Witajcie
Potrzebuję pomocy.Wsparcia.Zrozumienia mnie lub wytknięcia błędów.Czegokolwiek co pomoże przetrwać ten ból.
Kilka lat temu zostałam samotną mamą. Głupi krótki związek, facet jak dowiedział się, że jestem w ciąży stwierdził, że "żartował, że chce mieć ze mną dziecko" ogólnie nie fajna historia, ale tamte łzy już dawno za mną. Mam swoje małe szczęście przy boku,a szanowny pan tatuś jak zmył się w drugim tygodniu ciąży tak do dziś dnia się nie widzieliśmy ... może i lepiej ... nieważne.
Po wielu miesiącach, latach, próbach ułożenia sobie życia na nowo poznałam Go. Nazwijmy go R.
Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, przynajmniej nie z mojej strony, nie chciałam uwierzyć, że może mnie spotkać coś dobrego, że wreszcie życie mi się poukłada, że będę szczęśliwa. Na początku zniechęcałam go do siebie, proponowałam byśmy zostali tylko przyjaciółmi ale okazał się mega uparty. Chodził, próbował, zaskakiwał, nadskakiwał, roztaczał wizje tego jak będzie pięknie .... uległam. Dałam szansę. On był świeżo po rozwodzie ... żona go zdradziła. Pytałam czy aby napewno jest już gotowy na związek, oczywiście uparcie twierdził, że tak, twierdził że zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia, że on już wie, że to ja jestem TĄ. Zamieszkaliśmy w jego domu. Było cudownie. Wspólne pasje, podobne poczucie humoru, podobny gust, patrzył na mnie tak, że jego oczach rzeczywiście widać było tą miłość. Mojego młodego też dobrze traktował .... zresztą sam miał swojego, z byłego małżeństwa, którego zabierał na weekendy. Życie wywróciło mi się do góry nogami, najpierw wyprowadzka z rodzinnego domu, odejście z pracy, bo z nowego domu było zbyt daleko, dla syna zmiana przedszkola, lekarzy, dokumentów i mnóstwo innych mniej lub bardziej ważnych zmian. Ale ogólnie wszystko na lepsze. Pokochałam go tak mocno jak on mnie, a może mocniej? Starałam się być idealną partnerką. 100 metrowy dom zawsze wysprzątany na błysk, mimo, że sama pracowałam, woziłam młodego do przedszkola, w między czasie zakupy itd., ale zawsze starałam się by mój R był zadowolony. Obiad podany na godzinę jak wraca z pracy, żeby przypadkiem nie musiał czekać za długo głodny, koszule wyprasowane, była żona mu nigdy nie prasowała, więc mną był zachwycony. Wychwalał mnie pod niebiosa, twierdził, że wygrał los na loterii trafiając na taką kobietę jak ja. A ja byłam szczęśliwa choć co raz bardziej zmęczona natłokiem obowiązków. Po kilku miesiącach się oświadczył, postanowiliśmy, że w rok po zaręczynach weźmiemy ślub. On zawsze twierdził, że jest ze mną mega szczęśliwy, że wreszcie widzi jak może wyglądać pięknie życie, że chce ze mną założyć rodzinę, chciałby mieć ze mną córeczkę, bo dwóch synków już ma. Tak, nazywał mojego syna swoim synem. Ta idylla trwała przez nie cały rok ....
Pod koniec zeszłego roku zaczeło się psuć .... zaczeło się od problemów w sypialni, przestał mieć w ogóle ochotę na mnie. Pytałam co się dzieje, próbowałam sama zaczynać, próbowałam urozmaicać byleby tylko coś się poprawiło, ale wszystko na nic. R ciągle wykręcał się od zbliżeń. A to bolała go głowa, a to był zmęczony, a to tydzień wcześniej o coś się poprztykaliśmy więc on nie ma humoru itd itd. Zaczął być co raz bardziej oschły, zimny, co raz częściej dochodziło do kłótni.
