Ludzie mówią, że prawdziwy przyjaciel jest z nami zawsze i wszystko nam wybaczy. Ale czy rzeczywiście? Czy wybaczylibyście wszystko przyjacielowi?
Ja właściwie wybaczyłam, to znaczy nie jątrzę swoich żali, nie wypominam... co nie znaczy, że chcę kontynuować przyjaźń. Po prostu odsunęłam się i z mojej strony zero kontaktu. Ale może zacznę od początku.
Z Magdą znam się od dzieciństwa. Mieszkała w innej miejscowości, więc siłą rzeczy kontakt miałyśmy wyłącznie podczas wakacji, rzadko w ferie zimowe. Pisywało się jednak listy, e-maile, dzwoniło się... Myślałam, że znam ją bardzo dobrze. Sama byłam zawsze dla niej otwarta, szczera, taka "co w duszy, to na jezyku", wiele się jej zwierzałam. Jednak z biegiem czasu zaczęło mi się coś nie zgadzać w niektórych rzeczach, co mówiła. Na przykład wiele razy mówiła, jak bardzo tęskni za mną i chce przyjechać, jak też wiele razy zapowiadała się nawet (przykładowo mówiła, ze "w przyszłym miesiacu" przyjedzie) po czym nie przyjeżdżała (wymówka zawsze jakaś sie znalazła, ewentualnie po prostu olewała czy tam zapominała co mówiła). Nawet kiedy się okazało jakiś czas temu, że miała dobrą możliwość mnie odwiedzić, bo była u rodziny w pobliżu mojego miasta, czyli już miała dość blisko, to też się wtedy wykręciła jakąś wymówką i to ja musiałam jechac do niej. W rozmowach zawsze jednak mi powtarzała, ze jestesmy najlepszymi przyjaciółkami i że mnie kocha, że nie umiałaby żyć beze mnie, że jej wiele pomogłam, że uwielbia czytać moje maile i ze mną rozmawiać, i wszystko co najlepsze zawsze, a praktycznie nigdy nie krytykowała niczego. Brałam jej słowa za dobrą monetę i stała się ona przez wiele lat tej przyjaźni dla mnie jak rodzona siostra, a nawet więcej, bo taka ulubiona siostra...
Jednak coś nie było do końca w porządku, bo czułam się mimo wszystko trochę olewana i poniekąd okłamywana. Bo skoro ktoś tak pięknie mówi, w słowach wszystko co najlepsze, to zdawałoby się, że chyba w czynach powinno być to samo, tj. powinien się drugą osobą interesować trochę więcej, niż tylko raz na miesiąc zadzwonić, przy czym jeszcze bywało, że takie mało osobiste rzeczy mówiła o sobie, mało jakichś głębszych przemyśleń i zwykle tylko niedosyt czułam po tych rozmowach. No ale jednak dzwoniła, wiec myślałam "to sie liczy".
Maili z kolei prawie wcale nie pisała, wykręcając sie wymówkami różnymi, a jak już, to zwykle krotkie takie i niewiele tematów w nich - zwykle tylko facet i praca, no i sporo słodzenia dla mnie też sie zwykle znalazło. Rzadko coś na prawdę osobistego, głębokiego... Czułam sie więc trochę jednak zbywana, bo miałam taką potrzebę trochę częściej się kontaktować, może nie codziennie, wiadomo, ale chociaz raz w tygodniu i jakoś tak bardziej otwarcie... Również ja pisałam do niej dużo więcej na mail i na różne tematy, żeby to było jakoś ciekawe do czytania, a nie że ja bede ciągle o moim facecie pisać i swoje żale komuś wylewać na ten sam temat na okragło, więc czasami troche mi było jednak przykro, że albo brak odpowiedzi od niej w ogóle tygodniami, albo znowu mail na 5 linijek o jej facecie, albo jakichś ludziach z pracy... Napisałam jej w końcu o tym, jak się czuję, wygarnęłam wszystko, co miałam na sercu, że czuję się olewana i piszę w próżnię, a telefon raz w miesiącu to troche jest mało jak na "najlepsze przyjaciółki od serca" (jak mi nieraz powtarzała te słowa), więc prosiłam by może albo zmieniła zachowanie, albo jeśli woli tak jak jest, to OK, ja sie dostosuję, tylko proszę żeby mnie w takim razie nie nazywała już przyjaciółką najlepszą i ch*** wie jaką, tylko normalna koleżanką, bo to jest kontakt koleżeński w takim przypadku (koleżeński - czyli powierzchowny i rzadki, co nie znaczy, że nie doceniam i takich znajomości) więc po co ma ściemniać, wymyślać nie wiadomo jak piekne słowa...? (w które oczywiscie jej wierzyłam jak głupia). No i wspomniałam również o tym zapowiadaniu sie na przyjazd, a potem wymówkach. Ale miałam wrażenie, że bradziej przejęła się tym, że ktoś jej zwraca uwagę na jej brak szczerości i niekonsekwencję panującą między mową a uczynkami, niż tym, że mogłaby cokolwiek zmienić, więc nie mówiłam już więcej nic w tym temacie. Zreszta napisała, że dobrze zrobiłam, ze powiedziałam jej to wszystko i zdawało mi się wtedy, że zapanowała zgoda i że nawet na jakiś (krótki) czas się poprawiło, że bardziej jakby dbała, trochę częściej sie odzywała znaczy.
