netkobietyWszystkie działy
Wychowanie, zdrowie i edukacja dziecka

Dziś w Warszawie, jutro w Ełku - porzuć wszystko, Pawełku!

6 odpowiedzi2 926 wyświetleńzałożony przez BabaOsiadła, 29.08.2014

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » WYCHOWANIE, ZDROWIE I EDUKACJA DZIECKA » Dziś w Warszawie, jutro w Ełku - porzuć wszystko, Pawełku!

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 7 ]

1

Temat: Dziś w Warszawie, jutro w Ełku - porzuć wszystko, Pawełku!

Wędrujemy po całej Polsce za pracą. Ze wsi przenosimy się do miasta, z miasta uciekamy na wieś. Przez internet poznajemy naszą drugą połówkę i nie chcemy żyć w związku na odległość. Wyjeżdżamy za granicę w poszukiwaniu lepszego życia. Zostawiamy rodziców, przyjaciół, ukochane miejsca i znajome kąty - i przeprowadzamy się.

Jak znoszą to nasze dzieci, wyrwane z bezpiecznego, oswojonego otoczenia, muszące pożegnać się z koleżankami i kolegami, zaczynać wszystko od nowa, w nowym przedszkolu/nowej szkole (często w środku roku szkolnego, kiedy wszyscy inni już się znają), nierzadko w obcym dla ich języku?

Czy Wasze pociechy mają za sobą przeprowadzkę? W jakim były wieku, jak zareagowały na wieść o czekających je zmianach, jak zniosły to wszystko? Opowiedzcie smile

2

Odp: Dziś w Warszawie, jutro w Ełku - porzuć wszystko, Pawełku!

Przeprowadzaliśmy się raz, gdy dzieci były małe i miały 2 i 4 lata, czyli wtedy gdy to my, rodzice byliśmy ich całym światem.
Za to ja zaliczyłam dwie przeprowadzki, pierwszą w połowie pierwszej klasy i drugą w połowie ósmej. Dalekie przeprowadzki, na drugi koniec Polski. Pierwsza przeprowadzka była szokiem, a druga prawdziwym końcem świata. Z dnia na dzień zawaliło się moje życie. Nowa szkoła, obcość, tylko parę miesięcy do egzaminów do szkoły średniej. Nie wiedziałam gdzie mam dalej iść. Nie miałam przyjaciół, nikogo... To wszystko co znane, swojskie zostało daleko. Ta przeprowadzka miała negatywny wpływ na moje życie. Nie powinno się robić tego dzieciom, a przynajmniej nie w przełomowych dla nich momentach, takich jak kolejny etap nauki. Po tej przeprowadzce dostałam pierwszą w moim życiu dwóję w szkole za brak zeszytu, który gdzieś się zagubił w bałaganie. To był szok, bo byłam b.dobrą uczennicą, a zrobiłam wrażenie osła. Dużo mnie kosztowało odzyskanie dobrej opinii. To o wiele za dużo dla 14-letniego dziecka.

3

Odp: Dziś w Warszawie, jutro w Ełku - porzuć wszystko, Pawełku!

moj syn mial niecale 6 lat kiedy przyjechalismy tutaj do FIN. Latwo nie bylo, ani jemu ani mnie. Jezyk, klimat, inna kultura, brak bliskich czy kolegow - trzeba bylo to przetrwac. Ale w tym wieku dzieci dosc szybko ucza sie i aklimatyzuja. Po roku w przedszkolu znal juz swietnie jezyk, mial nowych kolegow i bylo dobrze. Gorzej przezyl przeprowadzke z polnocy kraju tu na poludnie, zaczynal wtedy gimnazjum i wszyscy koledzy zostali w dawnej szkole i miescie a nowi okazali sie niekoniecznie wystarczajaco tolerancyjni. Tesknil i nie lubil tej nowej klasy. A w drugiej klasie pozmianiali sie nie do poznania, mial wtedy fajnych kolegow, zapisal sie na zajecia tutejszej OSP, na koniec szkoly dostal dwa stypendia oraz statuetke najfajniejszego kolegi przyznawana przez samych uczniow z calej szkoly. Teraz ten kraj to wlasciwie jego prawie ojczyzna.

