Czytam od kilku dni Wasze historie i postanowiłam opowiedzieć swoją. Trochę może w ramach terapii dla samej siebie lub też/albo może komuś kolejny przykład "takiej samej historii" pozwoli na podjęcie decyzji co do jego własnej sytuacji.
Opiszę ją tak mniej więcej jak wyglądała chronologicznie jednakże co do przeważającej części faktów, nawet tych które zdarzyły się kilka lat temu jasną ocenę mam dopiero teraz.
Jestem niesłychanie silną osobą. Tak przynajmniej zawsze o sobie myślałam. Z jasno postawionymi celami, zawsze pełną planów a przede wszystkim z tą świadomością, że można żyć lepiej i warto walczyć o ważne sprawy. No ale demony przeszłości (brak miłości w domu rodzinnym) w końcu i tak nas dopadają i w jaki sposób wpada się w pułapkę toksycznej miłości/depresję/coś na kształt syndromu wyuczonej bezradności.
FAZA I: TAKA FAJNA MIŁOŚĆ ![]()
Poznaliśmy się na studiach i już wtedy zamieszkaliśmy razem. Był moim najlepszym przyjacielem, wsparciem i niesamowitą osobą. Lubiliśmy wiele tych samych rzeczy i podobnie patrzyliśmy na świat.
FAZA II: COŚ ZGRZYTA
3 lata po studiach eks dostaje pewną pracę.
BIDULKA NR 1: opuszczona przez męża łajdaka samotna matka z 3 dzieci. Mąż łajdak zwiał za granicę i zostawił bidulkę z długami po ich wspólnej firmie. Mój najwspanialszy pod słońcem, niesłychanie empatyczny mąż bardzo bidulki żałuje i się z nią "zaprzyjaźnia". Ba nawet snuje jakieś idiotyczne plany zakładania z nią wspólnej firmy. Moje starania aby zrobił coś dla naszej rodziny w sensie planowania przyszłości - może zmienił pracę na lepszą, założył firmę (ale nie bynajmniej taką co to mu się z bidulką ubzdurało) spełzają na niczym. Mąż nie ma planów żadnych - dryfuje. A jak tak mniej więcej w tamtym czasie moge określić, że straciłam przyjaciela - tak to widzę z perspaktywy kilku lat.
No a przede wszystkim mąż nalega obsesyjnie na dziecko, tak że właściwie dnia nie ma aby ten temat nie był poruszany. Tyle, że decyzję o dziecku jak zwykle zostawia mnie (jak i każdą inną).
FAZA III: ROZKŁAD
W trakcie ciąży jest trochę komplikacji, więc zostaję w domu. Malutkiego synka nie wyobrażam sobie zostawić, więc przez 1,5 roku opiekują się nim sama. W tym czasie moja główna praca zostaje odłożona na bok ale mam pewną prace dodatkową, która zapewnia nam stabilizację finansową. No i jednocześnie usiłuję dokończyć pisanie pracy naukowej na oddanie której mam już wyznaczony ostateczny termin.
Tak gdzieś jak młody ma mniej więcej rok, mąż z synkiem wyjeżdża do babci na wakacje (ja mam w tym czasie zająć się pisaniem). No a mąż poznaje na wyjeździe MŁODĄ DUPĘ ("WIELKA MIŁOŚĆ" nr 1), o której istnieniu dowiem się dopiero dwa lata później.
Jak synek miał ok 1,5 roku wróciłam do pracy na etat i jednocześnie zaczęłam poszukiwania pracy za granicą. Jestem specjalistą w waskiej dziedzinie plus chciałam się trochę przekwalifikować, więc jakoś szczególnie szybko to nie szło.
W domu w mojej ocenie nie układało sie tak źle w tamtym czasie. Oczywiście, że było trochę ciężko ale jak ma być skoro obydwoje pracowaliśmy na pełny etat. Naszym synkiem zajmowały się nianie, bo nikogo z rodziny nie mieliśmy do pomocy na miejscu.
Tyle że kilka miesięcy później nasz synek zaczął chorować i wtedy zaczął się koszmar. Objawy nie były jednoznaczne, więc zaczął się ciąg wizyt lekarsko - szpitalnych. Tamten okres pamiętam jak jedną czarną dziurę i rozpacz. Zanim w końcu doszliśmy do jako takiej diagnozy minął rok. I to wtedy poczułam, że jestem sama, w trakcie tego roku.
Po jednym z koszmarnych pobytów w szpitalu umiera też mój kot. Mamy dwa koty ale ten akurat był taki bardzo ukochany. I zaczął chorować gdzieś tak mniej więcej jak mój synek. No i ganianie po kolejnych weterynarzach pomiędzy pobytami szpitalnymi mniej więcej przypominało paranoję spychologii szpitalnej. A potem było już za późno.
I tak mniej więcej dwa dni później mąż mi oświadczył, że chce się rozstać, bo UWAGA nie pasujemy do siebie ;PP
A dopiero dociekliwe kopanie spowodowało przyznanie się do WIELKIEJ MIŁOŚCI NR 1. No klasyczny kabaret: laska kilka lat młodsza, studentka, z którą mojego męża łączy wielka miłość na odleglość kilkuset kilometrów. Czyli jak ja byłam zajęta chorym dzieckiem to mój mąż był zajęty ... wiadomo czym.
