Jestem w związku z facetem już 4,5 roku. Na początku było dobrze, poznawaliśmy się, on chciał ze mną być, widać było, że mu na mnie zależy. Jednak nie wiem czemu, w pewnym momencie wszystko zaczęło się zmieniać. Ja się zakochałam, on chyba przeciwnie, zaczął się w tym związku nudzić. Nie wiedziałam, do czego zmierza nasze bycie razem, zapytałam go więc, jak widzi nasze życie, wspólne mieszkanie. On powiedział, że długo mieszkał sam, długo musiał liczyć tylko i wyłącznie na siebie i nie chce na razie niczego zmieniać. Do rozmowy o wspólnym mieszkaniu wróciłam tylko raz, za kilka miesięcy od tamtej odpowiedź była taka sama? Już to powinno sprawić, aby zapaliła się w mojej głowie lampka, ale nie? Widywaliśmy się w dalszym ciągu, tylko w weekendy, w poniedziałek przed pracą zawsze wracałam do siebie. Wtedy wynajmowałam mieszkanie. W pewnym momencie jednak dostałam z dnia na dzień wypowiedzenie od właścicielki, po kilku miesiącach od drugiej rozmowy. Wtedy on mi zaproponował, żebym wprowadziła się do niego. Było to po kilku kolejnych miesiącach od drugiej rozmowy na temat mieszkania. Wtedy już nawet odechciało mi się z nim mieszkać w pewnym sensie, doszłam do wniosku, że dobrze mi tak, jak jest. Ale przeprowadziłam się do niego. Bałam się tego, ale jednak. Dlaczego się bałam? Bo wciąż pamiętałam rozmowy wcześniejsze. Kochałam go jednak.
Zamieszkaliśmy ze sobą. I szczerze mówiąc, nie wiem, czy dobrze. Mieszkam z nim już 3 lata. W międzyczasie straciłam pracę (z dnia na dzień), nie przedłużono mi umowy, poinformowano mnie o tym ostatniego dnia. Szukałam kolejnej ponad rok. Chyba właśnie wtedy wszystko zaczęło się psuć. Nie miałam od niego żadnego wsparcia, moja ocena spadała na łeb na szyję, bo nikt mnie nie chciał jako pracownika, a od niego? słyszałam pretensje. Że nie ma pieniędzy, że siedzę w domu i nic nie robię (chociaż sprzątałam, gotowałam, prałam i robiłam wszystko, co robiłabym u siebie w domu). W międzyczasie wysyłałam miliony CV. On jednak w takich momentach robił mi fochy o głupie rzeczy, jak np. niepozmywane naczynia w zlewie. Potrafił się nie odzywać przez kilka dni. Ja płakałam. Nie potrafiłam zrozumieć czemu taki jest. Jednocześnie starałam się, zawsze pierwsza w tych kłótniach wyciągałam rękę, poza tym to zawsze ja więcej uczuć zawsze mu okazywałam, niż on mnie. Tak jest do dziś, chociaż rok temu znalazłam dobrą pracę. Poszłam od października na studia, mimo że mam 28 lat i najmłodsza nie jestem. Nigdy jednak nie zainteresował się tym, czego się uczę, jakie mam oceny, jakie zajęcia. Mało tego, dwa dni przed pierwszym zjazdem, w październiku, zrobił mi awanturę o jakieś wiadomości na gg, na które nie odpisywałam nawet (było takich ze dwie czy trzy od jakichś gości, których nie znam, a którzy piszą chyba w ciemno do kogoś). Zarzucił mi, że coś robię za jego plecami, że nie wie, co robię tak naprawdę i czy rzeczywiście nie pisałam z nimi. Po raz pierwszy byłam na niego wtedy wściekła, z pierwszym zjazdem musiałam sobie poradzić sama, zero wsparcia. Nie odzywał się przez kilka dni, ja do niego też nie. Po raz pierwszy na poważnie wtedy pomyślałam, aby się wyprowadzić. Kolejne spięcie było przed Bożym narodzeniem o niepozmywane naczynia, przestał się odzywać, a ja byłam wściekła i chyba wtedy zaczęłam być obojętna na to wszystko. Nie odzywał się przez 3 tygodnie. Ja wtedy znowu pomyślałam, aby odejść, bo do niczego to nie prowadzi. Zaczęłam nawet szukać mieszkania. Po świętach jednak znowu się zaczęliśmy do siebie odzywać. Nie było spięcia przez 5 miesięcy. Teraz jest znowu. On się nie odzywa o kolejną głupią wiadomość na gg, ja mam już dość.
Przez cały ten czas, 4,5 roku, jak jesteśmy ze sobą, ani razu nie powiedział mi, że mnie kocha. Ani razu nie usłyszałam od niego, że ładnie wyglądam. Zapominał o moich urodzinach, wymyślał mi różne przezwiska, niby w żartach. Z każdą taką sytuacją boli coraz bardziej. Nie interesuje się niczym, co mnie dotyczy, ani moją szkołą, ani pracą, no chyba że jej nie mam, to wtedy robi mi wyrzuty. O wzmiankach o ślubie, gdy jesteśmy np. u przyjaciół czy rodziny, zawsze mówił, że on ślubu nigdy nie weźmie. Zatwardziały kawaler. Za pierwszym razem gdy to usłyszałam to jak obuchem w łeb, ale nie podjęłam tematu, mało tego, myślałam, że zmieni zdanie. Potem go tłumaczyłam. Potem sama siebie zaczęłam przekonywać, że ja też ślubu nie chcę. Najgorsze, że w dalszym ciągu go kocham, ale ten związek nie ma w ogóle przyszłości. Coraz gorzej czuję się w tym mieszkaniu, które zresztą jest jego, a dla mnie jakby coraz mniej miejsca w nim jest, nie mam nawet gdzie zrobić notatek na zajęcia? Z drugiej strony kocham tego faceta i nie potrafię sobie wyobrazić tego, że miałoby go nie być. Ale nie widzę nas razem za np. 2 czy 3 lata. Albo widzę, ale w tej samej jak teraz sytuacji, w tym samym mieszkaniu, tak samo. Niczego do przodu.
Nie wiem, co robić. Pewnie powinnam go zostawić dawno temu, gdy zapaliła mi się w głowie pierwsza czerwona lampka, ale łatwo powiedzieć. Nie potrafiłam. Nie wiem, czy nadal bym potrafiła, chociaż coraz częściej o tym myślę, coraz bardziej mi przeszkadza obecna sytuacja. Poza tym co powiedzą znajomi, rodzina?... Oni nas widzą jako idealną parę. Poza tym mieszkam z nim. Nie potrafię znieść myśli że miałabym wyczyścić półki i odejść. Nie potrafię znieść tego, że mógłby znaleźć sobie kogoś innego. Ale z drugiej strony po co marnować czas z kimś, kto mnie nie kocha? Przecież tu nie wystarczy tylko moja miłość. Odejść? Boję się nawet rozmowy z nim na ten temat?
Podobne tematy
Przede wszystkim musisz zmienić swój system myślenia o sobie, świecie i związku. Albo się cenisz, albo się boisz. Cenić sie nie cenić, szanujesz też nie. Bać boisz, a juz szczegolnie o tym co ludzie pomyślą i powiedzą. To najlepiej nic nie robić i nie brać za nic odpowiedzialności, bo nikt wtedy ani dobrego ani złego zdania o Tobie nie powie. Ograniczenie w głowie w kwestii znalezienia szczęścia.
A jak tutaj jesteś krytykowana, to juz nie jest ważne co ludzie powiedzą? Bo słowa mogą tu paść bardzo złe. To będzie motywacja dla Ciebie, czy jeszcze bardziej sie zamartwisz?
Współczuję , że znalazłaś się w takiej sytuacji. Jestem przekonana, że skoro na początku nie układa Wam się najlepiej i Twój facet ma problem z okazywaniem uczuć, to po prostu musisz od Niego odejść i zacząć szukać kogoś innego, ale na pewno nie od razu. Jesteś młoda, ambitna i nie marnuj sobie życia.. Pozdrawiam
4 2014-06-02 11:41:16 Ostatnio edytowany przez dafne123 (2014-06-02 11:45:42)
Thepass kolejny Twój post jest strzałem w 10. Jestes dla mnie specjalistą w doradzaniu kobietom tkwiącym w toksycznych związkach. ![]()
Przecież już mieszkałaś sama i było Ci dobrze.Wróć do tego! On Cię olewa - jesteś sprzątaczką, kucharką i pewnie może seks ma za darmo. Jak z tego nie korzystać? Nie daj się tak wykorzystywać! Już lepiej być samą, niż w tak poniżającym związku. Z opisu wygląda jakbyś była niewolnicą - szanuj się, on nie jest Ciebie wart. Naprawdę, nie wiem jak to dobitnie Ci powiedzieć, żeby to Cię uderzyło - jak tym obuchem właśnie. Zajmij się sobą i tylko sobą - a nie takim draniem.