W pewnym momencie ona wyjechała za granicę i poznała tam mężczyznę. Powiedziała mi o tym dopiero po 2 miesiącach, chociaż dzwoniła do mnie w tym czasie 2 lub nawet 3 razy, a nic nie powiedziała o tym mężczyźnie (ukrywała ten fakt). Dowiedziałam sie najpierw od jej kuzynki, która ją tam gościła i z którą też mam kontakt. A do tego jeszcze i to, że Magda ledwo tego pana poznała, to pojechała gdzieś tam do niego 200 km czy nawet dalej, nocnym autobusem, przez co kuzynka była w lekkim szoku, ponieważ ona uważa, że to uwłacza kobiecie biegać za nowo poznanym mężczyzną do jego domu (wiadomo po co), jeszcze w obcym kraju (a dodam, że to nie jakaś młoda dziewczyna, ale już lekko po 30 kobieta, bo u całkiem młodziutkiej to by nikogo pewnie nie dziwiło takie coś, co by wynikac mogło po prostu z naiwności w takim wypadku). Ja też myślę, że to trochę uwłacza dojrzałej kobiecie sie uganiać za kimś, kogo ledwo zna od kilku dni, jechać nocą przez obcy kraj do nie wiadomo kogo do domu, no ale ostatecznie to nie moja sprawa i ja bym w to nie wnikała. Tylko, że ta historia miała dalszy ciag.
Magda po miesiacu wróciła i jakiś czas była w Polsce, ale z tym panem utrzymywała kontakt. Krótko potem znowu pojechała tam i dosłownie 2 tygodnie była, a już zaszła w ciążę. Jak z nią rozmawiałam, to wyglądało z tej rozmowy, że specjalnie zaszła... Dla mnie to było od razu lekko dziwne, że z mężczyzną znała sie w sumie 1,5 miesiąca na żywo, a 3 miesiące przez Skype tylko rozmawiali, kiedy była w Polsce, a już dziecko... Nie powiedziała, że wpadła, w ogóle nie wyglądało, ze jest zaskoczona. Potem dowiedziałam się, że ludzie z jej otoczenia (i z jej rodziny co gorsza) mówią, że złapała tego faceta na brzuch. Że to było zaplanowane wszystko. Temu, że on jej tam może zapewnić utrzymanie, a ona tak już miała dość "harowania w tej biedzie w Polsce"... że postanowiła się ustawić poprzez tego mężczyznę.