A corka to jak maly Cygan poki co, gdzie pojedzie tam rach ciach pozna kogos, jezyk wchlania jak gabka wode, kulturowo tez kosmopolitanka - z nia mozna na Bermudy jutro jechac:) A za rok na Alaske.

4

Odp: Dziś w Warszawie, jutro w Ełku - porzuć wszystko, Pawełku!

Niby w obrębie jednego miasta, ale aż dwa razy zafundowaliśmy synowi przeprowadzkę, na szczęście tylko raz musiał zmieniać szkołę. O ile za pierwszym razem stratę (według jego, nie naszych, odczuć) zrekompensował mu własny pokój, dzięki czemu absolutnie nie marudził, o tyle za drugim najpierw był na nas po prostu zły, tym bardziej, że czekały go znacznie dłuższe wyprawy na lekcje (wcześniej miał zaledwie 3 minuty drogi, teraz musiał jeździć autobusem), za to zawieziony na miejsce szybko zmienił zdanie wink.

Problemem nie była sama zmiana miejsca zamieszkania, bo w nowym bardzo szybko znajdował kolegów i zawiązywał dziecięce przyjaźnie, ale włąśnie wspomniana zmiana szkoły - nastąpiło to po pierwszej klasie podstawówki. W nowej zupełnie nie umiał się odnaleźć i wcale nie dlatego, że jest dzieckiem niekontaktowym. Wręcz przeciwnie - to było dziecko radosne, koleżeńskie, doskonale odnajdujące się w grupie.

Zapisałam go do szkoły zgodnie z rejonem, tak się jednak złożyło, że ta placówka w mieście uznawana jest za najlepszą, najlepiej wyposażoną i z najwyższym poziomem nauczania.  Problem w tym, że z racji "prestiżu", rodzice należący do miejskiej elity, stawiali sobie za punkt honoru, aby ich pociechy chodziły właśnie tam. Niestety (dla mnie stety) moje dziecko było dzieckiem, chciało się bawić tak, jak na ośmiolatka przystało, ale na dzieciach w klasie wywierano ogromną presję, przeładowywano je zajęciami, nierzadko też byli to jedynacy lub najmłodsze dzieci osób w dojrzałym wieku, co też w pewien sposób kształtowało ich postawę. To wszystko wpływało na to, że większość dzieci w klasie była jak na swój wiek bardzo, bardzo poważna, a to z kolei powodowało wzajemne niezrozumienie.
Żeby to jakoś zobrazować napiszę, że mój mały na przykład płakał, bo został wyśmiany za pudełko na kanapki, które miało na wieczku... Kubusia Puchatka yikes. Litości, przecież to były zaledwie ośmioletnie dzieci!

Wychowczyni też niespecjalnie się nim zajęła, dopiero po mojej interwencji zwróciła uwagę, że nowemu uczniowi trzeba pomóc w adaptacji. Z czasem na szczęście było coraz lepiej. Mało tego, mój syn wciągał kolegów do zabawy, a nawet zaczął im imponować swoją sprawnością i swoimi umiejętnościami, dzięki czemu na tym tle błyszczał, co z kolei pozwoliło mu na zbudowanie pewnego rodzaju autorytetu i wzbudzenie dziecięcego podziwu. 

Z perspektywy czasu oceniam, że przeprowadzka byłaby zupełnie bezbolesnym przeżyciem, gdyby nie zmiana szkoły. Uważam tak tym bardziej, że syn w pierwszej klasie uwielbiał się uczyć, uwielbiał swoją klasę i z radością dreptał na lekcje. Tutaj początki były bardzo ciężkie.

Drugi raz miał miejsce trzy lata temu, ale to była bułka z masłem big_smile.