Przede wszystkim musisz zmienić swój system myślenia o sobie, świecie i związku. Albo się cenisz, albo się boisz. Cenić sie nie cenić, szanujesz też nie. Bać boisz, a juz szczegolnie o tym co ludzie pomyślą i powiedzą. To najlepiej nic nie robić i nie brać za nic odpowiedzialności, bo nikt wtedy ani dobrego ani złego zdania o Tobie nie powie. Ograniczenie w głowie w kwestii znalezienia szczęścia.
A jak tutaj jesteś krytykowana, to juz nie jest ważne co ludzie powiedzą? Bo słowa mogą tu paść bardzo złe. To będzie motywacja dla Ciebie, czy jeszcze bardziej sie zamartwisz?
Thepass, nie to jest najważniejsze, co ludzie powiedzą. Niech sobie mówią, nie o to mi chodziło i szczerze mówiąc mam to gdzieś. Ale po prostu szkoda... szkoda, że inni widzą nas tak idealnych, a tak naprawdę jest zupełnie inaczej, że dzięki niemu poznałam też kilka fajnych osób, a z niektórymi stracę kontakt. Ale szczerze mówiąc trudno... Nie o ludzi tu chodzi, bo to jest najmniej ważne, ale o nas...
Może i faktycznie się nie cenię i nie szanuję, skoro ciągle jestem z takim facetem, może i padną tu ostre słowa, ale może ja właśnie tego potrzebuję... Żeby ktoś mi coś uświadomił. Bo do tej pory chyba coś mi umykało, dopiero od jakiegoś czasu moje oczy są bardziej otwarte na to wszystko... Ale trudno je tak naprawdę otworzyć do końca, gdy się kocha...
Poczytaj sobie o osobowości bierno-zależnej..wtedy wszystko Ci się rozjaśni.
Odejść i jeszcze raz odejść jak najszybciej od takich psychopatów ! Oni nas mają za nic i pomiatają na wszystkie strony! Dasz sobie rade, ja jestem w trakcie dawania sobie rady, nie jest łatwo ale trzeba przedewszystkim dla siebie a wmoim przypadku to dla synka! Nie trzeba tkwic w tym co nie daje szczescia i bezpieczenstwa i prawdziwej milosci !
Ja się nie boję samotności, czasem wręcz nawet przyłapuję się coraz częściej na myśli, jak dobrze byłoby mieszkać samej... Nie jestem od niego uzależniona. I z czasem bym sobie z tym poradziła... Ale to boli... mimo wszystko... Wiem, że powinnam odejść, chciałabym zrobić to z klasą, być przy tym pewna siebie i twarda, ale boję się, że się rozpłaczę przy nim... Po prostu.
On nadal się nie odzywa, chociaż teraz to chyba mnie bardziej zależy na tym, aby utrzymać taki chłodny stosunek do niego. Widać, że pewnie chciałby znowu wrócić do normalności, ale co, znowu miałoby tak być, jak wiele razy przedtem?... Żadne 'przepraszam', nic w tym stylu, po prostu jest okay? A za dwa miesiące czy trzy znowu jakiś numer wywinie i przestanie się odzywać, ja nawet nie będę wiedziała z jakiego powodu... Nie... nie jest okay...
Dlaczego ja nie mogłam trafić ja jakiegoś normalnego faceta?...
10 2014-06-03 22:11:45 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-06-03 22:12:04)
Trafić? A to wiążesz sie z kimś strzelając kulą w płot, lub na drodze losowania? ; )
Sama wybrałaś, sama zdecydowałaś "dać szansę", sama się na pewne rzeczy godzisz.
11 2014-06-04 10:45:50 Ostatnio edytowany przez MamaMamusia (2014-06-04 10:47:13)
Thepass kolejny Twój post jest strzałem w 10. Jestes dla mnie specjalistą w doradzaniu kobietom tkwiącym w toksycznych związkach.
100% prawda
Ja tez tak uważam ![]()
Autorko wątku! Za co ty go kochasz?? Za to ,że cie dołuje, nie szanuje, za to, że nie dostajesz od niego najmniejszego nawet wsparcia? A może za te jego fochy i awantury o brudne naczynia?
Co ci daje ten związek oprócz tego, że w oczach otoczenia uchodzicie za fajna parę ??
Postaraj sie odpowiedzieć konkretnie, bez tekstów w stylu - "coś w nim takiego jest, co mnie do niego ciągnie..."
Nie chcesz płakać podczas rozstania? Spakuj swoje rzeczy i po prostu wyjdź....i zacznij kochać siebie!
W takiej sytuacji sama świadomość problemu i wiedza jak ten problem rozwiązać nie daje żadnego efektu. Najcześciej potrzeba jakiegos bodźca, który zmusi do działania
Tak juz skonstruowany jest mózg kobiety- może wiedzieć co z tym "fantem -problemem" zrobić, ale sama żadnego ruchu nie wykona.
13 2014-06-04 16:51:12 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-06-04 16:51:32)
Jak dziecko za rączke powiadacie? To najlepiej jakby pojawił się na jej drodze kolejny rycerz, który ją "wyrwie" z tego toksycznego snu.
Czy kazda kobieta jest taka sama, że nie podejmuje aktywności? Że nie podejmuje decyzji? To czemu kobiety jednak zrywają? Czemu potrafią powiedzieć co jest nie tak i stawiać ultimatum?
Poza tym dzieki za miłe słowa ![]()
Nie każda kobieta jest taka sama. Sa kobiety, które kochają również siebie a nie tylko tych pożal sie Boże rycerzy. Taka kobieta wybierze swoje własne szczęście i będzie wiedziała kiedy powiedzieć nie i kiedy odejść.
Thepass, nie wszystkie kobiety potrzebują prowadzenia za rączkę. Czasem po prostu nie zawsze dostrzega się to, co inni zobaczą, stojąc z boku i patrząc. I dlatego też tutaj trafiłam. Aby do końca móc otworzyć oczy. To jest mój pierwszy poważny związek, nie miałam przed nim tak naprawdę nikogo i to byłoby moje pierwsze rozstanie... Może i dlatego tak bardzo chciałam, żeby się udało.
MamaMamusia, zastanawiam się nad Twoim pytaniem (szczerze mówiąc nigdy go sobie tak naprawdę nie zadawałam) i dochodzę do wniosku, że... nie potrafię na nie odpowiedzieć. Kochałam go takiego, jaki był na początku, czuły, zależało mu na mnie - wtedy to czułam, teraz tego nie ma. Wychodzi więc na to, że ja chyba kocham swoje wyobrażenie o nim i o tym, jaki chciałabym, żeby był. Tyle, ze on taki nigdy nie będzie.
Dałaś mi do myślenia i z tego wynika chyba tylko jedno rozwiązanie w tej sytuacji...
Może i tak, tylko znam kobiety, które od X lat są z mężczyznami, którzy są dla nich podli. Ich znajomi tłumaczą im, że tak byc nie moze, ze traktują je przedmiotowo, manipulują. Dostają inny punkt widzenia, a jednak szukają i czekają... wystarczy np czułość raz na miesiąc, by kolejny raz kobieta uwierzyła, że on się zmieni i może być taki jaki na początku. A początki to wiadomo, chęć zdobycia... i po co zyc przeszłością?
thepass
miłość i tyle, widzisz po wątku icemana, że nie tylko kobiety lubią trwac w takich chorych związakach, często na to forum zagladają panowie i jak się czyta co im kobiety odstawiają to się włos jeży.
ja jak pamiętasz odeszłam sama z takiego związku, choc kilka nadprogramowych miesięcy rzeczywiście czekalam na jego zmianę, bo kochałam i miałam nadzieje. ja mam prosty przekaz dla takich kobiet: MIŁOŚĆ TO NIE WSZYSTKO. ja też kochałam exa odchodząc od niego!!!! i co z tego? sama miłosc i kochanie nie wystarczy żeby być szczęsliwym.
trzeba w związku jeszcze wielu innych składowych (każdy ma swoje) np. wsparcie, lojalność, dobry seks, wierność, jakaśtam stabilność finansowa, podobne poglądy na świat, wspólne cele itp. MIŁOŚĆ? piękna sprawa ale nie wystarczy do zbudowania szczęsliwego zwiazku.
