Witam,
chyba to miejsce jest odpowiednim do podzielenia się z Wami moim problemem. Czy zależy mi na Waszej opinii? Tak, zależy, bo jako "obcy", niezależni ludzie możecie mi pomóc w uświadomieniu sobie tego czego zrobić nie potrafię. Bo "chyba" nadal kocham.
Znaliśmy się dużo wcześniej, już przed 2009 rokiem, ale nie zwracaliśmy na siebie uwagi, jako na potencjalnych partnerów. W 2009 roku zaczęliśmy częściej ze sobą przebywać, dobrze czuliśmy się w swoim towarzystwie, dobrze się razem bawiliśmy. W czerwcu zostaliśmy parą. Było, jak to na początku, pięknie, motyle w brzuchu itp. W 2010 roku pojechaliśmy na wspólne pierwsze wakacje a od października zamieszkaliśmy w mieszkaniu jakie zostało kupione jej i jej rodzeństwu przez rodziców. W 2011 roku zaczęła aplikację radcowską. W lutym zaszła w ciążę. Była w drugim miesiącu. Wiadomość zszokowała, bo przez 2 tygodnie nie odzywaliśmy się do siebie, bo nie chciała ze mną spędzać czasu, była senna i niechętna. Później wszystko było jasne. W pierwszej chwili szok, ale zaraz myśl, że trzeba więcej pracować, że trzeba prosić rodziców o pomoc. Przytuliłem i powiedziałem, że damy radę. Potem pojawił się u mnie uśmiech i myśl, że zostanę tatą. Pamiętam, że był to czwartek, w piątek spotkaliśmy się ze znajomymi, ona nie piła, nie paliła wzbudzając zdziwienie u wszystkich. Najbliższemu kumplowi powiedziałem, że jest w ciąży. Cieszył się razem ze mną. W sobotę jak się obudziliśmy powiedziała, że nie chce tego dziecka, że nie jest jeszcze gotowa, że chce mieć ze mną dzieci w przyszłości, że jest na początku aplikacji i nie da rady. Strasznie była nieszczęśliwa. Tąpnęło mną jak mi powiedziała, że zamówiła przez internet tabletki z USA w celu dokonania farmakologicznej aborcji. Uległem. Zgodziłem się i żałuję do dziś. Dopiero dzisiaj wiem, bo wcześniej ta myśl chyba do mnie nie dochodziła, że ona już to wszystko miała zaplanowane. Przecież te tabletki były w domu dużo wcześniej przed tym jak mi powiedziała o ciąży. Ja mówiłem, że powinniśmy do rodziców zadzwonić a ona, że nie, musimy do nich pojechać. Dobrze jednak wiedziała, że tak się nie stanie. Wtedy kazała mi przysiąc, że jej nigdy nie zostawię. Przysiągłem. Tego wieczoru, jak wzięła tabletki, płakałem prawie całą noc. Czytałem jak mogło wyglądać dziecko w niej w 2 miesiącu życia. Straszny ból i cios na męskości. Nie podniosłem się od tamtej pory. Spadło moje poczucie wartości. Ona w wakacje a potem do końca roku 2011 dużo imprezowała ze znajomymi, mnie zostawiając w domu. Błagałem i prosiłem aby mnie też zabierała, aby ze mną spędzała trochę czasu a nie tylko spotkania nasze w domu. Mocno się załamałem psychicznie. Byłem w dołku a ona i tak wychodziła i zostawiała mnie w domu. Przeżywałem katusze. W październiku co 2 tygodnie na weekend wyjeżdżałem do Krakowa ( jestem z Wrocławia ) i bałem się strasznie samotności. Płakałem po nocach i bałem się, że ona coś może robić przeciwko mnie. W marcu 2012 roku rozpoczęła studia podyplomowe, na których poznała nowych ludzi. Był tam nijaki Michał, który pisał do niej cały czas sms-y, dzwonił po nocach, nawet jak była na imprezach. Niestety sprawdzałem jej telefon i facebook'a. Prosiłem aby zrobiła coś z tym człowiekiem bo nie odpowiada mi, że tak do niej wypisuje i dzwoni. On miał wobec niej jakieś zamiary ale jej to nie przeszkadzało. Wtedy to chciała mnie pierwszy raz zostawić. Ale została ze mną bo ją ubłagałem. Mówiłem, że przecież jesteśmy winni życie, pytałem czy dla niej nie znaczy już to co przeszliśmy. W marcu 2012 roku oświadczyłem się. Chciałem ją mieć przy sobie i myślałem, że mi się to uda. Oświadczyny były piękne, wymarzone przez nią, bardzo