Nie wierzyłam z początku długi czas, myślałam, że ludzie się uwzięli na Magdę, albo coś ktoś źle zrozumiał, że to nieporozumienie jakieś. Ona zawsze mówiła, że jest osobą wrażliwą, artystką, empatyczną, delikatną, więc nie mieściło mi się w głowie, że może być taką perfidną osobą... Niemniej, poskładałam pewne fakty do kupy i wtedy zaczęłam niestety sama wierzyć, że to prawda na jej temat. Przede wszystkim to ona sama parę razy w życiu puściła jakiś dziwny tekst dot. bogatego męża. Ale byłam wtedy święcie przekonana, że robi sobie żarty, że to takie gadanie dla jaj, nie mieściło mi się w głowie po prostu, że mogłoby tak nie być. Niestety jak spojrzałam wstecz teraz na to, jak szybko zrobiła sobie to dziecko i jeszcze jak "ścigała" tego faceta niczym zwierzynę łowną... no i oczywiście to, co mówi bardzo bliska osoba o niej, tak na prawde osoba z jej rodziny (która nie ma powodu czegoś takiego wymyślać)... I jeszcze prosiła mnie jak mi powiedziała o tej ciązy na początku, żebym nikomu nie mówiła - a po co człowiek takie tajemnice by miał robić? Chyba każda normalna kobieta by chciała całemu światu sie pochwalić, a nie jakieś tajemnice, jakby miała coś do ukrycia... Może to nic, ale po prostu kolejna dziwna rzecz. Tak więc mi sie to wszystko złożyło w pewna całość i musiałam stanąć przed tym faktem, że to prawda o tym "łapaniu męża", bo raczej mało prawdopodobne, że to nie jest fakt.
Zrozumiałam następnie, że ja nigdy tak na prawdę nie miałam okazji tej osoby poznać, skoro przede mną grała osobę delikatną, wrażliwą, dobrą... Ale to wszystko chyba musiało być tylko ładną maską, bo inaczej jak to wyjaśnić? Osoba wrażliwa, delikatnego serca, nigdy by czegoś takiego nie zrobiła! Poza tym jeszcze najpierw mi mówiła, że wyjeżdża za granicę dla zdrowia. Jakiś miesiąc czy dwa później (już widać zapomniała, co mówiła wcześniej) twierdziła, że głównym powodem był wyjazd na studia. W końcu się okazuje jednak, że studia były tylko chyba pretekstem, żeby być koło tego faceta (żeby on się nie zorientował, że ona tam pojechała do niego tak na prawdę). Bo kiedy ją pytałam jakiś czas temu kiedy studia się jej kończą, to ona powiedziała, że musi być na studiach dopóki jej mąż (ostatecznie sie pobrali, na miesiąc przed porodem) zakończy swoje sprawy z zalegalizowaniem pobytu. Tak mi to wyglada więc, że studia sa tylko środkiem do celu, bo dzięki nim ona może legalnie przebywać z mężem. Myślę więc, że mnie okłamała, jakoby jej celem wyjazdu było zdrowie lub studia, bo to tylko były preteksty, a o prawdziwym powodzie ("łapanie męża") mi nie pisnęła. Nie chciała mi pokazać kim na prawdę jest, jakie ma wratości (materializm) i że umie nieźle kombinować, manipulować ludźmi. Przed samym wyjazdem też żaliła się strasznie jak ciężko musi pracować w Polsce, jak też na dziurawe drogi, na stan pomieszczeń sanitarnych w pracy... Wyglądało to tak, jakby strasznie była niezadowolona z warunków ekonomicznych w swoim życiu (choć moim zdaniem nie miała aż tak wiele do narzekania, skoro w ogóle pracę miała i to w swoim zawodzie... ale to mało, ona widać chciała luksusów...). Kuzynka jej również powiedziała mi inną rzecz o niej. Że podobno bierze b. dużo pieniędzy od swojej matki.