No i teraz jak w tytule wątku: NIE WARTO DAWAĆ SZANSY.
No a kolejne 2,5 roku to: moja całkowita utrata siebie zakończona roczną depresją, taką że nawet nie byłam w stanie wstawać z łóżka a na wszystko miałam wy...ne.
Mąż niby zerwał z WIELKĄ MIŁOŚCIĄ NR1. Tylko, ze teraz z perspektywy czasu wiem, że próby naprawy związku były jednostronne. I nie rozumiałam dlaczego z kazdym dniem coraz bardziej czuję się nieszczęśliwa, i zła, i zgorzkniała i coraz mniej zostawało mnie jako mnie.
Ano ano dlatego, że mąż już od razu po zerwaniu z WM NR1 miał WIELKĄ MIŁOŚĆ NR2 aka BIDULKA NR2 czyli porzuconą przez męża dla innej kobiety koleżanką z pracy, mamą chłopczyka w wieku naszego synka. I teraz pod pozorem zaprzyjaźnienia chłopaków ze sobą spotykał się dzięki temu bez przeszkód z kochanką. Ba nawet we wrześniu zeszłego roku razem pojechaliśmy na kilka dni nad morze - dla dzieci ;PPP I to jest dopiero chore jak tak można żyć w takiej obłudzie? Coś mi tu nie było "halo" ale mąż się wszystkiego wypierał.
FAZA IV: KATHARSIS
Mąż klasyczny przykład tchórza i manipulatora do romansu przyznał sie tylko dlatego, że znalazłam wyraźne tego potwierdzenie w wiadomosci e-mailowej. To było w kwietniu. Tyle, że przyznał się, że niby od roku, czyli tak mniej więcej jak trwała moja depresja, żeby zrzucić na mnie jeszcze odpowiedzialność. No bo jaki on biedny ;D
Przez kolejny miesiąc trwało moje "motanie się".
Mąż usiłował mi wmówić, że poszukiwał miłości bo nie było jej w naszym małżeństwie. No całkiem fajna teoria tyle że kolejne dwa podejścia do zapisów emailowych dały całkiem ciekawe dalsze rewelacje, bo w momencie jak wyznawał miłość swojej cudownej koleżance z pracy to na prawo i lewo pieprzył kilka innych koleżanek z pracy czyli znudzonych mężatek z dziećmi. Przy czym specyficzny słownik mojego męża takie zachowanie gdzie nie wyznawał tym kobietom miłości nazywa flirtem ;PPP
No to tak w ramach podsumowania: klasyczny przykład Piotrusia Pana. Zupełny brak decyzyjności, dryfowanie, wiara w "prawdziwą miłość", system kłamstw i manipulacji tak aby przenieść winę na mnie - no bo to przecież zła kobieta była i się mnie czepiała a ja tylko współczułem tym wszytskim bidulkom i taki byłem pomocny ;PPP
Moje próby rozmowy, tłumaczenia, starania się tak naprawdę były bez sensu bo trafiały w zupełną próżnię i pustkę. Smutne to ale prawdziwe. Doszłam do takiej ściany, że czułam się jak paranoiczka, więc tak szczerze to to co wyczytałam w tych e-mailach sprawiło mi ulgę. Bo okazało się, że miałam rację - och intuicja zawsze górą, szkoda tylko że nie chciałam jej słuchać, nie miałam odwagi wczesniej się z tym mierzyć albo/i żyłam w przeswiadczeniu: "ale jak to? przeciez rodzina jest najwazniejsza i dziecko powinno się wychowywać z dwojgiem rodziców".
Hmm takie jeszcze kilka "the best of" tekstów eks-a:
- jak zaczynał romans z WM nr1 to oczywiście jej powiedział, że go juz nic ze mną nie łączy - klasyka :DDD Szkoda, że mi tego wtedy nie powiedział ;PP
- "nie byliśmy rodziną". No to się pytam od kiedy nie byliśmy rodziną? Od momentu jak powiedziałeś piewszej, że ją kochasz czy od kiedy? Eks nie zna odpowiedzi na to pytanie. Na to jak wygląda wg niego rodzina też nie.
- miłość = namiętność i tak wg niego powinna wyglądać miłość aż do późnej starości ;D
- "Nie wyobrażam sobie, że dziecko miałoby się nie wychowywać z Tobą, bo jestes wspaniałą mamą" = zostawiam Ci dziecko a ja zostaję singlem ;DDD
- "nie kasowałem tych wszytskich wiadomości bo chciałem, żeby to wyszło"
Moment, w którym go finalnie wywaliłam za drzwi jest początkiem mojego zdrowienia. Poczułam się dobrze z myślą, że oto moge już liczyć tylko na siebie i nie muszę oczekiwać, że on powiniem coś zrobić. Nie będę przynajmniej przeżywać kolejnych rozczarowań jak i tak nic nie robił - bo finalnie wszystko spadało na mnie. Popatrzcie nawet decyzję o rozstaniu tak naprawdę zrzucił na mnie ;DDD
Aha i jeszcze jak mówi moja koleżanka: Jeżeli facet przyznaje się do jednego romansu to było pewnie ze 3, jak do 3 to pewnie było z 5 itd. i że nawet jak złapiesz go za rękę, to będzie się wypierał, że to nie jego ręka.