się postarałem. Potem nie mieliśmy większych problemów. Nastał rok 2013 i planowaliśmy ślub. Wszystko mieliśmy zarezerwowane na 30-08-2014 roku. W grudniu 2013 roku byliśmy na naukach przedmałżeńskich. Pisaliśmy tam do siebie listy miłosne. Ona swój rozpoczęła "Do mojego najukochańszego mężczyzny na całe życie". W marcu 2014 roku miała egzamin radcowski. Zarzucała mi wtedy, że jej nie wspierałem, gdzieś po drodze pokłóciliśmy się i powiedziała mi wówczas, że jak zda ten egzamin to zawdzięczać go będzie tylko sobie a jak nie zda będę miał w tym spory udział. Cios ogromny. Pojawił się nowy koleś koło niej. Jak byliśmy razem w naszym klubie to przebywała często z nim, to kolejki przy barze, drinki, tańce, rozmowy, wspólne zdjęcia na facebook'u. Byłem bardzo zazdrosny i mówiłem jej, że mi to nie odpowiada, że mnie to boli, ale dla niej nie miało to znaczenia. Ona uważała, że nic złego nie robi. Jak pytałem dlaczego mnie krzywdzi, to mówiła, że taka już jest, że nie wie dlaczego, że podświadomie robi mi na złość. Bolało jak cholera. I wtedy drugi raz powiedziała, że chciałaby się rozstać. W tej bezradności wziąłem nóż i poszedłem do łazienki zabić się. Uważałem to za moją ostatnią deskę ratunku. Prosiła, żebym sobie nic nie zrobił, żebym wyszedł i porozmawiał. Wyszedłem, porozmawialiśmy ale już nie wróciło nic do stanu wcześniejszego. Było ok ale był dystans. Potem się trochę polepszyło. Ja wiedziałem, że szantażowałem, ale uważałem, że to jest moje jedyne wyjście. Była kolejna impreza gdzie znowu dawała mi dowody do zazdrości i wybuchnąłem na całego. Zupełnie się ode mnie odsunęła. Nasi wspólni znajomi widzieli co się dzieje, i nie akceptowali takiego jej zachowania. Po tym nie chciała już mnie przytulać, całować, spać ze mną, mówiła, że jak zechce to sama do mnie przyjdzie. Prosiła mnie o pomoc w bieżących sprawach ( dawała nadzieję, którą później odbierała ), mówiła, że zawsze mogła na mnie liczyć. Mówiła mi, że nie chce ze mną dzieci, że nie jestem jej już przyjacielem ( na naszych zaproszeniach ślubnych była maksyma "Największym szczęściem jest poślubić swojego najlepszego przyjaciela" ). Ból przeogromny, żadnych gestów, żadnych oznak miłości. Nastał czwartek 15 maja. Powiedziała mi wtedy, że jakby miała decydować dzisiaj to ona zakończyłaby ten związek, ale jak chcę żeby się zastanowiła to ona musi mieć więcej czasu, bo wierzy, że się uda. Uciekała z domu bo mój widok, obolałego i płaczącego faceta działał na nią litująco. Wtedy to w domu powiedziałem, jej że nie dam rady, że ja już chcę skończyć z moim cierpieniem i bólem, że chyba musi być tak, że muszę ofiarować swoje życie za życie odebrane naszemu dziecku. Wtedy panicznie się rozpłakała, złapała mnie mocno i mówiła, że mnie kocha, że chce być ze mną, że mnie nie zostawi i mnie nie skrzywdzi. Kazała się przytulać i patrzeć jej w oczy. Prosiłem, żeby powtarzała mi te słowa i żeby utwierdzała mnie w nich. Powtarzała. W sobotę zadzwoniła po moją mamę z prośbą po pomoc, bo jestem w dołu psychicznym. Mama przyjechała. Zepchnęła mnie i mój problem na mamę. Już mój problem miał nie być jej problemem. Jak zapytałem czy to koniec ona odpowiedziała tylko TAK. Nastał koniec. Załamałem się i bardzo chciałem wtedy umrzeć. Prosiłem mamę żeby mi w tym pomogła. Pojechaliśmy do szpitala. Zostałem, lekarz nie chciał mnie wypuścić widząc w jakim jestem stanie. Nikt mi tam nie pomógł. Żadnych leków, tylko ze dwie rozmowy i tyle. Po 5 dniach wyszedłem. Nie odwiedziła mnie już tam, nie zadzwoniła. Była za to jej siostra, brat, ojciec. Potem dowiedziałem się, że po tygodniu zaczęła wychodzić na imprezy, że dobrze się bawi i że ona mnie szanuje.
