Widzę zarówno na swoim przykładzie, jak i innych, że w zależności od tego, z kim mamy do czynienia (czasem z niektórymi musimy mieć do czynienia mimo, że nie chcemy, ale nie daje się tego uniknąć - np. mówię tu o niektórych członkach rodziny), ambiwalecja naszego wnętrza staje się jeszcze bardziej widoczna...
Czy Wy też łapiecie się na tym, że gdy przebywacie z ludźmi o szlachetnej naturze, to z Was samych wychodzą też same piękne kwiaty (piękne słowa, niekrzywdzące opinie, życzliwe komentarze, a nie złośliwości), a jeżeli z różnych powodów musicie znosić towarzystwo osób, które w Waszym mniemaniu są negatywne, wampiryczne jeśli chodzi o emocje, gorzkie, krytykujące (ja tak mam podczas wizyty u teściów chociażby), i kiedy musicie z tymi osobami porozmawiać o czymkolwiek, to czy słuchając ich ciągłej goryczy i narzekań nie łapiecie się na tym, że nagle zaczynacie krakać przy tych osobach jak one?
Wydaje mi się, że wszystkich znajomych da się podzielić na 3 grupy: takich, przy których jesteśmy najlepszą wersją samych siebie (i tych jest często niestety najmniej), 2) takich, przy których jesteśmy "nijacy" (przypadkowi znajomi w pracy, etc.) i trzecia, najgorsza grupa: ludzi, przy których sami czujemy, że dziczejemy, odczłowieczamy " " się....
Nie macie takiego wrażenia? Tylko jak odciąć się od takich toksycznych osób, psujących aurę, jeśli nie ma na dłuższą metę takiej opcji (szef, teść).