Płaczę. Od jakiegoś czasu płaczę codziennie. Nigdy nie wiem, kiedy przyjdzie ból. Wiem, że to nie depresja. Cierpię na nadzwyczaj częsty smutek. Potrafię się cieszyć, śmiać, marzyć o lepszym jutrze. Są takie chwile w ciągu dnia, kiedy mam wrażenie, że było dobrze. Potem jest źle. Uświadamiam sobie, że nie jest dobrze i że nigdy nie będzie. Dlaczego? Bo ja nie jestem dobra i nigdy nie będę. Zawsze będę aspołeczna, brzydka, bez hobby, bez talentu, pełna nienawiści wobec tego świata, tych ludzi, którym wybaczam wszystkie moje katorgi, po których są już tylko głębokie blizny. Zawsze będę się czuć jak piąte koło u wozu. Nigdy nie będę dostatecznie w porządku. Pomimo moich dużych osiągnięć w szkole takich jak średnia, tytuł laureata z olimpiady? To nic nie znaczy. Nic mi po tym nie zostało. Jestem głupia, głupia, głupia. Jedyne co posiadam, co mam i będę mieć to wiara w Boga, który jako jedyny przy mnie czuwa, wybacza mi moje grzechy, których ja osobiście się wstydzę, ale nie potrafię się poprawić. Ale to za mało. Nie mogę teraz. Muszę żyć. Nie dla siebie, ale dla rodziny. Tylko oni trzymają mnie przy życiu, ale też tylko do pewnego czasu. Nie mam zamiaru wiecznie żyć, chcę i umrę, i to w niedalekiej przyszłości. Myślałam o cięciu i trochę się ze sobą zabawiłam, ale chociaż odejść z tego świata chciałabym nie czując bólu. Tak bardzo żałuję, że próbowałam powiedzieć co mi jest znajomym, także pod wpływem, ale oni mnie nie słuchają, śmieją się. Powiadomiłam dwie osoby i uważam, że o dwie za dużo. Nie mają pojęcia z czym się zmagam każdego dnia. Wiem, że inni mają stokroć gorzej ode mnie i cieszą się życiem, ale ja jestem zepsuta. Nikt nie chce mnie naprawić, albo chociaż spróbować poprawić mój stan, wsłuchać się w moje słowa. Gadałam z koleżanką, była skupiona na własnych opowieściach. Niby jakoś mnie pocieszała, miałam wrażenie, że robi to od niechcenia i nie zależy jej na mnie. Po raz setny olała mnie jak każdy. Nie wiem czy mam na czole napisane: ,,Idiotka, możesz traktować jak psa, kopnij, uderz, nie poczuje?. Nawet moja mama mi powiedziała, że jestem jak flegma. Zresztą mówi wiele ciekawych rzeczy w gniewie. Ja też ją wyzywałam. Dawno temu. Ale było to w mojej głowie, ewentualnie przy paru koleżankach, ale nigdy przy niej samej. Wiedziałam jakby ją to zraniło. Ona nie ma skrupułów i rani jak jest zdenerwowana ile wlezie: ,, ty kurwo, ruszaj się, dziwko, jesteś jak twój tatuś, jak flegma?. Nie mam do niej żalu. Wiem, że mówi prawdę. To tak boli. Jeszcze troszeczkę. Może trzy, albo cztery lata i sobie ulżę.
Podobne tematy
No, bo sama musisz sie wziąć za siebie. Ludzie nie są od naprawiania, poprawiania, dowartościowywania i jakiegokolwiek uzależniania od nich.
Dlaczego nie ulżysz sobie już dzisiaj?
Przejdź się do hospicjum i tam popatrz, jak należy szanować życie.
A potem idź do psychiatry. Jesteś chora, powinnaś się leczyć.
Wiesz, że jeśli Twoja mama wyzywa Cię od kurew to świadczy o niej, nie o Tobie, prawda?
Nie masz zalu do matki za takie traktowanie? ja pie.... kobieto. otworz oczy. Kto jak nie najblizsi powinni okazac ci szacunek. Przede wszystkim musisz wzmocnic swoje poczucie wartosci a wszystko zalezy od ciebie, szanuj siebie a beda cie szanowac inni. Ciekawych rzeczy-chyba przykrych i niezgodnych z prawda! Ale w zasadzie co tu sie dziwic skoro matka nie zapewnila podstawowego poczucia bezpieczenstwa, To nie dziwie sie ze jestes zakompleksiona, smutna , zla i czujesz sie bezwartosciowo. Głowa do gory! przyjdzie ten moment, ten czas kiedy obudzisz sie z usmiechem, wszystko jednak zalezy od Ciebie. musisz tego bardzo chciec. Teraz ludzie nie maja czasu zeby sluchac, wiezi sa oslabione...no coz, takie czasy. a co do planowanie swojej smierci-kiepski pomysl-skoro wierzysz w Boga to nie bedzie z tego zadowolony ![]()
Aniu, nawet w tym smutnym poście można wyczytać, że masz kilka sympatycznych cech: masz dobre serce, jesteś pracowita, inteligentna, wrażliwa. Na pewno więcej by się znalazło. Wyzwól się z tego negatywnego myślenia o sobie, lepiej zajmij się swoim rozwojem. Stać Cię na to, żeby osiągnąć w życiu sukcesy. Co do Twojej mamy to szkoda słów, nie dorosła do tej roli, jak można tak traktować własną córkę!? Ale wiesz co? Jeśli osiągałaś sukcesy w szkole bez wsparcia najbliższych, to musisz być naprawdę niezwykłą osobą. Pozdrawiam Cię serdecznie!
Ale autorka zaznaczyła, że nie chce rad ani pomocy...