Witam, na wstępie chciałbym powiedzieć, że jestem raczej pasywnym użytkownikiem i częściej przeglądam niż udzielam się w tematach ale jak na początku użytkowania forum planowałem -> chciałbym opisać swój problem a może raczej problemy..
Rodzina: ogólnie to nie mam ojca w domu (moja mama się rozwiodła i jest narazie z ojczynem) z czego wynikają pewne komplikacje. Mam dwóch braci - młodszego i starszego (starszy jest moim "prawdziwym", z młodszym mam po prostu wspólną mame jakby to ująć). Mama chyba nie potrafiła nigdy ujarzmić starszego który jest bardzo agresywny i jak byłem młodszy ( w połączeniu z moją "mniejszą" strukturą ciała, nawet teraz przy 1,8m mam jakieś 65 kilo) po prostu nie miałem szans i robił ze mną co chciał. Raz dostałem naprawdę ostro (on nie potrzebował większych powodów, wystarczy, że coś mu nie pasowało) a mam stwierdziła, że to ja go sprowokowałem... natomiast młodszy miał po stronie ojczyma i także robił ze mną co chciał, stawiałem się ile mogłem zarówno bratu jak i przyszywanemu ojcu no ale mogłem co najwyżej odpyskować i dostać wpiernicz a matka raz to broniła brata a drugi raz ojczyma i brata... z ojczymem mam spokój od 13roku życie kiedy go tak zjechałem, że przez rok się do mnie nie odzywał a brat się po prostu uspokoił, chociaż ostatnio już też chciał mnie uderzyć bo kabla do lapka nie podłączyłem i się zaczęła pyskówa. Dodatkowo nigdy nie czułem się co dopiero kochany, ja nawet nie czułem się wspierany i w ogóle doceniany. W gimnazjum po prostu uczyłem się bardzo dobrze (coś ponad 5.0 średnia); moim ulubionym była i jest fizyka, jak się dostałem na jeden konkurs, etap chyba powiatowy no i niestety nie mogłem jechać ponieważ zachorowałem ale jedna koleżanka ze szkoły także była to mama mi powiedziała, żebym się nie martwił bo podobno było tak trudno, że i tak bym nie dał rady (dzięki za pocieszenie mamo). Mama także jest dość "ciężkim typem". Jak byłem mały to kiedy byłem w miarę sam "świadomy" (tak z 10 lat) schomikowałem trochę kasy, żeby kupić jej coś na dzień matki (u nas prawie, żadnych podobnych świąt sie nie obchodzi, o urodzinach nie wspominając) to mnie zwyzywała, że nagle sobie przypomniałem...
Jest bezrobotna i w ogóle nic nie robi, chociaż w dzieciństwie mnie przycisnęła do nauki i może teraz dzięki niej mam taki w miarę dryg i trochę więcej samodyscypliny, jednak ogólnie, żałuję, że nauczyła mnie wielu niepotrzebnych cech przez które traciłem w życiu (uwaga - naprawdę uczciwość i bycie miłym nie jest nikomu na rękę, naprawdę). Bardzo, żałuję, że słuchałem się rodziców w kilku kwestiach (wczesne dzieciństwo to poza okręg osiedla nie wychodziłem "bo mama nie pozwoliła" i tylko słuchałem jak to się kumple bawili)
Szkoła: Wspomniałem już o tym, że jestem szczupły no ale kiedyś byłem także bardzo niski. W przedszkolu już na start byłem gnębiony (robili takie numery, że sami sobie wpisywali do jakiś pseudo czytanek "brzydkie słowa" i zrzucali na mnie) ale jakoś nigdy nie dałem się zagiąć. W podstawówce trafiłem na podobnych typów i to samo ale miałem przynajmniej 2-3 kolegów w klasie. Chociaż niby się dogadywaliśmy (klasowo) jakiegoś wielkiego hejtu nie było ale wystarczyła "iskra" żeby wybuchł pożar. Dziewczyny w podstawówce to najgorszy typ bab jaki spotkałem. Chociaż wychowawce miałem fajnego. Mimo to, wczesne dzieciństwo wspominam bardzo dobrze, miałem kilku kolegów o dwa lata starszych no ale się rozeszliśmy paczą kiedy oni weszli do gimnazjum (czyli ja 4 klasa podstawówki) ale miałem (i nadal mam) jeszcze jednego dobrego przyjaciela ( w sumie z jedną z osób ze starej paki też nadal się zadaje). W gimnazjum na początku też tak się zaczęło (miałem mieć tzw. "solówkę" w pierwszym tygodniu szkoły bo ja po prostu nie pozwolę