Niby w obrębie jednego miasta, ale aż dwa razy zafundowaliśmy synowi przeprowadzkę, na szczęście tylko raz musiał zmieniać szkołę. O ile za pierwszym razem stratę (według jego, nie naszych, odczuć) zrekompensował mu własny pokój, dzięki czemu absolutnie nie marudził, o tyle za drugim najpierw był na nas po prostu zły, tym bardziej, że czekały go znacznie dłuższe wyprawy na lekcje (wcześniej miał zaledwie 3 minuty drogi, teraz musiał jeździć autobusem), za to zawieziony na miejsce szybko zmienił zdanie
.
Problemem nie była sama zmiana miejsca zamieszkania, bo w nowym bardzo szybko znajdował kolegów i zawiązywał dziecięce przyjaźnie, ale włąśnie wspomniana zmiana szkoły - nastąpiło to po pierwszej klasie podstawówki. W nowej zupełnie nie umiał się odnaleźć i wcale nie dlatego, że jest dzieckiem niekontaktowym. Wręcz przeciwnie - to było dziecko radosne, koleżeńskie, doskonale odnajdujące się w grupie.
Zapisałam go do szkoły zgodnie z rejonem, tak się jednak złożyło, że ta placówka w mieście uznawana jest za najlepszą, najlepiej wyposażoną i z najwyższym poziomem nauczania. Problem w tym, że z racji "prestiżu", rodzice należący do miejskiej elity, stawiali sobie za punkt honoru, aby ich pociechy chodziły właśnie tam. Niestety (dla mnie stety) moje dziecko było dzieckiem, chciało się bawić tak, jak na ośmiolatka przystało, ale na dzieciach w klasie wywierano ogromną presję, przeładowywano je zajęciami, nierzadko też byli to jedynacy lub najmłodsze dzieci osób w dojrzałym wieku, co też w pewien sposób kształtowało ich postawę. To wszystko wpływało na to, że większość dzieci w klasie była jak na swój wiek bardzo, bardzo poważna, a to z kolei powodowało wzajemne niezrozumienie.
Żeby to jakoś zobrazować napiszę, że mój mały na przykład płakał, bo został wyśmiany za pudełko na kanapki, które miało na wieczku... Kubusia Puchatka
. Litości, przecież to były zaledwie ośmioletnie dzieci!
Wychowczyni też niespecjalnie się nim zajęła, dopiero po mojej interwencji zwróciła uwagę, że nowemu uczniowi trzeba pomóc w adaptacji. Z czasem na szczęście było coraz lepiej. Mało tego, mój syn wciągał kolegów do zabawy, a nawet zaczął im imponować swoją sprawnością i swoimi umiejętnościami, dzięki czemu na tym tle błyszczał, co z kolei pozwoliło mu na zbudowanie pewnego rodzaju autorytetu i wzbudzenie dziecięcego podziwu.
Z perspektywy czasu oceniam, że przeprowadzka byłaby zupełnie bezbolesnym przeżyciem, gdyby nie zmiana szkoły. Uważam tak tym bardziej, że syn w pierwszej klasie uwielbiał się uczyć, uwielbiał swoją klasę i z radością dreptał na lekcje. Tutaj początki były bardzo ciężkie.
Drugi raz miał miejsce trzy lata temu, ale to była bułka z masłem
.
Abstrahując od syna, wydaje mi się, że przeprowadzka największy problem stanowi dla dzieci nieśmiałych, przywiązujących się do miejsc i ludzi, za to trudno nawiązujących nowe relacje.