Witajcie.
Ja i mój chłopak mamy po 21 lat. Związek zaczął się niespełna 7 lat temu, zatem można śmiało rzec, iż razem dorastaliśmy. Obecnie mieszkamy razem od roku.
Przez pierwsze 3 lata układało nam się wspaniale - bez jakiejkolwiek nawet kłótni. Jednakże pewnego dnia do Kacpra odezwała się jego dawna "dziecięca miłość", czyli koleżanka z podwórka, w której zawsze się podkochiwał i która swoją obecnością (mieszkała za granicą od 11. r.ż., przyjechała na wakacje do Polski) znów zawróciła mu w głowie - tym bardziej, że zaczęła się do niego mocno zalecać, nie zważając na mnie. Mimo że ostrzegałam go przed konsekwencjami ich znajomości i nie chciałam, by spotykał się z nią sam na sam, potajemnie zrobił to i wiem, że doszło między nimi do pocałunków. Spotkali się dwa razy, po czym ona wróciła do swojego kraju zamieszkania i już się w Polsce nie pojawiła. Kontakt mieli przez kilka miesięcy po tym incydencie, ale polegał on głównie na tym, że szantażowała go, iż wyśpiewa mi wszystko, jeśli on tę ich znajomość zakończy. Skąd o tym wszystkim wiem? Powiedział mi rok po tej sytuacji (ich spotkania), kiedy definitywnie z nim zerwałam, ponieważ nie układało nam się - przeczuwałam bowiem, że coś jest nie tak, ale wypierał się, więc podjęłam męską decyzję. Klęczał, płakał, błagał o wybaczenie (dodam, że mieliśmy wtedy po 18 lat). Starał się o mnie przez 3 kolejne miesiące, z tamtą dziewczyną zerwał ostatecznie kontakt i wiem,że nie było to ciepłe pożegnanie. Od momentu, gdy w końcu uznałam, że możemy jeszcze raz spróbować, było naprawdę ok.
Skończyliśmy licea, wyjechaliśmy do dużego miasta na (te same) studia. Przez pierwszy rok nie mieszkaliśmy razem, ale widywaliśmy się bardzo często, ufałam mu, on mnie i mimo iż mieliśmy osobne paczki (które nawzajem oczywiście znamy), nie było między nami nieporozumień.
Na drugim roku studiów postanowiliśmy razem zamieszkać (wprowadziłam się do jego mieszkania - mieszkanie należy do jego matki, która mieszka w innej miejscowości). I choć to wspólne mieszkanie nie było dla nas jakąś straszną nowością (znamy się kupę lat i wiemy o sobie właściwie wszystko), to jednak zaczęło się psuć.
Sprzeczki były głównie o to, że przestał przejawiać chęć wychodzenia ze mną z domu, "bo ma mnie na miejscu i świetnie bawi się ze mną nawet tu, nie musimy nigdzie wychodzić, by było super", natomiast na piwa, piłki i kluby z kolegami leciał jak na skrzydłach.
Oczywiście nie czepiałam się o to, bo cieszy mnie, że ma fajnych kolegów, z którymi dobrze spędza mu się czas (ja zresztą też z jego kumplami czasem gdzieś wychodzę), ale bolało, gdy odmawiał wyjścia ze mną lub ewidentnie było widać, że się do tego zmusza. Krótko mówiąc - osiadł na laurach.
Nie mogę jednak mówić, że było tak cały czas - kiedy było między nami dobrze, on na tych laurach faktycznie osiadał. Lecz kiedy psuło się, chodziłam smutna i miałam do niego żal o to, że nie chce nic ze mną robić, starał się jak nigdy. Wymyślał różne formy spędzania wolnego czasu, zabierał mnie w fajne miejsca, dawał się wyciągać na różne imprezy i nie odmawiał mi wyjścia na głupie piwo POZA DOMEM
Niestety miewałam wrażenie, ze robi to nie dlatego, ze autentycznie sprawia mu to radość, lecz "na odwal się" - bym dała mu spokój. Ogólny rachunek wygląda tak: miesiąc super związku, dwa tygodnie sprzeczek i wyrzucania sobie nawzajem, ochłodzenie relacji, potem poprawa z jego strony na kolejny miesiąc i tak w kółko...
Ale do rzeczy...
9 miesięcy od początku wspólnego zamieszkania stało się coś, co poważnie mną wstrząsnęło.
Otóż tydzień temu oświadczył, że jedzie z kolegą na rowery i wróci za 2-3h, bo musi się uczyć. Ja na to - ok. Wyjechał o 14, przez cały dzień zero odzewu poza jednym telefonem(gdy zadzwonił, był mocno dziabnięty, więc wiedziałam, że sobie popili, co raczej nieczęsto mu się zdarza) i bodajże smsem. Ja ze swojej strony pytałam tylko, o której w końcu zamierza być, bo wiedza ta była mi potrzebna do celów praktycznych, a nie po to, by go sprawdzać.
