Witajcie,
jestem tu po raz pierwszy, szukam pomocy w ocenie mojej sytuacji, wskazania drogi, dodania otuchy......, ale od początku.
Pochodzę z dobrego domu, matka pracująca, opiekująca się dziećmi, ojciec zarabiał całe życie i łożył na rodzinę lecz poza tym nie miał wkładu w nasze wychowanie. Pamiętam po pracy zawsze ciepły obiad, spanko, bo zmęczony i piwo. Miał problem z alkoholem, do dziś ma choć mama i on sam uważają, że poprostu piwo lubi - uważam inaczej, bo np majac grypę jest mocna ocena co do leków no bo przecież piwa nie można się napić, każda impreza zakończona była powrotem do domu z mamą za kierownicą itd. To nie jest tak, że większość czasu pijany, nie, zdarzało się lecz w większości wielka kultura natomiast to piwo to zawsze był nieodłączny element. Pomyślicie pewnie straszne rzeczy o naszych relacjach.... . Nie, mam z tata super kontakt, rozumiem się z nim lepiej niż z mamą, z uwagi na mocne charaktery relacja z mamą jest napięta jednak kocham moich rodziców, praktykujących katolików przekonanych o wyższości naszej wiary i wszystkiego co się z tym wiąże. Ja-inteligentna, mądra, wykształcona (wykształcenie pedagogiczno-psychologiczne o zgrozo), silna, piękna kobieta w średnim wieku, obecnie nie jestem czynna zawodowo, przerwałam z uwagi na dziecko kilka miesięcy temu, wcześniej byłam. On - pochodzi z tzw. trudnego domu, matka nieżyjąca (samobójstwo), ojciec alkoholik. Mąż zajmował się domem i swoim młodszym bratem od lat. Podobało mi się, ze jest opiekuńczy, zaradny choć widziałam jego wady, tłumaczyłam sobie jednak, że przecież kocha i cokolwiek by się nie działo, miłość przezwycięży wszystko, przynajmniej mnie nie zostawi jak poprzedni.
Poznaliśmy się gdy miałam 20 lat, byłam po 3letnim nieudanym związku ze zranioną duszą. Mąż nigdy nie był gentelmanem-przerywał innym w czasie rozmowy, nieprawdomówny, bajkopisarz, nauczyłam go trochę, pracowałam nad nim, ale był i jest szalenie dobrym człowiekiem (pomocny, ciężko pracował, nie tzw. leń). Potrafił bardzo ranić słowami w momencie dla siebie dogodnym, myslę sobie, ze może nawet nieintencjonalnie. Boi się odpowiedzialności gdy coś idzie źle, przeklina, podnosi głos bardzo często. Po jakiś 2 miesiącach euforii, doszłam do wniosku, ze nie chcę takiego chłopaka, pamiętam, gdy mu to powiedziałam zaczął krzyczeć, żebym sobie nie myślała, ze jestem jakąś księżniczką i nikt nie będzie się nade mną użalać więc mam nie wymyślać, przecież nie chcę chyba być sama z tym swoim okropnym sarkastycznym tonem. Zostałam, uznałam jak już pisałam, że jak kocha to się ułoży. Po 6msc oświadczyny, przyjęte - żal/litość/wiara, ze trzeba się 'dotrzeć' co mówiła mama, nast. 1.5 roku ślub, ciąża (mamy jedno dziecko). Myślę, ze nigdy nie byłam tak naprawdę szczęśliwa natomiast nie powiem, żebym narzekała, ot bywało lepiej czy gorzej, gdy żaliłam się mamie wpajała mi, ze oni tacy są, trzeba to zaakceptować, ze mężczyzna to gatunek głupszy, niemyślący, a my jesteśmy strażniczkami domowego ogniska i to my się musimy wszystkim zaopiekować, naszym mężem też. Mogłabym pisać i pisać, nakreśliłam trochę temat, ale do rzeczy. Sytuacje niepokojące z dawnych lat aż po dziś dzień.
