mhm, nie mam dzieci, więc powiem o sobie, jak było jak mieszkałam z rodzicami - nie miałam nigdy stałych domowych obowiązków. u mnie w domu zawsze był porządek, więc utrzymywanie porządku już w podstawówce było dla mnie rzeczą naturalną. nikt w domu nie gotował, więc nie było też z tym problemu.
Miałam się uczyć i rozwijać - i nikt niczego więcej ode mnie nie wymagał, i słusznie, bo mając szkołę, potem taniec/jazdę konno/angielski, a potem przygotowania do matury z prywatnym nauczycielem nie byłabym w stanie nic więcej zrobić, tym bardziej że uczyć się wieczorem też musiałam.
Moim zdaniem rodzice kładą obecnie zbyt mały nacisk na naukę, a zbyt duży na obowiązki domowe. A nauka bardziej się dzieciakom przyda, wykształcenie to dzisiaj podstawa. I nie jest tu mowa tylko o szkole.
Moim zdaniem przesadą jest kiedy starsze dziecko musi zastępować matkę - widziałam jak córka sąsiadów musiala iść odebrać młodszą z przedszkola i przez to odwołano jej korepetycje z angielskiego - a ma dziewczyna problemy. zaniedbywana jest nauka na rzecz obowiązków domowych - dla mnie to absurd.
Absurdem jest dla mnie jedna rzecz - gonienie dziecka do utrzymywania porządku w pokoju, podczas gdy matka jest wręcz śmierdzącym leniem i fleją - mam taką znajomą. W łazience śmierdzi, kuweta kotów (a mają 4 w domu) nieuprzątnięta, pranie wywalone, taki syf, że nawet rąk w kiblu nie mogłam umyć! A dziecko - 5letnie - biją (tak, biją!) za to, że zabawek do pojemnika nie wrzuciło. Nie lubię dzieci, aczkolwiek jestem zdecydowaną przeciwniczką stosowania kar cielesnych wobec kogokolwiek - zresztą to niezgodne z ustawą zasadniczą.
Moim zdaniem dzieci/młodzież powinny się rozwijać, a nie obiady gotować. Sprzątanie - ok, tego nie robi się przecież codziennie. Ale np. to, że moja koleżanka z gimnazjum musiała ŚCIELIĆ ŁÓŻKO PO RODZICACH, podczas gdy ojciec nie robił zupełnie nic, było poniżające. Zostałam wychowana tak, że każdy robi wokół siebie - nikt nikomu nie usługuje, nikt nikomu nie pomaga. Każdy sprząta swoje i już. Każdy odkłada SWÓJ talerz do zmywarki, każdy myje SWOJE okna, każdy łazienkę uprzątnie PO SOBIE, każdy SAM robi sobie śniadanie/kolację (nie jedliśmy nigdy ich wspólnie), każdy SAM kupuje sobie to, co jest JEMU POTRZEBNE. Jak ktoś ma bałagan? Jego sprawa. Nikt się do tego nie wtrącał, zresztą mieliśmy/rodzice mają nadal na tyle duży dom, że wystarczy zamknąć pokój i nie wchodzić. Sprzątaniem części wspólnych - łazienki, salon, kuchnia, garaż, siłownia - zajmowała się babka, która przychodziła do nas raz na tydzień i sprzątała. Do tego myła podłogi i odkurzała. Kurzy w sypialniach/gabinecie taty nie ścierała, bo nikt nie chciał grzebania po rzeczach.
Aczkolwiek ja - po matce - urodziłam się pedantką. Jeszcze po niej poprawiałam.
Co do zakupów - wielkie zakupy robił raz w tygodniu ojciec - z prostej przyczyny - jechał samochodem (ja byłam niepełnoletnia, matka nie ma prawa jazdy), po co to targać. Do dzisiaj na zakupy jeżdżę tylko samochodem, bo nie wyobrażam sobie nosić tych kilogramów. Drobne rzeczy - typu jogurt - wiadomo, każdy kupował sam dla siebie, wrzucał do auta/torebki i tyle.
Co do mycia naczyń - w średniowieczu nie żyjemy, zmywarka istnieje. Po prostu się wrzucało i jako że było tego mało, bo obiadów nikt w domu nie jadł, to po trzech dniach naciskało się "power" i gotowe
Każdy sobie z niej wyciągał jak potrzebował.
Myślę, że system PO SOBIE jest najlepszy - nikt się nie buntuje, że musi coś zrobić, nikt nie ma zbyt wielu obowiązków, nikt nie czuje się poszkodowany, bo robi to tylko dla siebie. I to najlepszy sposób na zachowanie porządku w całym domu każdego dnia
Generalnie u mnie w domu wszystko było w tym przypadku dobrze rozplanowane - przez co obowiązki domowe nie zabierały dużo czasu
Dla mnie wydaje się absurdem to, że tak dużo osób sprząta, a tak mało osób UTRZYMUJE porządek - np. składanie bluzek w kosteczkę i ułożenie kolorami, odkładanie kosmetyków równiutko na półeczkę, segregowanie dokumentów - tak mało osób to robi, że aż szok. A potem sie dziwią, że niczego znaleźć nie mogą i że sprzątanie zajmuje całej rodzinie cały dzień - mi zajmuje 2 godziny na całe mieszkanie (i nikt mi nie pomaga).
Co do prania - u mnie w domu rodzinnym było 5 koszy, każdy decydując sam czy coś jest do prania wrzucał do odpowiedniego. Teraz u siebie w domu mam 4 takie kosze. Widzę że bluzkę trzeba wyprać - wrzucam do odpowiedniego kosza. Jaki jest skutek? Nie muszę potem wyciagać tego prania, segregować, wystarczy że odpowiednie rzeczy wrzucę do pralki.
A tak w ogóle - jestem zdania, że 90 procent ludzi mnoży sobie obowiązki domowe przez brak organizacji właśnie (jak np. przez brak odkładania rzeczy na miejsce, natychmiastowego segregowania prania, czyszczenia butów od razu i odkładania ich na półkę - mam mnóstwo butów więc muszę, wkładania od razu talerza do zmywarki, przetarcia umywalki jak się zachlapie, opłukania prysznica po każdej kąpieli, 10 teczek na dokumenty, w nich foliowych koszulek itd.) - właśnie dzięki temu nie mam zbyt dużo roboty w domu, a i w moim domu rodzinnym jej nie było 