, więc często wychodził sam, a ja mu robiłam jazdy o to, że miał wypić 2 piwa a wypił 8 itp. itd.
Czułam, że nie jestem sobą, mówiłam mu o tym, czułam się jak w zamkniętej klatce mojej psychiki. Nie jąkam się przy nim ani ludziach dobrze znanych, więc on mówił, że to sobie ubzdurałam. Dla mnie to była katastrofa, zaczęłam się zamykać na ludzi, miałam tylko praktycznie jego i jakies tam sporadyczne kontakty.
Próbował mnie motywować kopniakami, a ja potrzebowałam czułości, ciepła. Mówiłam mu o tym, że nigdy nie miałam ciepła rodzinnego, że chce. Dawał mi na jakiś czas, do kolejnej mojej awantury o pierdołę, przez moją psychikę. On nigdy mnie nie zabrał do logopedy, psychologa, przebąkiwał, że pojdziemy, ale ja chciałam, by mnie wyciągnął za fraki. Parę razy go rzucałam, ale tak na pół dnia dosłownie, chciałam na tym na niego wpłynąć (wiem, źle)
I tak żylismy, przeprowadzilismy sie do innego mieszkania, obiecalismy sobie, ze robimy kolejny fresh start, że będzie dobrze. A ja nie potrafiłam patrzec na to, ile on pije. Nie upijal sie, pił tylko piwo, bo lubi, ale nie czułam bezpieczeństwa. Często panikowałam w srodk miesiąca, że nie kończą nam się pieniądze, że co zrobimy, a on podchodził do tego na mega luzie. Parę razy zmusiłam go, bysmy zrobili jakis plan, chcialam fajnego, stabilnego związku. Jeśli juz sie godził na cos takiego, z ogromna niechecia.
Ja przytyłam, zajadałam emocje, probowalam prosic, by byl taki czuły jak kiedys. Mowil mile słowa, ale na życzenie, co jakis czas. Ja wpadłam w mega mega marazm. Bałam się zmienic pracę, a w swojej się obrzydliwie dusiłam, panuje tam zla atmosfera, złe godziny, czuję jak tracę młodość.
Poczułam się trochę samotna, bo on kiedy widział, że mam dobry humor to odpuszczał jakąś probe wsparcia. Czułam się samotna w tym zwiazku, nie wiem dlaczego, bo był dla mnie dobry.
Ja zaczęłam pobłażać jego zainteresowania, wjezdzac mu na ambicje, ze moze zarabiac wiecej, ze moze byc lepiej itp. a sama ze soba nic nie robiłam, przestałam marzyć, przestałam widzieć cokolwiek pozytywnego. Potraciąłm znajomosci, nie wykorzystywałam szans na zdobycie nowych.
On mowil czesto, ze teskni za starą dziewczyną, że tak nie moze byc itd.
W tym roku zaczęłam się wkurzać, powoli cos zmieniac, poprosilam go o terapie, naciskac, bysmy odlozyli itd. On sie ucieszyl, zgodzil sie. Na te terapie nie poszlam, bo mielismy wazniejszy, pilny wydatek.
Ale zaczelam patrzec na wszystko inaczej, zaczelam troche rozumiec, ze moze wychodzic raz na tydzien z kumplami, ze jak ja nie moge, to pojde kiedy indziej, wychodzilismy razem. Dalej byly klotnie, bo we mnie pozostaly te czaski paniki o brak bezpieczenstwa. Zaczęłam szukać pracy, pomyslalam, ze to czas na zmiane.
Wcześniej też nie było tak,że moje zachowanie jest pernamentne, tez bywało duzo chwil, gdzie dbalam o niego, wychodziłam, bylismy na wakacjach itp.
Zostawił mnie dwa tygodnie temu. Świat mi sie zawalil, bo go bardzo kocham, przynajmniej mi sie tak wydaje. Powiedział, ze nie chce mnie krzywdzic, ale musi, przestal kochać, dusi się, przestał tęsknić..Ze nie chce zwiazku, chce robic co chce, zeby nikt mu nie truł d*** itd. Przezylam mocno. Najbardziej mi było żal, ze nie pokaze mu, jak sie zmienilam, a on tak bardzo chciał. Że nie byłam sobą wtedy, że miałam jakis okropnie cięzki czas. Błagałam, by został, że się zmienię, teraz na pewno. On powiedzial, zebym sie nie zmieniala, bo jestem naprawdę fajną dziewczyną, z bałaganem w głowie, ale fajną. I że on mnie hamował w jakiś sposób, nie potrafił mi pomóc, że bez niego rozkwitnę jak kwiat.
Spotkałam go wczoraj z inną dziewczyną. Cios w serce. Patrzył na nią tak czule. (wiem, że poznał ją po rozstaniu, tego jestem pewna, nie był z nią w czasie trwania związku)
Czuję, że zniszczyłam miłość mojego życia. Byliśmy 5 lat. Oo mowi, ze po prostu sie odkochał i co bym nie zrobiła, tak musiało być. Ostatnio powiedział, że gdyby nie mój charakter pesymistyczno-kompulsywny, nerwicowy itd.
Nie umiem sbie wybaczyc, nienawidze się. To jest facet idealny, inteligenty, zabawny itd. A ja palę po 3 paczki papierosow, nie jem, czuje taki zal do siebie, nie umiem sie pogodzic..
Ludzie mi tłuką do głowy, ze nie był taki perfekcyjny, ale dla mnie był. Juz nigdy nie spotkam nikogo takiego..