Byliśmy razem około pół roku. On był święcie przekonany, że nie jestem nim poważnie zainteresowania (to już zupełnie inny temat, nie będę go chyba teraz poruszać). Rozstaliśmy się. Nie wiem co we mnie wstąpiło, bo już przecież rozstawałam się z kimś kiedyś i zachowałam zimną krew, bo duma przede wszystkim (potem brak kontaktu, potem jego chęć powrotu - standard). Tutaj było inaczej. Był płacz i proszenie. Miało to swoją małą dobrą stronę, w końcu wreszcie wiedział, że mi zależy. Przez chwilę nie mieliśmy kontaktu, aż odezwał się, że coś u niego zostawiłam, potem życzenia noworoczne, codzienne rozmowy, i tak zaledwie po 3 tygodniach znów zaczęliśmy się spotykać. Trwało to 2 miesiące, urwałam to nie widząc efektów. Miesiąc później poinformował mnie, że kogoś poznał w pracy. Byli razem 1,5 miesiąca, wprowadziła się do niego, następnie on zerwał i "wyrzucił" ją z mieszkania, a ona w zamian robiła mu piekło w pracy.
Po zupełnym braku kontaktu przez kilka miesięcy spotkałam się z nim u wspólnych znajomych. Został u mnie na noc. Tydzień później widzieliśmy się znowu, a wspólny kumpel zauważył, że z nią pisze. Powiedział mi, że się "pogodzili". Po czym właśnie dowiedziałam się od niego, że "rozmawiali, dogadywali się, i on nie wie co dalej, może się zejdą, w końcu codziennie widują się w pracy, ale on nie wie".
Nie muszę chyba mówić jak się poczułam słysząc to. Myśli "ona jest lepsza ode mnie" to chyba standard. To ona będzie miała to, o co ja tak walczyłam, i czego pragnęłam.
Dodam, że podczas naszej ostatniej rozmowy zwolniłam się z pewnego ciężaru, co przyszło mi z olbrzymim trudem. Powiedziałam mu, że go kocham.
Wiem, że mając wybór "dziewczyna, która mnie kocha" a "opanowana dziewczyna, która miała honor po rozstaniu" wybór jest prosty, a to tak bardzo boli.
Na koniec dodam, że zostawił mi otwartą furtkę. "Nigdy nie mów nigdy" - i za to go "nienawidzę"...