Zostawił którego razu otwartego swojego facebooka ... coś mnie tknęło by spojrzeć ... pisał z nią ... podrywał, flirtował, nie wiem jak to nazwać. Bolało cholernie. Pisał do niej, że wie że jej facet wyjechał więc pewnie czuje się samotna i potrzebuje pocieszyciela i że on chętnie wpadnie ją pocieszać ... ona pytała czy jest szczęśliwy a on odpowiadał, że kiedyś już był zakochany i nic z tego nie wyszło więc i teraz nie wiadomo jak będzie ... Nie spodziewałam się kompletnie czegoś takiego po nim. Mój R?!? Takie rzeczy?? Przecież twierdził, że tak mnie kocha, że taki jest szczęśliwy, co to w ogóle ma być? Zrobiłam mu awanturę, płakałam, krzyczałam, nie rozumiałam jak mógł mnie tak zranić. Przepraszał, bał się że mnie straci, przysięgał, że to nic nie znaczyło, że to tylko takie głupie żarty, nic nieznaczące rozmowy z koleżanką, że on nic nie zamierzał, że nie zdradził, że kocha tylko mnie itd itd .... Wybaczyłam. Może nie powinnam? Ale wybaczyłam, w końcu aż taki zły nie jest, nawet czasem troche pomaga w domu, czasem kupi jakiegoś kwiatka, mówi że kocha, no i mój syn w końcu ma takiego prawie tatę. Nie chciałam tego tracić. Powiedziałam, że straciłam do niego zaufanie i chcę by pokazywał mi z kim pisze, bo boje się, że znów coś takiego mi zrobi, a tego bym nie przeżyła. Dwa miesiące było dobrze. Chodził "na paluszkach" starał się jak mógł,zaczęło się układać. Aż nagle znów boom ...
Dostałam dziwnego maila. Od jakiejś dziewczyny. Nie wiem do dziś od kogo. Pisała mi straszne rzeczy o R. Że jest dwulicowy, że zdradza mnie na lewo i prawo, że umawia się na spotkania w trakcie pracy (pracuje w innym mieście), żebym się zastanowiła za kogo ja chcę wyjść za mąż, że będzie mnie traktował tak jak byłą żonę, że dopiero po ślubie pokaże jakim jest skur .... Żebym nie dała się namówić na dziecko bo pewnie on już do tego dąży ... itp itd.
Poleciało morze łez. Nie wiedziałam już kompletnie co robić co myśleć w co wierzyć byłam zdruzgotana. Pokazałam mu te maile. Oczywiście się wyparł. Mówił, że kiedyś spotykał się z jakąś psychicznie chorą dziewczyną i to pewnie ona takie bzdury wypisuje. On tylko mnie kocha, jestem jedyna, w życiu by mnie nie zdradził itd itd. Ehhh znów dałam szansę, choć moja psycha już siadała. Niby nie złapałam go na niczym konkretnym, niby faktycznie wszystko mogło być jakimś chorym wymysłem, ale jednak jak to mówią w każdym nawet kłamstwie jest ziarenko prawdy. Kolejne miesiące mijały na przygotowaniach do ślubu. Niby było dobrze, choć kłotnie pojawiały się nadal. A to o ten cholerny brak sexu (chyba, że ja jestem dziwna to mi napiszcie, ale uważam, że w wieku 30 paru lat u zdrowych ludzi ochota na sex raz czy max dwa razy w miesiącu to nie jest normlane??) Zaznaczam, że oczywiście na początku związku tak nie było, mieliśmy idealnie dobrane potrzeby i temperamenty, tylko potem się mu zmieniło .... Kłótnie co raz częściej były też o pomoc w domu. Nie dawałam już sobie ze wszystkim rady, to było ponad moje siły, prosiłam by więcej mi pomagał, niby rozumiał, niby się zgadzał, ale zawsze było jakieś ale .... A to jest zmęczony (w sumie to od pół roku nie pamiętam, aby któregoś dnia zmęczony nie był), a to film leci fajny, a to zrobi ale zaraz, później, nie teraz. Tu pewnie zrozumieją mnie tylko kobitki, które taka jak ja nie mogą spokojnie iść się położyć jak wiedzą, że w kuchni sterta naczyń, w pokoju burdel, a łazienka jakby się kaczka w niej kąpała. Często gęsto więc szłam i robiłam sama bo nie mogłam się doprosić by on coś zrobił. Baaa pomijając już porządek w domu, nie mogłam się czasem doprosić by zrobił porządek ze sobą!!! Żeby się umył, zmienił gacie, czy wyszorował zęby!!! Tego też mu się zazwyczaj nie chciało. Ale znosiłam wszytsko. Zaciskałam zęby, tłumaczyłam sobie, że niektórzy mają gorzej, że są faceci którzy piją, biją i w ogóle, a przecież on nie jest aż taki zły, może nie mam na co narzekać?