sobie wejść na łeb) ale się jakoś rozwiało i bójki nie było. Potem gimnazjum też jakoś poleciało, w sumie to najlepsza klasa i jedni z najlepszych ludzi jakiś w życiu spotkałem (teraz jestem 3 klasa technikum a się i tak spotykamy co 2-3 miesiące w najlepszym wypadku ) i ten okres szkolny byłby naprawdę wspaniały gdyby nie ... faill in love. W przyjaciółce z klasy. Zawdzięczam jej zmianę wizerunku dziewczyn z gimnazjum (wcześniej to mi nawet nie przyszło do głowy żeby się z dziewczyną kumplować) no ale tak wyszło, ze zaczęło się od zauroczenia ale jeszcze fajnie się by kumplowało tylko, że ona wychodziło z założenia, że "nie chce mieć przylepki, że ma chłopaka" a jak jej wyznałem uczucie to po prostu kosz i tzw. friendzone. Byłem wściekły po prostu i trochę na niej to odreagowywałem, nie chciałem się już więcej przyjaźnić bo byłem świadom, że zlała mnie po prostu przez wygląd (teraz nie mam o to żalu no bo też zakochałem, się w wyglądzie w sumie na początku a że nie moglem jej dać tego samego no trudno) i jakoś urwałem kontakt. Technikum z kolei to zupełnie inna bajka, tzn. w klasie nikt nie jeździ po mnie itp. nie ma opcji żeby ktoś na mnie wjechał bo wie jak to się skończy no ale także nie jestem zbyt lubiany (chociaż ostatnio z jednym kolega zacząłem się bardziej zadawać a drugi szuka we mnie przyjaciela). Po prostu nawet nikt nie zaprosił mnie na tzw "osiemnastkę" , strasznie przykro mi z tego powodu. No ale przynajmniej problemów z nauką nie mam chociaż ukochana fizyka przez nauczyciela (który przychodzi na lekcje, puszcza film i pyta z niego) trochę trudniej mi podchodzi a z faktu, że nie ocenia materiału tylko te pseudo filmy to mam 4.
Jakoś nigdy nie poznałem dziewczyny która specjalnie by się mną zainteresowała i tutaj wystąpił ten problem bo na początku tego roku szkolnego (tzn. tak październik) gdy miało miejsce spotkanko klasowe z gimnazjum to stwierdziłem, że niepotrzebnie miałem pretensje do starej przyjaciółki i odnawiając znajomość znowu się zabujałem... jak głupek, prawda ?;) Tak jakoś leciało, znowu wpadłem w szufladke przyjaciela a ona znalazła sobie chłopaka. Staram się zapomnieć i utrzymywać minimum kontaktu no ale to jakieś półtora miesiąca może od tego a nadal się to we mnie tli. Nie chcę też tak od razu jej zlać, bo mimo, że w gimnazjum mi powiedziała, że wtedy nikt jej tak blisko nie był, to teraz także mocno się przede mną otworzyła (także ma problemy np. w domu) i nie chcę niszczyć po prostu czegoś takiego, jakbym mógł to wykasowałbym po prostu to uczucie i tyle ale jakoś nie mogę narazie. Nie chcę też nadszarpywać zaufania, żeby i tak kruchej ufności do ludzi do końca jej nie usunąć.
Ogólnie jakoś z dziewczynami mi nie idzie, ostatnio próbowałem do jednej wystartować, zagadywałem, kontakt wzrokowy i zbliżałem się powoli ale stanowczo i nagle... dowaliła mi "czemu się tak patrzysz" no i nie wiedziałem co powiedzieć (odparłem na szybko "a gdzie mam patrzeć"?) ale jakoś czar prysnął
To wszytko po prostu mnie zniechęca, bo mimo, że mam przyjaciół (ale nie jakąś stałą ekpia co zawsze mogę wyjść, na nich mogę po prostu liczyć itp.) to się czuję jakby nikt nie znał o mnie 100% prawdy bo tej koleżance oczywiście nie zdradziłem swoich uczuć a tak to jej mówiłem, że teraz na 100% już chce być tylko kumplem itp. mimo, że w wielu sprawach byłem 100% szczery (po prostu przed nią się otwarłem w kilku kwestiach i ją także wspierałem). Biorę się za robotę na wakacje ponieważ ostatnie to była męczarnia (jak to u typa samotnika), marnowałem czas więc chce iść do pracy, że przynajmniej kasę mieć. Odkładam też na studia ale sam już nie wiem czy to dobry wybór bo co jak znowu skopię tak jak w technikum? Kilka lat kolejnej samotności i tylko nauki.