18 2014-06-04 23:20:46 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-06-04 23:21:38)
Ja to w ogóle miłością bym nie nazwał, jeśli nie ma tych części składowych... raczej uzależnienie, które "zmusza" do trzymania się przy kimś. A co do mężczyzn to uwazam, ze jednak mniej jest takich historii jak kobiecych. Duzo wcześniej tacy wpadają w friendzone i nie mają tego "złego" związku. Wzdychają do kobiety jako aseksualni koledzy. A tutaj jednak seks łączy, jedna część składowa i czasem starcza. Jak kto lubi...
ty byś tego miłością nie nazwał jak składowych nie ma, ale to nie oznacza, że jest tak jak ty uważasz. Miłość to trudna do zdefiniowania rzecz, dla jednych to właśnie składowa, dla innych to takie uczucie, które bije od wewnętrz nawet jak dzieje się źle. Ja miłość np czuję, zwyczajnie, nie wiem jak to opisać ale mam świadomość, że to uczucie jest niewystarczające do budowania związku ale jednocześnie to uczucie sprawiało, że mimo to jakiś tam czas trwałam w bezsensownym związku. nie wiem czy to było uzależnienie, nie sądze bo co niby mnie uzależniało? no, może wspólne mieszkanie, ale ostatecznie i tak nie stanęło na przeszkodzie by odejść.
Zresztą- nadal czuje to uczucie, a już nic mnie przy nim nie trzyma, więc w jaki sposób miałabym być uzależniona?
Gdyby to było takie łatwe, ot, nie pasuje, nie układa się - pakujemy się i do widzenia...
thepass - ja też uważam, że uzależnienie bardzo często mylone jest z miłością i tak tez jest nazywane. Też znam bardzo wiele kobiet, które tkwią w toksycznych związkach i nie ma w ich przypadku dużych szans na zmianę tej sytuacji. Myślę, że jest kilka powodów takiego stanu rzeczy - kobiety takie maja często bardzo niskie poczucie własnej wartości, którego źródło tkwi najczęściej w domu rodzinnym, poszukują w relacji z mężczyzna ojca, przyjmują role ofiary, uciekają w toksyczny związek przed problemami, boja sie samotności, wmówiono im, że tylko u boku mężczyzny coś znaczą i że samotność to najgorszy z możliwych stanów i wiele innych tego typu spraw. Do tego dochodzi cała ideologia i presja społeczna pod tytułem "matka Polka" albo "zostawił cię? ojej...i co ty teraz biedna zrobisz?" Ten temat jest na prawdę bardzo głęboki.
Trin - to nie jest łatwe, powiedziałabym wręcz, że to jest doznanie skrajnie bolesne, ale pomyśl co jest lepsze dla ciebie - tkwić w związku w którym z jego strony chyba nawet nie ma uczuć, czy przecierpieć rozstanie i być kiedyś szczęśliwą i spełnioną kobietą?
Prawdopodobnie masz rację - kochasz swoje wyobrażenie o nim, swoje marzenie o idealnym partnerze.On jednak ma z tym mało wspólnego.
Dobrze, że to zauważyłaś i nie masz zamiaru "pracować" nad nim i go zmieniać.
22 2014-06-05 12:22:33 Ostatnio edytowany przez dafne123 (2014-06-05 12:23:46)
Jeśli chodzi o WIEDZE ZYCIOWĄ dzielę ludzi na dwa rodzaje. Pierwszy to ci, którzy posiadaja tę wiedzę magiczną o zyciu od samego początku, znają swoją wartość, wiedzą jak chcą byc traktowani, co jest dla nich dobre a co nie i na podstawie tej wiedzy budują relację z innymi ludźmi ( pewnie to kwestia charakteru i wychowania przez rodziców). Drugi rodzaj to ludzie, zdobywają tę wiedzę w czasie, którzy uczą się głównie poprzez doświadczenia. Muszą przysłowiowo "przejechać się" parę razy, popróbowac, żeby poukładało się w tej makówce i pewne rzeczy zostały wreszcie zrozumiane.
Trin nie obraź sie, ale sądzę, że nie należysz do tej pierwszej grupy, ja zresztą tez do niej nie należę. Dla każdego przyjdzie czas na zmianę, na oświecenie. Teraz każdy Ci pisze co powinnas zrobic, ale wydaje mi się, że daje Ci to chwilową poprawę nastroju. Z czasem sama to zrozumiesz. Jestem zadania, że bardziej doświadczone kobiety mają więcej pewności siebie, nie pozwalaja sobie na gorsze traktowanie i robia mniej głupot
( oczywiście to nie jest regułą ).
thepass
miłość i tyle, widzisz po wątku icemana, że nie tylko kobiety lubią trwac w takich chorych związakach, często na to forum zagladają panowie i jak się czyta co im kobiety odstawiają to się włos jeży.
ja jak pamiętasz odeszłam sama z takiego związku, choc kilka nadprogramowych miesięcy rzeczywiście czekalam na jego zmianę, bo kochałam i miałam nadzieje. ja mam prosty przekaz dla takich kobiet: MIŁOŚĆ TO NIE WSZYSTKO. ja też kochałam exa odchodząc od niego!!!! i co z tego? sama miłosc i kochanie nie wystarczy żeby być szczęsliwym.
trzeba w związku jeszcze wielu innych składowych (każdy ma swoje) np. wsparcie, lojalność, dobry seks, wierność, jakaśtam stabilność finansowa, podobne poglądy na świat, wspólne cele itp. MIŁOŚĆ? piękna sprawa ale nie wystarczy do zbudowania szczęsliwego zwiazku.
To właśnie o to chodzi.
ty byś tego miłością nie nazwał jak składowych nie ma, ale to nie oznacza, że jest tak jak ty uważasz. Miłość to trudna do zdefiniowania rzecz, dla jednych to właśnie składowa, dla innych to takie uczucie, które bije od wewnętrz nawet jak dzieje się źle. Ja miłość np czuję, zwyczajnie, nie wiem jak to opisać ale mam świadomość, że to uczucie jest niewystarczające do budowania związku ale jednocześnie to uczucie sprawiało, że mimo to jakiś tam czas trwałam w bezsensownym związku. nie wiem czy to było uzależnienie, nie sądze bo co niby mnie uzależniało? no, może wspólne mieszkanie, ale ostatecznie i tak nie stanęło na przeszkodzie by odejść.
Zresztą- nadal czuje to uczucie, a już nic mnie przy nim nie trzyma, więc w jaki sposób miałabym być uzależniona?
Jest bardzo dużo czynników uzalezniających, jak nawet strach przed byciem samotną, o czym wspomniała poprzedniczka.