1. Poznawanie się, ślub, pierwsze lata małżeństwa
- pretensje i przekleństwa nt mojej edukacji, w jego mniemaniu był pantoflarzem, że pozwolił mi studiować (rodzice płacili jako, ze miałam wtedy 19-20lat),miałam siedzieć na tyłku w domu i zajmować się nim,
-kiedy nie chciałam kupić obrączek takich jak chciał on krzyczał na środku ulicy w biały dzień, ze jak tak będę wymyślać to mi założy drut na palec i takie będą obrączki, a nie księżniczka chce niewiadomo czego,
-przez pierwsze lata nie zajmował się dzieckiem, 5 minut i wkładał córkę w moje ręce, robił wyrzuty nt zakupów dla dziecka, ze nie potrzebuje np. tylu kaftaników (kupowałam tylko by były na zmianę)
- początkowo bardzo duże wyrzuty o pienądze, na co wydałam, on mi daje wszystkie wiec chce wiedzieć czemu już się kończą(jestem bardzo gospodarną i oszczędną osobą, to on jest raczej lekkoduchem),
- jak mnie zobaczył w sukni ślubnej powiedział, ze może być, ale wolałby bardziej kręcone włosy, może nic poważnego, ale niezbyt przyjemne usłyszeć w dniu ślubu od przyszłego małżonka,
- wizyta u znajomych których za bardzo nie mieliśmy, na dłuższą metę nie miał przyjaciół, ludzie od niego stronili (poza kumplami z którymi zawsze można było iść do pubu czy na imprezę), za dużo wypitego alkoholu i opowiadanie o naszym beznadziejnym jego zdaniem życiu erotycznym, dodam byłam tuż po porodzie,
- generalnie jego zachowanie spowodowało, ze brakowało mi wiary w siebie, na każde pytanie koleżanek np. na studiach 'o, ładna sukienka, podoba ci się?' odpowiadałam'no nie wiem, mężowi by się raczej nie podobała', raz usłyszałam w odpowiedzi, ze przecież nie o męża pyta tylko moje zdanie,
- przemoc seksualna, bez bicia coprawda i siniaków, ale zmuszanie do czynności seksualnych 'na życzenie', nawet tych które były dla mnie bolesne, niezgodne z moimi przekonaniami, używanie siły, by np. zatrzymać mnie na moment dłużej dla jego przyjemności (inny rodzaj seksu, niestandardowy, myślę, ze każdy wie bez wchodzenia w szczegóły). Gdy po wszystkim chciałam tłumaczyć i rozmawiać on zaczynał swoje sarkastyczne uwagi, ja odchodziłam i spałam w 2 pokoju to on specjalnie kontynuował, niby do siebie, ale tak żebym słyszała.
2. Ok 4-5 lat po zawarciu małżeństwa
- stałam się mocniejsza, bardziej dbałam o moje 'ja', umiałam się 'postawić' co zwiększało jego bezczelność np. pretensje i żale do wszystkich naokoło jaka jestem zła, źle gotuje (to nie była moje mocna strona lecz nigdy głodny nie chodził, dbałam o niego), w związku z tym, ze nasza córka była bardzo poważnie chora liczne wyjazdy, szpitale, leczenia, on albo pracował, co rozumiałam, albo mówił, ze mam sama jechać bo jest zmęczony, bez mrugnięcia okiem zbierałam się, bo wiedziałam, ze nie mam co na niego liczyć,
-naśmiewanie się i szydzenie ze mnie z kolegami w pracy (mojego wyglądu i figury, rozmiar w tamtym czasie to 40-42), śmianie się np. przy bliskich, ze mi zrobi dietę, przypnie do samochodu i będę biegać, ale pokazywanie zdjęć kobiet w większych rozmiarach i szydzenie ' o zobacz kochanie, już ci niewiele brakuje',
- bezustanne wmawianie, że np przeze mnie i 'nasze podróże' - moje i córki, leczenie, nie może sobie kupić upragnionego samochodu,
- generalnie nigdy nie słuchał mojego głosu w dyskusji, zawsze miał coś lepszego do powiedzenia, mądrzejszego.. .