Taka oto moja historia, bolesna, prawdziwa. Zostałem sam, bez mieszkania, bez znajomych bo byli naszymi wspólnymi i zostali z nią, moi przyjaciele po studiach powyjeżdżali. Zostałem bez poczucia bezpieczeństwa, z długami, i przede wszystkim bez niej.
Żal, że tak mnie potraktowała, wypchnęła mnie ze swojego życia jak niepotrzebną rzecz, tak bardzo chciała się mnie pozbyć, że stosowała bezwzględne metody. Może w strachu mówiła, że mnie kocha, że nie zostawi, że chce być ze mną i że mnie nie skrzywdzi? Może. Ja ją naprawdę błagałem o pomoc, błagałem żeby trochę czasu spędziła ze mną sam na sam a nie z innymi ludźmi, żebyśmy gdzieś wyjechali. Ona już nie chciała. Jestem pod opieką psychiatry, chodzę na psychoterapię, rozmawiam o wszystkim z rodzicami, znajomymi i chciałem się podzielić tym moim bólem z Wami. Nie rozumiem jak można nie pomóc najbliższej osobie, która potrzebuje pomocy. Pomaga się przecież obcym a tutaj nie byłem obcym człowiekiem. Tak bardzo ją kochałem i "chyba" kocham nadal, bo drzemią we mnie mocne uczucia. Najbardziej zadręczam się tą aborcją, ale nawet psychoterapeuta mi mówi, że przecież ona bezwzględnie się wobec mnie zachowała, informują mnie, że już wszystko jest w domu wystarczy zażyć, że kazała mi przysięgać. Ja jestem tylko dziwny, że tak na wszystko się zgadzałem. Bo niby z miłości i strachu, że mogę ją stracić. Reasumując strasznie mnie skrzywdziła i pozbawiła wielu uczuć, rzeczy. Zabiliśmy jednego człowieka a teraz umarłby drugi. Ja naprawdę strasznie cierpiałem kiedy chciałem się zabić, biłem się ze swoimi myślami. Boję się sam siebie. Bo strach przed sobą, co może przyjść do głowy jest najgorszy. Boję się nadal. Nie mam tutaj prawie nikogo z kim mógłbym pogadać, pójść gdzieś. Boję się jej spotkać, boję się tych naszym miejsc. Wrocław niby duże miasto ale teraz okazuje się mega malutkim. Nie pójdę do naszego wspólnego klubu bo ona tam jest. Zostawiła mnie 3 miesiące przed ślubem. Tak bardzo chciałem, żeby była moją żoną, żebyśmy tworzyli rodzinę, żebyśmy odkupowali swoją winę. Tak bardzo chciałem ... Smutne jest życie człowieka zostawionego a jeszcze smutniejsze tego, który nie wierzy w siebie i w to, że może być kiedyś szczęśliwy.