Od pewnych emocji, które miłością nie są. Natura kobiet jest taka, że są emocjonalne. Jedne mniej, drugie bardziej. Im bardziej wrażliwa, im bardziej jakoś pokrzywdzona, niedowartościowana, im gorsze schematy wyniosła z życia rodzinnego i otoczenia, tym później jest bardziej czuła na różne bodźce od mężczyzny. Taki mezczyzna nie musi byc silny prawdziwie, ale emocje wywoła, często huśtawkę, dużo częściej 80% negatywnych emocji, 20 dobrych i z takim "kiełbie we łbie" powstaje zakochanie. Oczywiście gdzieś tam jest też pożądanie, które jest instynktem i od tego też się można uzależnić. Poznajemy drugiego człowieka bardziej, więc racjonalizujemy sobie jego cechy, które niby nas przyciągają i tak uzależnienie rośnie. Szybkie przywiązywanie się, szybkie angażowanie się. Uzależnienić się można nawet od zauroczenia, bo to zauroczenie jest tylko wyobrażeniami na temat idealnego partnera. I nie przechodzimy etapu dalej, mimo zauważenia, że tego idealnego partnera nie ma. Ale emocje blokują przed rozstaniem. To nie jest tak, że mamy uzależnienie tylko materialne, bo mężczyzna oferuje życiowo więcej, bo ogranicza (zazdrosc, zaborczosc, dominacja czy to psychiczna czy tez fizyczna). Uzaleznienie od emocji, które wywołuje i jakie one by nie były, są lepsze dla kobiety od pustki. I nikt nie mówi, że odejść jest łatwo, ale taki związek jest niszczący i ma przyczynę w samej kobiecie, która zamiast iść za lepszym przykładem to zadowala się ochłapami. A czemu to też są różne tego powody. Najczesciej wlasnie to, że życie jej ucieka, atrakcyjność spada, nikt jej nie zechce, że musi kogoś mieć, bo sobie nie radzi, że na lepszego nie trafi, że nie ma już porządnych mężczyzn, że jako młódka uwielbiała "niegrzecznych chłopców" i to się nie zmieni, bo chemia musi być od początku, czyli trzeba sie SZYBKO przywiązać, bo boi się samotności, bo boi się zmian, bo nie chce przechodzić etapów zakochania (znowu chce na szybko), bo boi się kolejny raz skrzywdzenia (i niby się broni, ale jednocześnie reaguje kolejny raz na kilka 'dobrych' uczynków ze strony mezczyzny na początku i znowu sie zakochuje prędko), bo nie zasługuje na kogoś lepszego, bo chce być potrzebną mężczyźnie (do czegokolwiek...), bo żyje głównie po to by być kochaną - i wg mnie (bo nie jest to potwierdzone naukowo), jeśli kobieta zgadza się na ochłapy miłosne, czyli jak najmniejszą ilość jej dobrych wartości składowych, to po prostu ma to niskie poczucie własnej wartości i to ją pcha ku "złemu". Najczesciej jej matka też niezbyt się ceniła i stąd to wszystko... ale od czego jest doświadczenie? Od tego, żeby poprzestać popełniania błędów z przeszłości. Tylko to trzeba być asertywnym i się szanować. Jestem piękna, inteligentna, dobra, opiekuncza, mam wiele do zaoferowania - zasługuje na fajnego mężczyzne, który będzie mnie uzupełniał, rozumiał, a nie spychał jeszcze w dół brakiem akceptacji, czy poszanowania. Dominacja jest atrakcyjna, ale nie tego typu, że umniejsza się jeszcze wartości czy roli kobiety.
Ja bym jeszcze dodała, że kobieta panicznie boi sie porzucenia. Dlaczego? Bo obraz kobiety porzuconej różni się znacznie od obrazu mężczyzny porzuconego. Mężczyzna porzucony jest odbierany zwykle jako ten biedny, okaleczony, skrzywdzony i ma społeczne przyzwolenie na leczenie swoich ran w pełni chwały i wśród ogólnego współczucia, nawet jak zacznie pic to oczywiście przez złą kobietę. A jak otoczenie odbiera kobietę porzuconą? no cóż...jaką dziwną..pewnie miał powody skoro ja zostawił, miała muchy w nosie, stroiła fochy, ograniczała go biedaka, no to dostała za swoje i ma teraz, no i oczywiście - ona to już pewnie nikogo sobie nie znajdzie...Otoczenie przygląda się porzuconej kobiecie jak dziwnemu okazowi przyrody, dlatego kobiety często zrobią wszytko byleby nie zostać porzuconą, dadzą mężczyźnie pełne pole do popisu jeśli chodzi o dominację, zrezygnują z siebie, upodlą sie i upokorzą byleby tylko na zewnątrz poszedł komunikat - "popatrzcie, jestem normalna, mam faceta i jestem z nim szczęśliwa". Nie ważne, że w środku odbywa się prawdziwy dramat....W chwilach naprawdę ciężkich napiszą potajemnie na forum, po to jedynie żeby się wyżalić i uzyskać jakieś tam potwierdzenie, że może ktoś inny ma jeszcze gorzej. Jak usłyszą - "zostaw go i zajmij się sobą", odpowiedzą od razu - "ale ja go tak kocham...nie umiem go zostawić". Błędne koło, nie wyobrażam sobie możliwości zmian bez solidnej, długiej i niełatwej terapii.
26 2014-06-05 16:40:26 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-06-05 16:44:42)
Czy ja wiem. Mężczyzna porzucony chyba odbierany jest jako mięczak, który się użala i sobie nie radzi. Że gdzieś zatracił męskość i nie umie jej odzyskać. "Jesteś taki dobry, na pewno kogoś znajdziesz (ale nie mnie)". Nie wiem czy bycie ofiarą w kręgu wartościowych kobiet jest odbierane jako nieodpychające (juz nie mowie o atrakcyjnosci). A, że jest wiele kobiet które lubią pocieszać i robią za matki teresy, matkują, to i przyciągają takich. Kolejna chęć bycia potrzebną.
Ale ogolnie z reszta sie zgadzam.
27 2014-06-05 17:09:47 Ostatnio edytowany przez dafne123 (2014-06-05 17:11:07)
Czy ja wiem. Mężczyzna porzucony chyba odbierany jest jako mięczak, który się użala i sobie nie radzi. Że gdzieś zatracił męskość i nie umie jej odzyskać. "Jesteś taki dobry, na pewno kogoś znajdziesz (ale nie mnie)". Nie wiem czy bycie ofiarą w kręgu wartościowych kobiet jest odbierane jako nieodpychające (juz nie mowie o atrakcyjnosci). A, że jest wiele kobiet które lubią pocieszać i robią za matki teresy, matkują, to i przyciągają takich. Kolejna chęć bycia potrzebną.
Ale ogolnie z reszta sie zgadzam.
O takkkk ! on jest taki nieszczęśliwy, niedostępny, nie potrafi okazywać uczuć i emocji, dlatego mi ich nie okazuje. Do tego jest gburem i chamem, ale on wcale nie chce mnie tak traktować, to z powodu wychowania, miał kiepskie dzieciństwo, nie miał wzorców, ale ja go uratuję, pokażę mu co to jest prawdziwe życie i prawdziwa miłość. Oooo tak miłość to poświęcenie. Poświęcę się mu, będę kobietą jego marzeń. Będę dla niego dobra, będę gotowała obiadki, będę matką jego dzieci... baaa będę jego druga mamusią.
Stereotypowe myślenie większości kobiet. Komunikują się z z facetem w relacji dorosły - dziecko. Chcesz wychowywać ? ok - rób to, ale dyskretnie jak komandos zza krzaków.
28 2014-06-05 17:10:06 Ostatnio edytowany przez MamaMamusia (2014-06-05 20:22:27)
No własnie...taki porzucony mężczyzna -biedak wcześniej czy później znajdzie Matkę Teresę, która sie nim zaopiekuje...Resztę znamy - uzależni ją od siebie, będzie leczył na niej swoje kompleksy i niepowodzenia, wyżywał się...a ona - stara śpiewka o wielkiej miłości...Błędne koło...
Może to i jest jakieś uzależnienie, po głębszym zastanowieniu się... Za szybko się zaangażowałam, za szybko się przywiązałam do niego... A że jestem emocjonalna w niektórych sytuacjach, czasem nawet za bardzo, to niestety prawda i temu nie zaprzeczę... Więc Thepass, w tym co piszesz może i jest trochę racji.
Spakowałam dziś najpotrzebniejsze rzeczy i wyjechałam do rodziców. Nie posiedzę tu długo, muszę sobie znaleźć mieszkanie, ale jednocześnie nie wyobrażam sobie sytuacji, że tam wrócę i znowu będzie "pięknie" i "ładnie"... Ja już tego nie widzę. Zresztą... on nawet głupiego smsa nie napisał w stylu "gdzie jesteś", a to o czymś świadczy...
Boli jak diabli ale co innego mam zrobić?... Zadowalać się ochłapami, jak to napisał Thepass?...
30 2014-06-05 20:55:39 Ostatnio edytowany przez dafne123 (2014-06-05 20:59:08)
Trin uwierz mi jeśli teraz jest Ci źle.. to z czasem byłoby Ci jeszcze gorzej... to jak równia pochyła. Zadbaj o siebie ! Poniżej coś dla Ciebie ![]()

Trin, sama widzisz - z jego strony nic nie było...Jego postawa mówi sama za siebie. Wiadomo, że boli ale z czasem będzie coraz lepiej. Jestes na dobrej drodze. Jesli poczujesz nieodparta potrzebę kontaktu z nim, wyjasniania czegokolwiek, roztrzasania, to napisz na forum, na pewno znajdzie sie tu ktoś, kto wybije ci to z głowy
Jeśli będzie bardzo źle - porozmawiaj z psychologiem. A na razie - zrób coś dla siebie...Może fryzjer? Kosmetyczka? Wielkie ciacho z bitą śmietana? Sexi kiecka? Czerwone szpilki? Pachnąca kąpiel?
