Temat może i błahy ale myślę, że dotyczący wielu par.
Może zacznę od swojej historii a potem przejdę do tego o co mi chodzi.
Jesteśmy ze sobą 6 lat w tym 1,5 roku małżeństwem. Jak na nasz wiek to długo, zaczęliśmy się spotykać w liceum, na końcu studiów był ślub, byłam w ciąży. No właśnie i w momencie gdy zaszłam w ciążę wszystko zaczęło się sypać. Moje szalone hormony, jego trudności w odnalezieniu się w nowej roli, mnóstwo fochów, cichych dni już w pierwszych dniach małżeństwa.
Potem był poród i piekło po nim. Ciężko zachorowałam, długo walczyłam o życie w szpitalu, on trwał przy mnie. Spędzał długie godziny przy moim łóżku, mył przepierał, podkładał basen. Po prostu skarb, oddany mąż. Zawsze był postrzegany jak ten dobry, spokojny. On się do tego przyzwyczaił i też uważa się za ideał.
Więc w czym jest problem? No właśnie, nie umie on rozmawiać, wspierać tak jak ja tego potrzebuję. Kiedy są jakieś sprzeczki ja wywalam z siebie wszystko, mówię co mnie boli, dlaczego mi się to czy to nie podoba a on nic milczy, nie da się z niego nic wydusić. Próbowałam krzykiem, płaczem i na spokojnie, nic to nie dało. Wiele razy mówiłam że się rozstaniemy, że źle mi z nim a on dosłownie nic na to nie odpowiedział, Nic, nic. Gdyby chociaż powiedział że nie podoba mi się to czy to, spróbowalibyśmy nad tym pracować, zmieniać. Nie mówi czego się obawia, nie lubi rozmawiać o przyszłości. Ostatnio np taka sytuacja. Zdecydowaliśmy się wziąć kredyt i kupić mieszkanie. Mówię że zdecydowaliśmy się bo chyba to była wspólna decyzja. w jego zachowaniu też było widać że chce. Szukaliśmy, oglądaliśmy a nagle z naszej "rozmowy" (czyli mój monolog a jego wtrącanie mhmm albo nie wiem) wyszło że on wcale nie chciał brać tego kredytu. Ok ja rozumiem że się może bać, sama miałam obawy o których mówiłam, ale dlaczego nie powiedział o tym wcześniej tylko dał mi tą nadzieję, że coś zmienimy w naszym życiu. Bardzo zależało mi na wyprowadzce bo mam ciężką sytuację rodzinną. Mam problemy z rodzicami, którzy mnie otwarcie nieierpią, robią mi na złość a ja z każdym dniem staję się kłębkiem nerwów. Ja wiem że kredyt to nie takie hop siup, chodzi mi tylko o tą łupią nadzieję którą mi dał na chwilę.
No właśnie i kolejna sprawa z moimi rodzicami, pisąlam że jest na prawdę źle, chcę uciec, codziennie przez nich płaczę o od mojego Męża nie mam żadnego wpsarcia, on tak jakby udaje że nie ma sprawy. A ja potrzebuję wsparcia, takiego zwykłego ludzkiego gestu. Gdyby nei moje dziecko uciekłabym jak najdalej. Nie da się tak.
No a wracając do tematu, może jest tu ktoś o podobnym problemie, ktoś kto może spojrzeć na sprawę obiektywnie lub po prostu doradzić jak można by nauczyć się komunikacji, jak tą osobą "manipulować" by wreszcie zaczęła mówić!
Niestety żadna terapia małżeńska nie wchodzi w grę bo mieszkam na takim zadupiu że nie ma nic takiego.
A może ten wątek pomoże też komuś rozwiązać taki problem, bo podejrzewam że nie sama jestem z czymś takim
Pozdrawiam ![]()