3. Teraz
- gdy było tragicznie zaproponowałam terapię dla małżeństw, powiedział, że nie jest 'debilem'
- w maju zeszłego roku przestałam się łudzić, od tamtego czasu już nie próbuję nas naprawić, staram się tylko stworzyć w miarę szczęśliwy dom dla córki która jest naszych oczkiem w głowie, jego także (po kilku latach się obudził), ale czuję, ze utknęłam, gdy mówię otwarcie o separacji, co próbowałam, ale obiecywał na kolanach także wróciłam po 2 mscach, on wykrzykuje, ze mam iść, on sobie będzie zarabiał, bawił się ,mi zapłaci alimenty, ale wieczorem jak gdyby nigdy nic chce się przytulać, uprawiać sex, moja mama cały czas 'wybiela' jego występki, nawet wtedy gdy opowiada jej o tym jej wnuczka, a nasza córka, nie mogę wiec na nią liczyć choć jest jedyną osobą z którą mam kontakt, nie mam nikogo oprócz niej, mąż nie lubi i nie chce mnie wypuszczać gdziekolwiek, jeśli się tak wydarzy, kontroluje i jest zaborczy, przed wyjazdem w obecności dziecka powiedział np. ze on sobie mysli, że ja tam będę go zdradzać z różnymi mężczyznami (nie wiedziałam czy mam wstać i go spoliczkować czy zachować fason i zmienić ton rozmowy dla niepoznaki córki),
- wyrzuty nt tego, ze np wszystkie kobiety pracują i zajmują się domem a ja nie pracuje tylko idę na studia znów (podyplomowe, nowe kwalifikacje z racji tego, ze w miejscu gdzie mieszkamy nie mam szans na pracę w zawodzie, muszę także być w domu z uwagi na córkę, mieszkamy w tzw. 'push area' - Uk, on nieregulowane czasy pracy wiec ja muszę dbać o wszystko i być na miejscu, dodatkowa opieka z racji godzin nie wchodzi w grę),
- potrafi np. namawiać mnie na zakup czegoś, ja mówię że to dużo, może poczekajmy jeszcze, on że nie, chciałam to od dawna spokojnie mogę kupić (jest taki w zależności od humoru), kupujemy w rezultacie nawet trochę taniej, po czym na nast. dzień o nagle mówi o poważniejszym zakupie na 'już', ja na to, ze to dużo, nie planowaliśmy itd. a on, ze jakoś wczorajszy zakup nie był niezbędny i nie miałam z nim problemu.
Dbam o dom, piorę, gotuję, sprzątam, zajmuje się rachunkami, listami, inspekcjami, urząd skarbowy, dbam o dziecko itd., on zarabia.
To nie jest tak, ze same wady, potrafi zająć się czasem dzieckiem-rower, rolki, lody, spacer, plac zabaw jednak jak jest coś nie po jego myśli to zastrasza córkę np. 'ok, w takim razie koniec z .....lodami, grami, zakupami, sama nauka i czytanie'. Nie słucha moich grzecznych i kulturalnych wskazówek. Ale on nie słucha. Ostatnio krzyczał podczas obiadu w obecności dziecka i do dziecka, że ma nienormalną chorą matkę wariatkę i jej matka powinna się leczyć. Ja w większości jestem spokojna, opanowana natomiast staram się dbać o swoje 'ja', nie jestem cicho, nie boję się go i w większości daję radę. Przyznam jednak, iż kilka razy gdy doprowadził mnie do skrajności, nie wytrzymałam i go spoliczkowałam. Powiedziałam, że idiotę to może ze mnie robić, przywykłam, ale nie przy dziecku. Chronię ją bo wiem, ze ona ma tylko mnie. Czy jest złym człowiekiem?! Nie, jest szalenie pracowity, obecnie, gdy trzeba coś załatwić, gdzieś podjechać<ja nie mam prawo jazdy> mogę liczyć na jego czynną pomoc, coś naprawić itd. Jednak gdy nie jest mu to na rękę, to wymawia się pracą.
Nie boję się go, walczę z nim, chciałabym odejść, ale jestem sama, nie mam tak naprawdę z czym, zaplanowałam, że jakoś jeszcze rok wytrzymam dopóki nie skończę studiów, wtedy zawiozę córkę do mamy na wakacje, a sama wynajmę mieszkanie, znajdę pracę itd. Potrzebuję środków i perspektyw, bo wyprowadzka będzie do całkiem innego miasta (miasta w którym mieszkaliśmy przez lata, które znam). Jego i tak nie ma całymi dniami, jestem sama więc jakoś może dam rady. Jednak nie jestem pewna, mam mętlik w głowie, on w większości jest takim chamem po to by za moment być miłym i słodkim. Myślę, że już go nie kocham, nie ma zaufania - niespełnione obietnice itd. To nie jest związek, zyjemy obok siebie, nie ze sobą. Powiedzcie co o tym sadzicie. Czy to przemoc? Nie wiem jak się odnieść do mojego związku, nie wiem co robić, jak. Podpowiedzcie. Z góry dziękuję za każdą, nawet najmniejszą pomoc, wsparcie. Pozdrawiam