Ja rozumiem, że skoro matka chce córce coś dać, to w porządku - jej wola, ale nie myślałam, że to sa jakieś duże kwoty... Ja rozumiem, że np. na urodziny 200zł lub z okazji świąt, też mi czasami podaruje ktoś z rodziny taką sumę... Ale kuzynka twierdzi, że ona połowę oszczędności matce już wyciągnęła :-| Głównie to na te studia za granicą, ale to i tak dziwne, bo kobieta ma 30 lat. Przecież matka jej to jest kobieta już nie taka młoda (jej mama w wieku mojej mniej wiecej czyli 60) i powinna myśleć o swoim zabezpieczeniu na starość, a nie żeby za chwilę została goła. (Proszę tu o wybaczenie wszystkie panie koło 60, bo oczywiście nie nazwę takiej pani, żeby już stara kobieta była - co to, to nie, ale po prostu nie jest też to osoba bardzo młoda i w pełni sił, jak np. lat 20, 30, bo idzie już ta 7 dekada i pomału sił będzie coraz mniej, a nie coraz więcej, a jeszcze ze zdrowiem różnie bywa, bo sa panie o świetnym zdrowiu, ale też i nikt nie zagwarantuje takiej osobie, ze dziś ma świetne zdrowie, a np. za 10 lat już nie będzie sie nadawała do pracy - w końcu w wieku 70 lat nie każdy już jest w stanie pracować, a tym bardziej fizycznie na przykład...) Poza tym nie tylko na studia, bo podobno na ciuchy i takie rzeczy, jakieś wycieczki - a matka 60letnia zaiwania na to w robocie :-|
To czy Magda w ogóle myśli o swojej matce? O jej starości, o tym, żeby to samej mamie pomóc, a nie od niej tylko czekać na pieniądze...? Ogółem jestem przerażona tą moją przyjaciółką - czy ja tą osobę kiedykolwiek na prawde znałam?
I czy jestem złą przyjaciółką, skoro przeraziłam się (na prawdę się przeraziłam, bo tyle lat ją miałam za zupełnie inną osobę - dobrą, wrażliwą, myślącą o innych) i odsunęłam się od niej...? Tu nie chodzi o urazę lub że czegoś nie mogę jej wybaczyć. Nie mam jakiejś znowu urazy, bo mnie aż takiego złego nic nie zrobiła (oprócz podkopania zaufania do ludzi, ale cóż- może po prostu lekcja zycia). Chodzi o to, że ona nie jest tą, za którą ją miałam. Tak jakbym się przyjaźniła z kim innym, a tu był teraz ktoś zupełnie inny. Jakby nieznajoma osoba i obcego mi pokroju. Czuję taką obcość i nieufność, że nawet teraz za kilka dni ona ma urodziny, ale pierwszy raz od wielu lat do niej nie planuję zadzwonić, jedynie jakiś SMS grzeczny, ale niezbyt poufały z życzeniami i to wszystko co jej jestem w stanie jeszcze ofiarować... Nie chciałabym jej sprawić przykrości, ale jakoś nie umiem się przemóc. Nie dzwonię też do niej od roku niemal, ona z kolei dzwoniła przez jakiś czas do mnie, tak mniej więcej co miesiąc, ale w końcu to oczywiste, ze przestała w pewnym momencie, bo chyba każdy by przestał, jakby dzwonił on np. 10 razy do kogoś, a ten ktoś w ogóle...
Tylko zastanawiam się, jak to możliwe, że czlowiek sie aż tak zmienił, albo czy ja byłam ślepa, czy ona mnie oszukiwała wiele lat? A może jakaś choroba psychiczna sie u niej rozwinęła...? Nie chcę też być "tą złą" i mam trochę wyrzutów sumienia, że nie potrafię zaakceptować jej zachowania - tj. tego, że manipuluje innym człowiekiem, i że mnie okłamywała - i być ponad to, bo przecież "prawdziwy przyjaciel zawsze pozostanie przyjacielem"... (czy rzeczywiscie?) Chętnie bym została przyjacielem w dalszym ciągu, ale z drugiej strony co to za przyjaźń, że ja jestem przyjacielem, a ktoś drugi mi kłamie i pokazuje siebie lepszym, niż jest...? I czy ja byłam kiedykolwiek JEJ przyjaciółką, czy raczej przyjaciółką pięknego złudzenia, "hologramu", jaki stworzyła na swój temat w moim umyśle? Mam wrażenie, że nie dając mi poznać prawdziwej siebie tak do końca, również tych najgorszych swoich wad, nie była