Trzymam kciuki za ciebie, mam nadzieję, że wytrwasz i nie dasz się.
Trin generalnie mam bardzo podobną sytuację do twojej. tyle, że krótszy staż, ale partner tak samo obrażalski.
historia podobna: wielka miłość, wspolne mieszkanie, wielkie plany, pozniej cos mu odwalilo, ja czekalam az się ogarnie, to nie nastąpilo więc odeszlam argumentując to tym, że zasługuję na coś więcej.
dlatego tak intensywnie dyskutuje o tym z Thepassem bo ja od początku kwasów WIEDZIAŁAM (i mówiłam mu to), że zasługuję na lepsze traktowanie bo jestem fajną babeczka. ale nie odchodziłam (juz teraz nie wiem sama czemu, wydawalo mi się, że to miłość ale Thepass też ma mocne argumenty, że może coś innego mnie przy nim trzymało bardziej patologicznego), dawałam mu szanse, ale on jej nie wykorzystywał, więc odeszłam.
Ja raczej nie miałam zaniżonego poczucia własnej wartosci (raczej mam to teraz-po rozstaniu) tylko jestem za dobrą osobą. nie chciałam go krzywdzić, nie chciałam go rzucać- chciałam naprawiać bo kochałam (?) ale obróciło się to przeciwko mnie, on wyczuł moją słabość i ją zacząl wykorzystywać i kiedy to dostrzegłam to odeszłam.
Thepass bardzo często dostrzegasz w osobach piszących na tym forum wlaśnie UZALEŻNIENIE od drugiej osoby. u podstawy tego leży dzieciństwo albo inne historie np z poprzednich zwiazków. Wiem, że wyżej rozpisałeś się jakie są objawy tego i w sumie mądrze piszesz.
Ale interesuje mnie raczej to, że skoro np mówisz mi "to nie byla miłosc- to było uzależnienie" to czym jest w takim razie miłość wg ciebie?
bo wiesz, mówi się, że W MIŁOSCI NIE KOCHA SIĘ ZA COS, ALE MIMO WSZYSTKO- ale nawet to zdanie jak widać z w/w opisów nosi znamiona UZALEŻNIENIA (czy tam jakiejs innej patologii).
jest masa określeń miłości które podchodzą pod coś niezdrowego. W zawiązkach nie zawsze przecież będzie idealnie- mamy się rozstawać bo kryzys w związku może byc pierwszym objawem jego patologii a ja mam myśleć "kurcze chyba jestem od niego uzalezniona".
chodzi mi o to rozgraniczenie co jest jeszcze moją miłością do niego, a co uzależnieniem.
a może te kwestie się przeplatają.
a może miłości nie ma jest tylko jakaś forma uzależnienia?
to wszystko jest dziwne, głupie i skomplikowane.
Trin, sama widzisz - z jego strony nic nie było...Jego postawa mówi sama za siebie. Wiadomo, że boli ale z czasem będzie coraz lepiej. Jestes na dobrej drodze. Jesli poczujesz nieodparta potrzebę kontaktu z nim, wyjasniania czegokolwiek, roztrzasania, to napisz na forum, na pewno znajdzie sie tu ktoś, kto wybije ci to z głowy
Jeśli będzie bardzo źle - porozmawiaj z psychologiem. A na razie - zrób coś dla siebie...Może fryzjer? Kosmetyczka? Wielkie ciacho z bitą śmietana? Sexi kiecka? Czerwone szpilki? Pachnąca kąpiel?
Trzymam kciuki za ciebie, mam nadzieję, że wytrwasz i nie dasz się.
Też mam taką nadzieję... Ja wiem, że sobie z tym poradzę, może nie będzie łatwo, ale dam radę... Muszę, zresztą... on nie napisał ani jednego głupiego smsa do tej pory...
Trin generalnie mam bardzo podobną sytuację do twojej. tyle, że krótszy staż, ale partner tak samo obrażalski.
historia podobna: wielka miłość, wspolne mieszkanie, wielkie plany, pozniej cos mu odwalilo, ja czekalam az się ogarnie, to nie nastąpilo więc odeszlam argumentując to tym, że zasługuję na coś więcej.
Ty odeszłaś wcześniej, ja potrzebowałam aż ponad 4 lat na to... Zależało mi na tym, żeby to utrzymać, że może jednak coś z tego będzie, tyle tylko że on nie był skory i nie jest do żadnych rozmów, a to podstawa... A nie obrażanie się o głupoty i nawet nie mówienie o co chodzi... on się po prostu przestaje odzywać... A ty się domyślaj, o co mu znowu chodzi, co znowu zrobiłam nie tak... I tak było w kółko, on foch, na początku to ja wyciągałam rękę, czułam się winna, po kilku dniach znowu dobrze, aby za miesiąc, dwa czy trzy znowu się obraził o kolejną banalną rzecz.... Ileż tak można?...
A jak napisze tego smsa, przeprosi i będzie chciał pogadać???Będziesz dalej twarda???
Przestań czekać na tego smsa! może to i lepiej, że go nie napisał - dla ciebie lepiej, bo masz jasność a nie mieszanie w głowie.
Ból jest naturalną reakcją po stracie, tak samo jak rozczarowanie i wszytko inne co teraz przeżywasz. Daj sobie czas i pozwól sobie na ten ból właśnie.Nie musisz być silna, jesteś zraniona, masz prawo cierpieć.
przykro mi Trin, Mama ma racje, to lepiej, że się nie odzywa. mój też się nie odzywa jeśli cię to pociesza:) jak widać ci obrażalscy tak już mają, to jakiś mega zatwardziały, uparty charakter skoro tak potrafi, a to bynajmniej nie jest pozytywna cecha. mi też jest przykro, ale to minie kiedyś:) pomyśl, czy naprawde chciałabyś być z tak ciężkim charakterem do konca życia? jakby wyglądała wasza rodzina? ja własnie o tym myślałam odchodząc. facet ma byś stabilny emocjonalnie, a nie się obrażać. to nie był dobry materiał na partnera.
aha i wpisz sobie w google haslo bierna agresja, widzę ze w swoim poscie piszesz o tym, że "zapominał" o datach i o tym, że "w żartach" cię przezywal. te dwie rzeczy plus obrażanie to KLASYCZNE objawy agresji biernej, wkleiłabym ci linki ale nie można, poszukaj pod hasłami "agresja bierna/pasywna".
37 2014-06-06 15:15:37 Ostatnio edytowany przez Trin (2014-06-06 15:41:19)
On nie przeprosi. To jest typ, który nie przeprasza. On co najwyżej napisze tak, jak gdyby nic się nie stało. I co? Za jakiś czas znowu odwali mi taki sam numer? Mnie już się nie chce przeżywać tego po raz kolejny, marnować na to kolejnych miesięcy.
Może i rzeczywiście lepiej, żeby się nie odzywał, będzie mi mniej głowę zawracał...
Szczerze?... Nie miałam wcześniej pojęcia o agresji biernej, ale teraz czytam i widzę klasyczny przypadek. Sosenek, ja od jakiegoś czasu w ogóle nie widzę z nim przyszłości, nie widzę nas jako rodziny... to też o czymś świadczy.
i co teraz zrobisz?
co zamierzasz? pojedziesz z nim pogadac i to zakonczysz? spakujesz się i wyniesiesz?
czy bedziesz dalej czekac na tego sms od niego i na to aż rozejdzie się po kościach?
39 2014-06-06 17:41:30 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-06-06 17:47:51)
sosenek o prawdziwej milosci i tej nieprawdziwej mozna napisać książke. Najwazniejsze, by milosc nie krzywdziła, nie miała jakiegokolwiek wydzwieku negatywnego. Najwazniejsze, by nie uzalezniac swojego humoru, szczescia od drugiej osoby. By ta osoba nie wypełniała nam NICZEGO w zyciu. Jak sobie wszystko sami zapewnimy to milosc jest i powinna byc dodatkiem. I tylko ta milosc, którą rozdajemy, a nie bierzemy. A rozdawac moze ten, kto kocha sam siebie. Innym ludziom daje to za nic, ale nie wtedy gdy tej milosci nie chcą przyjąć. I nie wtedy, gdy ta druga strona rani, bo to proszenie kata o prawdziwą miłość. I znowu wypełniamy jakieś braki tą osobą. Mozna pisac o tym bardzo duzo. Zejść na same powody zerwań, na same powody irytacji, znudzenia, poczucie tego że nadchodzi przyjaźń, a jest to nieakceptowalne. Od tego, że nie ma mowy o pożądaniu (motylków) non stop i nie znaczy to, ze milosc sie konczy. I tak dalej i tak dalej. Ale jesli milosc jest negatywna to to nie milosc.