Abstrahując od syna, wydaje mi się, że przeprowadzka największy problem stanowi dla dzieci nieśmiałych, przywiązujących się do miejsc i ludzi, za to trudno nawiązujących nowe relacje.

5

Odp: Dziś w Warszawie, jutro w Ełku - porzuć wszystko, Pawełku!

To ja się wypowiem jako to "przeprowadzane" big_smile dziecko. Pierwszy raz zmieniłam miejsce zamieszkania, jak miałam lat 6, dalej 15, 18, 20 i 21. Te ostatnie przeprowadzki to wiadomo, dzieckiem już nie byłam, ale dla całokształtu jednak je wpisałam.

Pierwsza - chodziłam do zerówki, pod koniec roku przeprowadziliśmy się, co prawda niedaleko, bo o 40 km, ale dla sześciolatka żadna różnica - nie wsiądzie w samochód i nie pojedzie odwiedzić koleżanek i kolegów. Nie zniosłam tego źle, chociaż wyprowadzać się nie chciałam - albo raczej nie zniosłam tego źle pod względem znajomych. Poszłam do 1. klasy, wszyscy byli nowi, większość co prawda się znała, ale nie miałam problemu z zaaklimatyzowaniem się w klasie, byłam śmiałym dzieckiem (czasami może nawet za bardzo). Bardziej brakowało mi samego miasta, obecności dziadków i po prostu... ulubionego placu zabaw, sklepu, drzewa do wspinaczek, najfajniejszego trzepaka itd. Tak czy siak jednak w poprzednim mieście spędzałam wakacje i ogólnie dość często bywałam, a potem... wróciłam do niego sama (do babci i dziadka) właśnie jak miałam 15 lat, bo tam sobie wybrałam liceum.

No i niby nic to złego nie spowodowało, ale do dzisiaj nie umiem odpowiedzieć na pytanie "skąd jesteś?" albo "gdzie mieszkasz?" - bo odpowiedzi są 3 (ww. miasta + to, w którym studiuję). Dotąd, jak wracam na wakacje do "domu", to oznacza, że raz jestem u babci, raz u mamy. Znajomi nauczyli się, że jak mówię "jadę do domu", to i tak trzeba dopytać dokąd. No to jest czasem denerwujące - nie mam miejsca, do którego jakoś no... "przynależę", nie czuję się nigdzie u siebie. Jestem tu, to zaraz chcę jechać tam i tak w kółko. Zastanawiam się też, czy moje kolejne, już dorosłe przeprowadzki (Warszawa - Kraków - Warszawa) nie były w pewnym sensie spowodowane właśnie tym, że skoro nigdzie nie czuję się u siebie, to czemu by nie pomieszkać raz tu, raz tam. Równie dobrze mogłabym egzystować na końcu świata, jak i 5 km dalej, ale z drugiej strony zawsze mam w sobie takie "jechać gdzieś, za długo tu siedzę". Od końca czerwca w tym roku np. nie spędziłam w jednym miejscu więcej niż 5 dni. A plusy? Szybko się przyzwyczajam (właściwie od razu) i to od zawsze, więc wszystkie kolonie, obozy i wyjazdy nawet na miesiąc, jak miałam 8-9 lat, nigdy nie kończyły się jakimiś telefonami do mamy z płaczem czy coś - mogę być wszędzie i nie wpływa to na mnie. No ale zawsze pozostaje ta pogoń za tym, gdzie mnie nie ma. big_smile

6

Odp: Dziś w Warszawie, jutro w Ełku - porzuć wszystko, Pawełku!

Ja "przeprowadziłam" dzieci do Polski gdy miały 3 i 5 lat. Przeszło gładko, bo dostały swoje pokoje a poza tym bardzo blisko mieszkali kuzyni.
Córka za to poszła rok wcześniej do szkoły bo nie chciała się rozstać z przyjaciółką.

Posty [ 7 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » WYCHOWANIE, ZDROWIE I EDUKACJA DZIECKA » Dziś w Warszawie, jutro w Ełku - porzuć wszystko, Pawełku!

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026