Witam wszystkich,
Opowiem tę historię od początku..
Poznaliśmy się przez moją przyjaciółkę. Jacek - był spełnieniem moich marzeń, wymodlony ideał, facet, którego potrzebowałam. Nasze spotkania przed rozpoczęciem związku były fascynujące. Spotykaliśmy się rzadko, gdy przyjeżdżał do Krakowa, były wyczekane, wytęsknione. Pierwsze 3 miesiące związku to najlepszy czas mojego życia. Przychodził po mnie do pracy, po czym np. zabrał nad Wisłę z widokiem na Wawel, zawiązał oczy, rozłożył koc, zapalił świeczki.. Tak po prostu, bez okazji. Da się lepiej? Gdy był w moim mieszkaniu pod moją nieobecność przygotowywał kolację przy świecach. Zabierał na spacery, ale też na zwykłe piwo w barze. Byłam najszczęśliwszą KOBIETĄ na świecie (tak, wtedy pierwszy raz w życiu czułam, że jestem kobietą). W ogóle się nie kłóciliśmy. Potem nagle zaczął być bardzo smutny. Po kilku dniach zaprosił mnie na spacer, poprosił żebym wysłuchała go do końca. Powiedział, że 3 dni po romantycznym rozpoczęciu naszego związku będąc na imprezie studenckiej tańcząc z jakąś dziewczyną pocałował ją. Ale że zaraz po tym uświadomił sobie co zrobił i więcej z nią nie rozmawiał. Powiedział, że jestem jego pierwszą dziewczyną i nie miał świadomości, że tak się nie robi. Powiedzmy, że jakoś mu to wybaczyłam. Byliśmy w miarę szczęśliwi, ale ciągle czułam, że jestem gorsza, zdradzona. Potem po ok pół roku był Sylwester (i tu zaczęła się jazda). Byliśmy ze znajomymi w Berlinie. (Kilka miesięcy próbowałam z nim porozmawiać o moim problemie dot. studiów), ale on nigdy mnie nie słuchał, a trajkotał jak baba o sobie, swoich problemach. Ja zawsze byłam tylko jego podporą. No i właśnie w drodze do Berlina chciałam poruszyć mój problem, on zignorował, ja strzeliłam 'focha' - po prostu było mi przykro. On się obraził, że strzeliłam focha no i potem poszło. W Berlinie był dla mnie niemiły, upił się razem ze swoim kolegą przez co prawie się zgubiliśmy, powiedział WIELE przykrych słów, zrobił mi awanturę na samym rynku w tłumie ludzi, potem wybiła północ a jego nagle ze wściekłego wzięło na czułość, znów się obraził, że nie potrafiłam się tak przełączyć opcję szczęście. Poniżał mnie, nawet lekko popchnął. Wróciliśmy, zaczęśmy się kłócić, żalił się siostruni, której niecierpię, ona jeszcze mieszała między nami. Potem niby rozmawialiśmy, problem z siostrą został zażegnany, odsunął ją od nas żeby nie niszczyła naszego związku. Starał się w miarę i wszystko co powiedziałam to powoli zmieniał. Ale ja żyję z żalem, bólem, słysze jego przykre słowa. Jestem bardzo wrażliwa, nie potrafie być twardą kobietą. Cały czas się czepiam o wszystko.. Generalnie chodzi o to, że on nic nie umie. Trzeba go uczyć rozmawiać, co jest dobre, co złe. I widzę, że całkiem to zmienia. Ale ja nie wiem czy to chwilowe, czy po ślubie będzie znów zapatrzony w siebie. Ja nie wytrzymuje, bo czuje się niewyjątkowa, on skupia się głównie na sobie. I jak jest kryzysowa sytuacja to to ratuje, ale wcześniej nie wpadnie na to żeby porozmawiać.. Ja uczę go wszyskiego , a on nie nauczył mnie niczego - nie stałam się przy nim lepszym człowiekiem, mądrzejszym, ambitniejszym. Przy nim się staczam, mniej się uczę, mniej pracuję, jestem wycofana (czuje sie gorsza przez zdrade). A chyba chodzi o to, żeby ciągnąć się wzajemnie w górę a nie żyć jego problemami, jego pracą. Teraz jestem okropna - mówię mu równie niemiłe rzeczy, ale ja ciągle a on tylko raz w Berlinie. Jestem podła. A nie chce taka być. Ale nie potrafie..
Zastanawiam się co to znaczy miłość, gdzie jest granica, kiedy należy zerwać.. Jestem jeszcze młoda - lat 22, w związku od 2. Ale kiedy kłótnie są patologiczne, kiedy nie.. Nie kocham go już chyba. On bardzo o mnie walczy, ale związek tworzą dwie osoby a ja nie potrafię bo się boje poniżenia. Nie chce zmarnować sobie życia, chce podziwiać swojego faceta jak jego na początku, mówiłam mu zawsze dobre rzeczy, nie tak jak teraz.. Teraz jestem potworem, potrafie na niego klnąć, jak jakaś psychiczna baba. A on nic.. tylko mnie uspokaja..