Witam Was,
do założenia tego wątku skłoniło mnie ostatnie spotkanie z koleżanką, a raczej tematy jakie zostały na nim podjęte.
Tak sobie rozmawiałyśmy odnośnie płci męskiej (obie jesteśmy singielkami) i koleżanka np. powiedziała że nigdy nie chciałaby meżczyzny który nie mówi po polsku, gdyż...jej rodzice nie mogliby się z nim porozumieć ani porozmawiać(mówiła to zupełnie serio). Innym przykładem tematu podejmowanego też z tą samą koleżanką było to, że ona nie mogłaby zmienić studiów nawet jesli by się jej nie podobały bo "co by rodzice pomyśleli", nie mogłaby pojechać na wycieczke na Wschód (zeszłego roku ten temat był wałkowany) "bo rodzice ją by zabili" .Inna znajoma mowila,ze jak wybierała lampe czy szafke do pokoju to najpierw musiala zadzwonić do rodzicow omowic wszytsko bo sama nie chciala podejmować decyzji a ich opinia dla niej byla niezwykle wazna....
Gdy z innymi znajomymi rozmawiam często słysze ten same argumenty "bo mama/tata mi kazał tak i tak zrobić" -wybrać kierunek studiów./kupić takie spodnie/jechać na wycieczkę.../
Czasem -jak moim zdaniem w przypadku tego ewentualnego wyboru "mężczyzny swojego życia" - te tłumaczenie że rodzice etc. brzmią dla mnie dośc groteskowo czy nie nawet absurdalnie, gdyż osoba dorosła powinna choć troche decydować o swoim życiu .
Sama mam kiepski kontakt z rodzicami, nie chce sie na ten temat rozpisywać, ale oni oboje nie dojrzali do bycia rodzicami gdyz ja i siostra mało ich obchodziłyśmy (woleli babciom podrzucać nas gdy pracowali)-nigdy sie nie przejmowali moja edukacja (chociaż byłam bardzo dobrą uczennicą, na koniec roku tylko dumnie odbierali od wychowawczyni listy gratulacyjne;/), nigdy nie odwiedzili mnie na studiach w miescie które wybrałam ani nie doradzali odnośnie wyboru kierunku, nie pomagali mi odwozic/przywozić rzeczy-bardzo szybko musiałam sie usamodzielnić-np.w wieku licealnym sama jezdzilam pociagiem prawie 400 km do siostry ( czasami w nocy), na wszelkie wyjazdy w szkole podstawowej sama sie pakowalam ,szykowalam do szkoly, robilam sniadania etc.
Jedyna osoba która była wykształcona i miała mądrośc zyciową z rodziny to była i jest ciocia (siostra ojca) bardzo dużo mi w życiu pomogła (mieszkamy w jednym domu wraz z dziadkami ) i to w głównej mierze ona wychowała mnie na (moim zdaniem) porządnego człowieka,wspierała mnie i pomagała jak tylko się dało. Zupełnie sama ze sobą nie byłam gdyż zawsze mogłam się do niej zwrócić o radę /pomoc i zawsze to otrzymywałam, więc taka zupełnie puszczona w samopas nie byłam i nie jestem ; )
Zastanawia mnie to zjawisko, czy to nie jest tak że ja nadinterpetowuje niektóre sytuacje i to co jest normlanościa dla inncyh dla mnie wydaje sie nienormalne (z racji tego,że mnie takowe sytuacje nigdy nie dotyczą i nie dotyczyły) ? Bo z jednej strony rzeczywiscie, troche mi żal jak słysze jak koleżanki trajkotaja przez telefon z rodzicami czy słyszę ich opowieści o ich sielance domowej ale z drugiej strony czuje sie wolnym ,samodzielnym człowiekiem radzącym sobie dobrze z przeciwnościami losu oraz dokonującym własne wybory -słuszne lub mniej słuszne, ale porażki daja nauczkę życiową;) Chodzi mi głownie o to,czy np. nawet taką pierdołe jak kupno stołu czy lampy warto konsultowac 100 razy z rodzicami jesli to ma byc moj mebel i ma sie on mi podobać
Chciałabym poznac Wasze zdanie na ten temat.
pozdrawiam ![]()