Prosty tekst do zobrazowania tego:
"Kiedy byłam z nim byłam taka szczęśliwa, to on wprowadził sens mojemu życiu.
Był przeciez taki idealny, lepszego nie znajdę. Juz lepiej mieć takiego, z tymi słodkimi wadami niż żadnego. Jestem teraz taka biedna, bo nikt mnie nie kocha, nie nadaje się i nikt mnie już nie zechce. Przecież musze założyć rodzine, chce mieć dzieci. Jak mam teraz żyć? Dla kogo?".
Człowiek dojrzały nie może żyć dla kogoś lub czegoś. Bo jeśli uważasz, że będziesz szczęśliwa dopiero jak: będziesz miała kasę, ślub, dzieci, kochającego partnera to zauważysz, że jak dostaniesz to wszystko to będziesz czuć wypalenie i frustrację. Zabraknie ci motywacji do życia, bo to juz dostaniesz i zaczniesz walczyć sama ze sobą. Z tym, że zgubiłaś swoją rolę do odegrania. A może mam za dużo kasy? A może ja w ogole go nie kocham? Ale czekajcie, bo jeszcze dzieci wychować muszę! I żyjesz w poczuciu obowiązku, a nie dlatego, że umiesz dawać szczęście z tego co już masz i nie szukać dalej nie wiadomo czego. I te dzieci wychowane z musu, kiedy sama nie jesteś szczęśliwa zostają wychowane w zły sposób...
Poza tym ludzie sami siebie ograniczają. Blokują kogoś przed sobą, bo stawiają wymagania. Czyli czegoś im brak. Poczucie, że chemia ma być od początku, poczucie, że jeśli z kims sie spotykamy to w głowie oceniamy go jako potencjalnego kandydata na partnera. Sporo takich ograniczen, ktore powstaja tylko w głowie i dlatego, że nie chcemy kochać , tylko byc kochanymi. I tylko przez kogos kto spełnia warunki.
Rozstajesz się i co teraz? Bez niego nie masz po co żyć? To dla kogo żyjesz? Dla niego? Dla miłości? W tym rzecz. Masz być szczęśliwa, kiedy NIE JESTEŚ KOCHANA PRZEZ INNYCH (bo tego nie należy chcieć). Kocham go, więc dam mu wszystko co będzie chciał nie wymagając nic w zamian. Mam dostęp do tej miłości nawet gdy go nie ma przy mnie, bo ciesze się, że on istnieje. Ciesze się, że moge to wszystko dla niego zrobić i to mnie nie niszczy. ON TEŻ MNIE NIE NISZCZY. Czy on mi da to samo, czy nie - jestem nadal szczęśliwa. Jest przy mnie, więc jest wspaniały. Nie musi go być bym sie dalej czuła dobrze. Kochanie za kogoś obecność, pomimo wad, tak. Ale nie walka którejś ze stron. Jak jesteś szczęśliwy bez ani jednej choć drugiej osoby to stworzysz naprawde fajne uczucie i rozstanie jeśli będzie bolało to tylko chwilę. Ale jak juz pisałem, ludzie rozwijają się powoli. Powoli łamią złe i toksyczne nawyki, które im wpojono, czy też chęć konsumpcji wszystkiego co najlepsze - co nam wpajają media. Bo ktoś musi być taki i taki, bo musimy tak wyglądac, bo musimy kogoś i coś posiadać. Nie musimy.
40 2014-06-06 19:32:48 Ostatnio edytowany przez Trin (2014-06-06 19:34:49)
i co teraz zrobisz?
co zamierzasz? pojedziesz z nim pogadac i to zakonczysz? spakujesz się i wyniesiesz?
czy bedziesz dalej czekac na tego sms od niego i na to aż rozejdzie się po kościach?
Do tej pory to się właśnie tak zawsze rozchodziło, jakby nic się nie stało. Nie wiem, może bałam się tej konfrontacji. Może tego, że mi powie, że jak mi jest źle, to do widzenia. Może nie chciałam się kłócić. Ja jestem z reguły spokojną osobą, chociaż można mnie wyprowadzić z równowagi, ale to jest trudne... A do tego zawsze dochodzą jeszcze emocje...
Na wiadomość od niego czekać nie będę, chociaż wiem, że prędzej czy później się odezwie. Szczerze mówiąc mam teraz zajęcie, mam masę nauki, bo mam sesję, chcę znaleźć inną pracę - jak widać mam co robić. I w chwili obecnej nie chcę gdybać, co będzie, gdy... Nie wiem, co zrobię. Chciałabym z nim porozmawiać, powiedzieć mu wprost, że nie ma sensu ciągnąć dalej tego, co między nami jest, bo jest szczerze mówiąc coraz mniej (jeśli w ogóle cokolwiek jeszcze jest). Ja na prawdę nie mam już sił ani nerwów na to, żeby się tak szarpać. Chciałabym znaleźć sobie mieszkanie... Chciałabym znaleźć w sobie odwagę, aby to wszystko zrobić... Jednego jestem pewna - nie potraktuję jego kolejnego milczenia i fochów jak coś, co przejdzie i będzie wszystko znowu okay. Chociaż będzie ciężko...
Co tam u ciebie Trin??? Dajesz radę???
On się nie odezwał. Ja idę w zaparte i do niego też nie. Chociaż mnie czasem nachodzą wątpliwości. Jestem cały czas u rodziców, ale chyba będę musiała sobie poszukać mieszkania, bo jak w takiej sytuacji mam tam wrócić i udawać, że wszystko jest okay?... Jednocześnie ta myśl o tej przeprowadzce jest dla mnie jakaś abstrakcyjna... Raz mam ochotę płakać, raz jestem wściekła na niego, czuję się jakaś pusta w środku i sama już nie wiem, co mam robić... Przecież jeszcze mnie czeka rozmowa z nim samym o tym wszystkim i o tym, że ja już nie chcę takiego związku... Przecież on ewidentnie tym milczeniem daje mi do zrozumienia, że mu na mnie nie zależy... A ja się jeszcze zastanawiam nie wiadomo nad czym...
Ale Tobie naprawde chodzi tylko o to, by pokazywał, że mu zależy? Jak pokaże, powie coś miłego to wracasz z podkulonym ogonem? O to Ci chodzi? To znowu nie bedzie Twoja decyzja.
Nie thepass, nie o to chodzi, bo nawet gdyby coś zrobił, to ja wiem, że za miesiąc czy dwa znowu powtórzy się to samo. Więc z jednej strony bardzo dobrze, że się nie odzywa, bo to mnie tylko utwierdza w przekonaniu, że robię dobrze. Z podkulonym ogonem nie chcę wracać, bo co mi to da?
Nic, będziesz dalej biła sie z myślami, że może się zmieni. Może to ten ostatni raz...
Otóż to... tych "ostatnich razów" to ja już trochę miałam...
On się nie odezwał. Ja idę w zaparte i do niego też nie. Chociaż mnie czasem nachodzą wątpliwości. Jestem cały czas u rodziców, ale chyba będę musiała sobie poszukać mieszkania, bo jak w takiej sytuacji mam tam wrócić i udawać, że wszystko jest okay?... Jednocześnie ta myśl o tej przeprowadzce jest dla mnie jakaś abstrakcyjna... Raz mam ochotę płakać, raz jestem wściekła na niego, czuję się jakaś pusta w środku i sama już nie wiem, co mam robić... Przecież jeszcze mnie czeka rozmowa z nim samym o tym wszystkim i o tym, że ja już nie chcę takiego związku... Przecież on ewidentnie tym milczeniem daje mi do zrozumienia, że mu na mnie nie zależy... A ja się jeszcze zastanawiam nie wiadomo nad czym...
No własnie - nad czym ty się zastanawiasz???
Tak, on daje ci do zrozumienia, że mu na tobie nie zależy, robi to już od dawna...
