Na wstepie napisze że w związku jesteśmy 1,5 roku. Tworzymy szczęsliwą pare. Ja staram się być opiekuńczy dla mojej dziewczyny, stawiać jej dobro ponad swoje, uwielbiam jak moge sprawić jej radość. Nie liczą sie dla mnie inne kobiety, nawet jeżeli inna mi sie podoba nie mowie tego przy niej żeby nie sprawić jej przykrości. Daje jej dużo wolności, interesuje sie jej problemami, chce jej pomagać.Nie pisze z innymi dziewczynami, mam tylko ją. Ostatnio napisała do mnie, myslałem że to bedzie normalna rozmowa jak każdego dnia (kiedy sie nie widzimy na żywo piszemy przez internet) zapytała czy moge wysłać pare jej zdjęc bo musi je komuś wysłać a usunęły sie z jej telefonu. Powiedziałem ok nie ma sprawy ale z ciekawośći zapytałem dla kogo są te zdjęcia
i wtedy sie zaczęło...
"przecież jezeli ktoś chce zobaczyc moje zdjecia do dlaczego mam ich nie wyslac, czy robie cos zlego?" ja mówie że nie po prostu byłem ciekawy.
"nie rozumiesz tego że mamy takie same prawa? mi sie podobają męzczyźni wiec dlaczego nie moge podziwiać ich piekna ani z zadnym pogadać,czy ja robie coś złego, myślisz że jestes jedyny czy co?"
Powiedziałem jej że jak chce to przecież moze patrzec na innych mezczyzn czy pisać z nimi, ja jej nie zabronie ale niech wie że ja od bardzo dawna nie zwracam uwagi na inne kobiety w sensie zainteresowania. Zaczęła sie drzec na mnie, że ona ma takie same prawa co ja, będzie robiła co jej sie podoba!!! Zaczęła mi wymawiać jakies sytuacje z przeszłości... doszło do poważnej kłotni, nie odzywa sie do mnie, tzn wiem że ma ochote ale jej duma na to nie pozwala.
Czy ja robie coś źle? Daje jej baaaardzo dużo poczucia wolności ale co mają oznaczać takie "manifesty?" Nie osaczam jej w żadnym wypadku, interesują mnie jej problemy ale tak jak to jest w normalnym związku, o co tu chodzi????