Nie mogę już normalnie sypiać, a jak sypiam to no takie małe hobby sny zapisuje w pamiętniku (naprawdę to lubię a w ciągu pół roku, zapisałem chyba 7 snów ... tzn. normalny sen zdarzał mi się nieco częściej ale to pokazuje jak kiepsko z tym u mnie). Co ostatecznie chce? może po prostu się wygadać bo ciężko mi sie już dalej przed kim kolwiek otworzyć. Nie mogę powiedzieć, żeby nawet z przyjaciół ktoś znał mnie na 50% ale to raczej moja wina. Po prostu ja nienawidzę jak ktoś na mnie patrzy z litością bo zawsze wszyscy mnie mieli gdzieś, nikt mnie nie wspierał tylko wyszydzano i sobie wbiłem, że nie mogę na innych polegać. Ostatecznie stawiam na samodoskonalenie bo w szkole ta ważna dla mnie fizyka to jakaś kpina, taki paradoks -> im przedmiot dla mojego kierunku (mechatronika) jest ważniejszy tym nauczyciele mają to bardziej w pompie (tylko jeden od zawodowych się stara no i jeszcze pani od angielskiego). Jeszcze co do rodziny mam problem z babcią bo jest strasznie wścibska i nadopiekuńcza (z prawdziwym ojcem pisałem kilka listów, tak po prostu bez żadnych głębszych relacji a ona wzięła i mi go przeczytała a jak jej to wytykam to jeszcze mnie opieprzyła). Nikt w rodzinie jej nie lubi ale to nie o to chodzi. Z własnego doświadczenia widzę jak ludzie potrzebują miłości bo mimo, że nigdy jej nie miałem to jej pragnę tak po prostu jak człowiek, a ona? Jest już stara i wiadomo czym to się wiąże i zastanawiam się czy po prostu nie udawać dla niej kogoś lepszego (tzn. że ją bardziej kocham) . Nie ma opcji na szczere uczucie ale chyba każdy zasługuje na świadomość przed śmiercią, że komuś na nim zależało a teraz? Widzę babcie z pustym wzrokiem, jakby tylko wegetowała i czekała, to jest przerażające ale bez kłamstwa ja nie umiem jej inaczej traktować (tzn. źle ją traktuje raczej) bo taki wizerunek "irytującego" człowiek z którym się chce jak najmniej do czynienia mieć się kojarzy (ona zachowuje się jakby to ująć, cytat ze zbrodni i kary " Ci ludzie nawet kochają jakby nienawidzili" )
Jeszcze dochodzi problem, że nie moge zdać no .. na prawo jazdy po prostu próbowałem chyba 5 czy 6 razy i za każdym podejściem klapa, może stres ? Chociaż w niektórych sytuacjach jestem aż zbyt opanowany. Jeszcze dochodzi tutaj jaki był mój instruktor, strasznie nadpobudliwy a w połączeniu z tym, że po prostu nigdy wcześniej nie kierowałem i słabo mi szło (przy pierwszej jeździe wymagał odemnie żebym wszystko na tip top robił, no absurd) to się kłóciliśmy, a że brat mi powiedział, że ta szkoła jazdy jest dobra to głupio tam siedziałem z tym instruktorem zamiast innego wybrać... Jeszcze bardzo ciekawe było to jak ten facet, się przede mną otworzył, obcym człowiekiem (no w sumie też piszę do obcych ludzi ze swoim problemem ale tutaj anonimowy jestem a on do jakiegoś randoma co mnie raczej nie lubił z problemami życiowymi) że mu syn umarł i dosłownie całe życie swoje opisał... jak on nie miał się także komu wygadać (no w sumie ja jakbym chciał to bym mógł ale... za chwile ) to dobrze o nim nie świadczy.
Właśnie, myślę, że śmiało mógłbym się wygadać przed przyjaciółmi ale zawsze ja to byłem ten radosny, co mu uśmiech z twarzy nie złazi i każdego rozśmiesza.. straszny opór mam przed głębszym wnikaniem, chociaż co do kilku spraw np o rodzinie i klasie to mówiłem oczywiście z kolegą. Wcześniej takim małym spowiednikiem była własnie ta przyjaciółka, ona też mi się mocno wygadywała, no ale teraz? Znowu skopałem moim zdaniem; jeszcze ma chłopaka to też widać, że pewnie z nim o wszystkim gada i jak się minęliśmy na ulicy czy coś i chwila gadki to.. jest po prostu inaczej nie poruszy po prostu od tak swoich problemów. Nie mam jej tego za złe ale strasznie dziwnie się z tym czuje bo nie chce znowu tak wyjeżdżać jak to mam źle bo mimo wszystko, że chce zapomnieć to zależy mi na niej i nie umiem tej strasznie słabszej strony pokazać mimo, że trochę z niej już widziała.
no to chyba wszytko wiem, że tak po prostu się wypisałem ale już nie miałem chyba innego wyjścia jak narazie bo po tych nieprzespanych nocach jeszcze mnie brzuch zaczyna boleć, nie wiem czy od smutku czy co. No i oczywiście nikt się nie domyśla bo bawić i uśmiechać się potrafię, może nawet za bardzo...