Ja to doradzałabym ci zrezygnować z tej rozmowy. O czym ona niby miała by być i jaki jest jej cel?? Będą łzy, wypominki...Po co ci to? Nie jesteście małżeństwem, nie musicie dzielić majątku w sądzie, nie potrzebujecie oficjalnego papierka z ogłoszeniem - "oto nastał koniec". Znajdź mieszkanie, zabierz swoje rzeczy od niego i rozpocznij nowe życie. Ostre cięcie będzie w twojej sytuacji najlepsze. A po swoje rzeczy najlepiej nie idź sama, tylko z jakąś zaufana osobą - będzie ci łatwiej uniknąć tych rozmów i dramatów...
Wiem, że boli i wiem jak bardzo, ale z czasem będzie lepiej. Trin, co nas nie zabije, to nas wzmocni.
MamaMamusia, chyba w sumie masz rację... ja w ogóle myślałam o tym, aby tam wrócić, gdy będzie nieobecny, w pracy, spakować się i ewentualnie spotkać później tylko po to, żeby oddać klucze...
Nie szukaj pretekstu do spotkania z nim, klucze możesz wrzucić do skrzynki na listy.
hmmm ja własnie tak to rozegrałam , że spakowałam sie i wyprowadziłam pod jego nieobecnosc. dzis trochę żałuję tego posunięcia.
jak tam w ogóle sytuacja? dalej się nie odzywa? nie wiesz jak on sobie żyje?
myślisz, że się obraził albo jest zły?
jaka w ogóle jest jego historia?
u mnie obrażanie exa wynikało z tego, że wychowywała go matka która własnie karała go fochem i obrażaniem się.
nie wiesz z czego to wynika u twojego?
Ja inaczej nie wyobrażam sobie tego, jak wyprowadzić się pod jego nieobecność... Inaczej emocje wezmą górę niestety.
Zero kontaktu - żadnego smsa, telefonu, gg, kompletnie nic. Nie wiem, czy nadal jest zły i obrażony, skoro się nie odzywa, to... qrcze, sama nie wiem. I szczerze mówiąc - nie chce mi się w to wnikać... Mam jednak wrażenie, że mu tak tam dobrze - beze mnie. Już nawet nie wiem, czy on się w ogóle odezwie do mnie, czy czeka, aż ja to zrobię pierwsza... On mnie nigdy nie przeprosił za żadnego focha - a trochę ich strzelił już...
Z czego to wynika? Nie wiem. To jest facet, który bardzo wcześnie się usamodzielnił, szczerze mówiąc, w wieku 15 lat nie mieszkał już z rodzicami, przeprowadził się pół Polski dalej, na początku mieszkał z siostrą, potem już sam, zresztą on ma dość liczne rodzeństwo i jest najmłodszy. Może i rzeczywiście wyniósł to wszystko z domu, ale to jest tylko takie gdybanie. Faktem jest, że długo już mieszkał sam, zanim zamieszkaliśmy razem, jestem pierwszą kobietą, która z nim mieszkała, wcześniej nie miało to miejsca...
Czyli jednak czekasz na tego smsa od niego, na wyjaśnianie, masz nadzieję, że może jednak choć trochę mu zależało lub nadal zależy. Doszukujesz sie powodów dlaczego taki jest...Po co to robisz? Z jego perspektywy ta sprawa jest zamknięta - jemu nie zależy, nie zależało i nie będzie zależeć.
Mam nadzieję, że on nie wyśle tego smsa, bo gdyby to zrobił to podejrzewam, że możesz się złamać i po w pierwotnym założeniu finalnej rozmowie pełnej łez i wyrzutów, sytuacja mogłaby wrócić do stanu poprzedniego - czyli znajomi nadal będą oglądać twój "idealny" związek a ty to już sama wiesz najlepiej jak się będziesz w tym "idealnym" związku czuła.
to, że szybko się usamodzielnił i nie ma jakiejś patologicznej rodziny przez która powiela schemat takich zachowań jakie reprezentuje przemawia bardziej jednak za tym, że mu nie zależy zwyczajnie.
jedz po swoje rzeczy, nie zaczniesz rehabilitacji dopóki tej sprawy nie zamkniesz...
MamaMamusia, trudno jest nie doszukiwać się tych powodów, gdy się było z kimś prawie 5 lat... Może i masz rację, może i czekam na jakąś wiadomość od niego, ale powiem szczerze: wątpię, by ona cokolwiek zmieniła. Nawet teraz, po tych 5 latach, gdy zacznie mówić, że nagle mu zależy - co z tego? Co w takim razie robił przez te 5, no dobra, 4 lata (bo na początku to wiadomo, co jest, motylki w brzuchu)? Nawet jeśli by mi teraz zaczął nawijać makaron na uszy, wątpię, by to cokolwiek dało, naprawdę...
Więc jeśli czekam na tego smsa, to tylko dlatego, żeby mi dał pretekst do tego (bo sama pierwsza do niego nie mam ochoty pisać ani dzwonić), żeby mu powiedzieć: facet, jesteś wolny. Nawet nie wiecie, jakie to jest dla mnie niesamowicie trudne, ale ja wiem, zdaję sobie sprawę, że innej opcji po prostu nie ma... ![]()
Z drugiej strony mam przeczucie, że powie po prostu "okay, żegnaj" i tak się to wszystko zakończy.
Tak wiem, że łatwiej jest wyszukać jakiś powód niż spojrzeć prawdzie w oczy, a prawdziwy powód znasz - to nie było to, jemu nie zależało tak jak tobie....to wszystko i choć jest to bolesne, to taka jest prawda i im szybciej ja zaakceptujesz tym lepiej dla ciebie.
Czekasz na pretekst by mu wszystko wyrzucić i poczuć się lżejsza. On jest wolny i ty też, zawsze byliście.
Masz przeczucie, że on powie "ok żegnaj " ale i nadzieję, że może jednak nie....
Trin, koniec to jest koniec, nie jest ważne kto to powie lub napisze.
Jestem w związku od ponad 3 lat, kończę studia, mój chłopak również, został nam jeszcze jeden rok. W roku akademickim mieszkamy razem, ale na wakacje rozjeżdżamy sie każdy do swojego domu, dzieli nas mniej więcej 500km, pociągiem mam do niego 7h plus potem jeszcze godzinny dojazd ze stacji do domu.Gdy jesteśmy razem wszystko jest super ekstra, dużo rzeczy robimy razem ale też nie przeszkadzamy sobie wzajemnie i nie ograniczamy sie.Jesteśmy razem szczęśliwi. Kłopoty zaczynają się gdy zaczynają sie wakacje, ja pracuje, on ma staż, przestajemy do siebie dzwonić, on niema dla mnie czasu, nie pisze smsów, no chyba że już go opieprze z tego powodu, nie interesuje go co robię, jednym słowem ma mnie gdzieś. Bardzo jest mi przykro w tedy, i mówię mu o tym że się martwię i w ogóle że mi go strasznie brakuje, ale jakoś go to nie rusza, nie mówi mi o niczym. W desperacji włamałam sie na jego konto na fb, oczywiście nie obyło się bez kłótni że to zrobiłam, bo nie mam prawa. Ale z jego wiadomości na fb. które przepatrzyłam wynikało, że w tedy kiedy mi pisał że nie ma czasu na rozmowy pisał z innymi dziewczynami, podobno studentkami ze stażu. Kiedyś też odkryłam że w czasie gdy już byliśmy od roku w związku miał konta na portalach randkowych, bardzo sie w tedy wkurwiłam ale nie zostawiłam go, dałam mu szanse. Sytuacja nie poprawiała sie ciągle były momenty że podejrzewałam go że mnie zdradza. Np. gdy ja wracałam z akademika do domu na jakiś weekend to on nawet o 3 w nocy spotykał sie z sąsiadką z naprzeciwka pokoju. Poza tym mam wrażenie że jest ze mną tylko dla seksu. W ciągu już 3 wakacji ani razu do mnie nie przyjechał bo twierdzi że u mnie nie będziemy mogli sie kochać (mam dużą rodzine i przesądnych rodziców), może tak ale ja nie chce żeby przyjechał tylko po to ja chce żeby spędził ze mną trochę czasu. Gdy ja do niego chce przyjechać to ciągle rozmowa schodzi tylko na jeden temat..seks. Tak wiem jest to ważna sfera i nie zaniedbuje tego ale bez przesady czasem chciała bym porozmawiać o zwykłych rzeczach, opowiedzieć mu jakąś historie która mnie spotkała.. niestety to go już nie interesuje. Nie wiem co mam myśleć czy to są tylko moje urojenia i jestem chorobliwie zazdrosna i powinnam mu ufać, czy powinnam sie z nim rozstać i ułożyć sobie życie z kimś kto niczego by przede mną nie ukrywał.