Ostatecznie wrócił o 22.
W jego telefonie znalazłam dwa zdjęcia, na których był on i dwie dziewczyny (na oko 16-17lat) i wygłupiali się. Był podpity, co też było widać.
I zaczęła się poważna awantura...
Zapytałam, kim są. Powiedział wprost, że siedzieli na trawce przy piwie obok tych dziewczyn, a że zaczepiały ich słownie, postanowili podejść. I miło spędzili czas, jakąś godzinkę, po czym sobie poszły. Nie wymieniali się numerami telefonów, nie pamięta (rzekomo) ich imion. Tylko to, że "było spoko, fajnie się gadało".
Zrobiłam mu ogromne wyrzuty o to, że robił sobie zdjęcia z obcymi dziewczynami - następnego dnia, gdy zupełnie wytrzeźwiał, przyznał,że nie pamiętał o tych zdjęciach i że faktycznie przegiął i to już się nie powtórzy (w co oczywiście nie wierzę).
W czym więc problem, skoro tak naprawdę nic się nie stało?
Otóż mój facet nigdy nie czuł potrzeby posiadania koleżanek - a gdy już jakieś miał, nie zagłębiał się w te znajomości. Ot, pogadać na przerwie w szkole czy na piwie po uczelni, czasem napisać coś na portalu społecznościowym i tyle.
Teraz z kolei powiedział mi wprost, że nie widzi nic złego w podchodzeniu do obcych dziewczyn celem zwykłego zapoznania i porozmawiania, skoro nie ma zamiaru kontynuować tych znajomości.
Gdy zapytałam, czy wobec tego ja powinnam przestać olewać kolesi, którzy do mnie podchodzą, odparł, że oczywiście mam ich olewać, bo faceci zawsze mają jakieś zamiary. Gdy więc zapytałam, dlaczego uważa, że inni mają zamiary, skoro on nie, odparł tylko: "bo ja nie chcę Cię zdradzać i wiem, że moje podejście byłoby jednoznaczne tylko ze zwyczajną rozmową". Ręce mi opadły.
Powiedział, że może mi obiecać, że nie będzie podchodził do panienek po pijaku ani gdy będzie z jednym czy dwoma kolegami, lecz gdy zbierze się męska ekipa i okoliczności sprawią, że po prostu zapoznają się z jakąś grupką dziewczyn - bez podtekstów. I że mówi mi o tym, bo na dzień dzisiejszy nie czuje takiej potrzeby, ale kiedyś może wyniknąć taka sytuacja i nie chce, bym wówczas myślała, że mnie oszukuje, bo według niego to nic złego.
Boli mnie to wszystko, ponieważ nagle po 6 latach zaczął potrzebować "koleżanek". Ot, do pogadania. Ja to postrzegam jako szukanie wrażeń... co dziwi mnie o tyle, że układało nam się ok, nikt nikogo nie ograniczał, na imprezach tańczył z pannami (ja z facetami również) i nie widzieliśmy w tym nic złego.
Nie miałabym nic przeciwko poznawaniu obcych ludzi na różnych eventach, ale celowe podchodzenie do dziewczyn na ulicy czy w parku tylko po to, by pogadać? Trochę to się kupy nie trzyma.
Na dzień dzisiejszy zerwałam z nim, stracił moje zaufanie i choć nic złego niby nie zrobił (poza tymi nieszczęsnymi zdjęciami), obawiam się, że powoli zaczyna zachowywać się jak chłopak potrzebujący wrażeń. Wszak od zwykłych znajomości i pogadanek się zaczyna...
On uważa, że owszem, spierniczył sprawę, ale kocha tylko mnie, chce ze mną być, wyjechać ze mną na wspólne wakacje i pracować na moje zaufanie, ale nie mogę zabronić mu poznawania innych kobiet, gdy zajdą takie a nie inne okoliczności (napisałam wyżej).
Widzę, że mu zależy. Lata za mną, jest kochany, pomocny. Z kolegą, z którym wtedy był (na tym rowerze) ograniczył póki co kontakt do minimum.
Ale boję się. Boję się dać mu szansę, by za kolejne 2, 3 lata nie mieć poczucia zmarnowanych lat młodości na faceta, który na to nie zasługuje, bo inne mu w głowie...
Tak, nie miał innych kobiet poza mną. Koleżanki ma, ale nie utrzymuje z nimi bliższych kontaktów. Nigdy nie czuł potrzeby poznawania nowych panienek. Ale ma kolegów - singli zaprawionych w boju i chyba im pozazdrościł... choć twierdzi, że nie, bo beze mnie nie wyobraża sobie życia.
Co o tym wszystkim sądzicie? Powinnam do niego wrócić? Przesadzam? Czy moje obawy są słuszne, czy za bardzo próbuję go ograniczać? A może on mną manipuluje?
Piszcie, proszę, jak najbardziej szczerze, bo pogubiłam się jak cholera i nie wiem, w którą do przodu.