W kwietniu była kolejna straszna kłotnia ... już nawet nie wiem od czego się zaczęła, ale skończyła na tym, że pierwszy raz usłyszałam, że to on się w tej chwili zastanawia co dalej, czy on chce ze mną być, on już nie jest pewien czy chce ze mną mieć dziecko, on już sam nie wie .... Argumentował to tym, że ja źle traktuję jego syna. Owszem przyznaje goniłam młodego w kwestii jedzenia ponieważ ani on ani jego była żona nie potrafią o to zadbać. Dzieciak w wieku 10 lat waży prawie 60 kg!!! Więc tłumaczyłam, rozmawiałam o zdrowym odżywianiu, odmawiałam słodyczy itp. Ale ok ... usłyszałam, że mam się nie mieszać, nie moje dziecko, nie moja sprawa, w sumie racja, odpuściłam. Od tamtego czasu problemów z jego synem już nie było. Natomiast problemy między nami były nadal. Bywało tydzień czy dwa sielanki, R był dobry kochany uczynny, po czym znów dochodziło do kłotni, po której on najczęściej nie chciał w ogóle rozmawiać, zamykał się w sobie, mówił, że w nerwach rozmawiać nie będzie, ale jednocześniej nie potrafił powiedzieć kiedy w ogóle będzie chciał rozmawiać. Najczęściej więc wszystkie problemy ostatecznie nie były omówione tylko zamiecione pod dywan, bo po kilku dniach jego odmów w kwestii rozmowy poprostu odpuszczałam ![]()
W czerwcu zaczęłąm źle się czuć ... okazało się, że zaszłam w ciąże. Czy R się cieszył? Niby tak, ale jednocześnie nic w jego zachowaniu wobec mnie się nie zmieniło. Nadal potrafił mnie odtrącać, być zimny, potrafił krzyczeć, mimo, że wiedział, że nie wolno mi się teraz denerwować. Prosiłam by się zmienił, opowiadałam mu przecież, że tamtą ciąże miałam przepłakaną więc tą chciałabym mieć szczęśliwą .... powoli jakoś do niego niby docierało. Zaczął traktować mnie trochę lepiej, potrafił wreszcie choćby zapytać jak się czuje i czy w czymś mi pomóc. Tydzień temu miał odwiedzić nas jego kuzyn. Tego dnia czułam się fatalnie, zmęczona, mdłości nie dawały spokoju, nie miałam sił wstać z łóżka. Jak zareagował R? Był wściekły, że w domu nie posprzątane a zaraz będą gości!!! Zaczął wszystko ogarniać sam, nie szczędząc przy tym komentarzy, że ja to się zawsze źle czuje jak ktoś do niego na przyjść (serio???kiedy???) było mi strasznie przykro, że tak się zachowuje, ale nie chciałam robić scen, bo w domu była akurat też moja mama. Goście przyjechali, starałam się zachowywać normlanie, nie pokazywałam żadnych fochów, ale rano postanowiłam sprawdzić jego telefon.....
Od kilku miesięcy prowadził rozmowy z kolejną dziewczyną
Były teksty w stylu: ahhh ty czarodziejko każdego byś uwiodła, wyślij mi swoje zdjęcie bo nie zasnę, kiedy mnie zaprosisz do siebie na obiad? ojj jak ja bym się zajął twoimi serduszkiem, szyjką i pachwinkami, ahhh jak wspominam to co było w krakowie, chciałbym to powtórzyć .... i wiele innych w ten deseń.
Chyba nie muszę mówić co poczułam? Kolejny raz to samo, kolejny flirt, nawet dużo gorszy!!! Boże jak on mógł?? W sierpniu mieliśmy wziąć ślub, ma swoją ukochaną narzeczoną w ciąży, a on pisze z kimś takie rzeczy?? Błagam napiszcie, że dobrze zrobiłam, że odeszłam, bo on zdążył mi już zrobić taką sieczkę z mózgu, że nie wiem co mysleć
On twierdzi, że to żaden flirt nie był i on nic nie chciał tym ugrać, że on kocha tylko mnie a to były tylko zwykłe rozmowy ze starą przyjaciółką. On nie widzi w tym nic złego, a to ja przesadzam, bronię mu kontaktu ze znajomymi i jestem nienormalna!!! On ma przyjaciółki, będzie je miał, będzie się z nimi spotykał na kawę itp, a jak mi się to nie podoba to nie mamy o czym rozmawiać. Zrobił mi kolejną awanturę, żebym to ja zastanowiła się czego chcę, krzyczał, bluźnił, wpadł w jakiś szał. Powiedział, że on już nie wie czy chce ze mną być skoro ja jestem taka!!!!
Następnego dnia poroniłam, wyprowadziłam się do mamy
On ciągle pisze, dzwoni, dopóki nie powiedziałam mu o poronieniu twierdził, że chce rozmawiać, że chce się dogadać, że dlaczego ja sę wyprowadziłam, pewnie kogoś poznałam (?!?!?!) i go olałam i w ogóle jak ochłonę to żebyśmy pogadali. Napisałam mu, że straciłam przez niego dziecko, niby płakał, przyjechał pocieszać mnie, ale ja już sama nie wiem co myśleć. Jestem w totalnej rozsypce, tyle planów, tyle wspólnych chwil, tyle marzeń, tyle zmian, wszystko na marne. Jak ja mam dalej żyć??? Może powinnam z nim jeszcze rozmawiać? Może próbować to odbudować? Czy mnie się życie nigdy już nie ułoży
![]()
Doradźcie proszę, może spojrzenie osoby bezstronnej mi jakoś pomoże?