Jak to Ty jesteś tą starającą sie, przyjezdzajaca itp a do tego nie dzielicie wspolnego zycia jak w związku, to tak, wygląda na to, ze co najwyzej kochanką jestes ![]()
MamaMamusia, trudno jest nie doszukiwać się tych powodów, gdy się było z kimś prawie 5 lat... Może i masz rację, może i czekam na jakąś wiadomość od niego, ale powiem szczerze: wątpię, by ona cokolwiek zmieniła. Nawet teraz, po tych 5 latach, gdy zacznie mówić, że nagle mu zależy - co z tego? Co w takim razie robił przez te 5, no dobra, 4 lata (bo na początku to wiadomo, co jest, motylki w brzuchu)? Nawet jeśli by mi teraz zaczął nawijać makaron na uszy, wątpię, by to cokolwiek dało, naprawdę...
Więc jeśli czekam na tego smsa, to tylko dlatego, żeby mi dał pretekst do tego (bo sama pierwsza do niego nie mam ochoty pisać ani dzwonić), żeby mu powiedzieć: facet, jesteś wolny. Nawet nie wiecie, jakie to jest dla mnie niesamowicie trudne, ale ja wiem, zdaję sobie sprawę, że innej opcji po prostu nie ma...
Z drugiej strony mam przeczucie, że powie po prostu "okay, żegnaj" i tak się to wszystko zakończy.
Po co chcesz mu powiedzieć, że jest wolny? Nie lepiej jeśli sama będziesz się cieszyć, że ty jesteś wolna?
Wyczekujesz tylko żeby znów się do Ciebie odezwał, dał jakiś znak a ty gotowa będziesz do niego wrócić, nawet nie będzie musiał Cię przepraszać.
Też to przechodziłam i w dalszym ciągu przechodzę. Nauczyłam się, że cisza jest moim zwolennikiem, już nie chcę wracać na siłę.
Wiem, że wiele rzeczy mogę robić teraz sama. I nie tylko. Mogę spotykać się z ludzmi na których w przypływie tego "szalonego uczucia do swojego psychofaga" - zupełnie nie zauważałam. Mogę kłaść się i budzić bez obawy, że jemu coś się nie spodoba.
Kiedy odchodziłam od niego , bałam się, że znów skończę pod jego drzwiami, prosząc żeby wrócił. Teraz już nie chcę nawet żeby on chciał wracać. Nie dałoby mi to satysfakcji. Mam nadzieję, że jeśli kiedyś zwiąże się z kimś, to nie zrobi tej osobie krzywdy. Nie jestem na tyle zdesperowana żeby pozwolić krzywdę robić sobie. Zrozumiałam, że najlepsze cechy jakie mam - nigdy nie zostały przez niego zauważone. Zniszczyłby je, gdybym mu na to pozwoliła. Nie musiałam pozwalać. I nie pozwoliłam. Ty też nie pozwól.
Powodzenia
Nigdy nie zrozumiem dlaczego ludzie robia takie halo z odejscia,
Zwiazek nie uszczesliwa was?
Wiec odchodzicie.
Wystarczy wstac i sobie pojsc.
Pozniej bedziecie sie martwic.
Odejscie takie czasem jest najlepsza rzecza.
Kiedy bylam bardzo mloda, wplatalam sie na kilka miesiecy w bardzo bardzo dziwny uklad. I cos mi nie pasowalo i czulam sie jak Alicja w Krainie Czarow, zamknieta w za malym domu - przeroslam to miasteczko w ktorym mieszkalam, i przeroslam dziwne uklady.
Wiec spakowalam walizke i wyjechalam. Tak po prostu, nawet nie mialam do kogo i gdzie jechac i nie mialam wystarczajaco duzo pieniedzy zeby sie przeprowadzic do tak duzego miasta.
To wszystko jest bardzo proste tak naprawde - ale trzeba rozumiec i umiesc poniesc konsekwencje.
Sytuacja dziewczyny z jej chlopakiem, ktory nie chce przyjechac jest duzo latwiejsza i decyzja o zerwaniu z nim jest w sumie taka, ze nie ciagnie za soba trudnych do zniesienia konsekwencji.
Ja bym zerwala, na Twoim miejscu moja droga. Po co sie meczyc? Znajdzie sie lepszy.
Wiesz mam przyjaciela z Ukrainy, ktory w wieku 19 lat pracowal calymi dniami, zeby wieczorem wziac samochod taty i jechac cala noc do swojej dziewczyny, ktora mieszkala bardzo bardzo daleko i dojechac do niej, zeby ja przytulic i pocalowac i z nia porozmawiac, a pozniej musial tankowac z wlasnej kieszeni i myc samochod taty i jechac cala droge i znowu pracowac zeby pojechac.
Teraz mieszkaja w Londynie, maja dwoje dzieci.
To jets uczucie, a nie, ze nie oplaca sie przyjechac - bo seksu nie bedzie.
Kochanki chyba sie nie zaprasza do domu i nie przedstawia rodzinie.. Mimo to ten "związek" mnie wkurza cholernie i męczy, bo ile można znosić poczucie olewania?
Bardzo bym chciała żeby zależało mu na związku tak samo jak mi, ale ja nic nie moge zrobić, a on sie nie zmienia. Najgorsze jest to że nie wiem co o tym mam myśleć, mam mętlik w głowie. Nie wiem kim dla niego jestem, czy dziewczyną która sie zmieni czy kobietą na całe życie. Z jednej strony mówi że mnie kocha i planuje wspólną przyszłość a z drugiej nie interesuje sie mną, i o ile wie kim chce być, gdzie chce mieszkać, jak będzie wyglądało jego życie, nie pyta sie mnie o zdanie, mówi "ty będziesz ze mną" i na tym sie kończy. Nie jestem strasznie wymagająca, nie szukam nieistniejącego ideału, tym bardziej że sama nie jestem idealna, ale mam jakieś swoje poczucie własnej wartości i zasługuje na lepsze traktowanie. Chciała bym żeby gdy nie jesteśmy razem powiedział coś w stylu: "strasznie mi ciebie brakuje chce cie przytulić, tęsknie"..-nie jest tak. Prędzej powie że ma smaki/chcice. Co do wakacji, on ma możliwość zrobić staż/praktyki blisko mnie, w mieście w którym oboje studiujemy, w tedy byśmy sie mogli częściej widywać, niestety on nie chce.. a ja nie mogę za bardzo zmuszać go do tego, ja nie chce żeby przeze mnie potem miał gorzej z pracą.
Ostatecznie nie wiem co mam zrobić, czy lepiej poczekać jeszcze ten rok i zobaczyć co będzie dalej, czy skończyć to teraz.
Daj spokoj, ile kobiet przerabiało serial pt "czekam na zmiany i sie nie doczekam"? To wyglada tak egoistycznie, władczo. Jak potrzebujesz czulosci i traktowania Ciebie na rowni to nie ten adres.
63 2014-08-04 19:29:46 Ostatnio edytowany przez Molotok (2014-08-04 19:32:26)
Daj spokoj, ile kobiet przerabiało serial pt "czekam na zmiany i sie nie doczekam"? .
thepass... czytam twoje wpisy i musze zadac Ci pytanie - czy jestes licencjonowanym psychoterapeuta?
Chetnie zapisze sie na sesje.
![]()
fantastka - rok?!!! Czy ty masz sklonnosci masochistyczne, czy moze nadmiar czasu w zyciu?
64 2014-08-04 19:46:45 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-08-04 19:50:44)
thepass... czytam twoje wpisy i musze zadac Ci pytanie - czy jestes licencjonowanym psychoterapeuta?
Chetnie zapisze sie na sesje.
![]()
![]()
fantastka - rok?!!! Czy ty masz sklonnosci masochistyczne, czy moze nadmiar czasu w zyciu?
Licencje mam tylko na zabijanie (komarów).
Reszta to samouctwo i świadomość rozwijana na wielu doświadczeniach, których podstawy umiem szybko rozpracować i z których wyciągam wnioski.
Sesja? Zapisy są otwarte. Przyjęcia tylko w godzinach nocnych ![]()
PS DDA nie powinny do mnie sie zbliżać. Moze cos zaswitac w głowie na tej sesji, bo wbrew pozorom to ten schemat...
Szybko sprawdziles. Bez obaw, aktualnie zmeczona jestem zblizaniem sie.