nigdy moja przyjaciółką... Ani ja jej. Byłam przyjaciółką swoich złudzen, a nie rzeczywistej osoby :-( Teraz zostałam sama, złudzenie sie rozmyło, a prawdziwa Magda napawa mnie strachem... Wydaje mi się być osobą bezwzględną, dbającą tylko o siebie, o to, żeby sie "ustawić". Nie myśli przy tym o mężu, nie myśli o matce (którą rzekomo tak strasznie kocha, ponad życie wręcz - mówiła tak wiele razy), mam nadzieje chociaż, że o tym biednym malutkim dziecku jakoś więcej myśli i kocha chociaż je... :-| Ja jestem pewnie głupia, wiem, ale mam czasem wyrzuty sumienia, że nie umiem przeskoczyć tego wszystkiego, tych jej wad i wciąż ją kochać jak siostrę, jak kiedyś, mimo, że sie dowiedziałam jaką jest osobą... Najbardziej mnie dołują własnie takie teksty o "prawdziwej przyjaźni, która trwa wiecznie", choć zwykle wygłaszane przez osoby w wieku młodzieńczym, które jeszcze niewiele życia poznały... Czasem jednak nachodzi mnie taki nastrój, że myśle, że to moja wina, bo jakbym na prawdę była szlachetną osobą, to potrafiłabym nawet morderczyni nie odtrącać, być z kimś przyjaciółką mimo najgorszych wad i tego, że wiem, że ta osoba mnie okłamuje, a tymczasem się odsunęłam, odtrąciłam ją, nie oddzwaniałam na jej telefony... Chociaż nie wiem, jak miałaby ta przyjaźń wygladać? Czy miałabym udawać, że jest wszystko po staremu, czy też raczej wygarnąć jej, powiedzieć jak otoczenie o niej mówi (pewne słowa sie pojawiły nawet wulgarne - tak niektórzy ludzie tam ja postrzegają, gdzie teraz mieszka) ale ona nie na taką krytykę już źle reagowała, więc wątpię, że to by się dobrze skończyło... Nie mam jakoś wizji na tą przyjaźń.
Z drugiej strony brakuje mi kontaktu z nią, zawsze mogłam do niej zadzwonić, a teraz czuję się samotna. Mam jeszcze dalsze koleżanki, ale to nie to samo... Z nimi o głębszych tematach nie porozmawiam, bo nie jestem pewna, czy by nawet zrozumiały, albo co gorsza niektóre z nich by mogły podać dalej. Magda jaka była, to była, ale wszystko zatrzymywała dla siebie, a słuchała tak jakby mnie rozumiała (choć nie wiem, czy nie udawała - teraz już niczego pewna nie jestem). Ogółem chyba ciężko bliska osobę z życia odepchnąć, wiele lat przyjaźni zapomnieć... (Co ciekawe, o ex chłopakach aż tyle nie rozmyślałam, no ale fakt, z żadnym nie byłam 25 lat, a tyle mniej więcej trwała moja przyjaźń z Madzią...) Toteż przepraszam że tak się tu żalę, ciekawa jednak też jestem czy warto według was by było taką przyjaźń jakoś ratować, bo czasem o tym jeszcze myślę... Z drugiej strony jak zaufanie się zepsuło, to nie wiem, czy jeszcze cokolwiek może z tego być. Już ostatnie telefony wspominam tak, że ona mówiła coś, a ja tylko szukałam gdzie mi sie cos nie zgadza :-| Więc ciągła nieufność, czy mi gdzieś coś nie opowiada, co nie jest prawdą... Ale wydaje mi się, że chyba dawniej tak nie było i była bardziej szczera (lub tylko ja nie byłam podejrzliwa...?) Miałam wrażenie, ze choć jedna osoba mnie trochę rozumie, że jest podobnie wrażliwa, a inni to albo mi mówią, że "przesadzasz", albo "za dużo myślisz", albo "nie bądź taka, badź inna"... Tylko nie rozumieja, że ktos sie rodzi bardziej wrażliwy i ma inny typ charakteru, i jak ma to zmienić, skoro taki już jest... Myślałam, ze Madzia to właśnie taka druga melancholiczka jak ja, że mnie rozumie, wie, co czuję, bo ma podobny charakter i że może nie mówi wiele o sobie, ale to, co mówi, to wszystko szczerze... Zdaję sobie też teraz sprawe, ze nie powinnam była jej naciskać wtedy, żeby więcej do mnie sie odzywała, ale tak bardzo sie samotna czułam, może przez to sie ode mnie odwróciła? I potem nie chciała nawet powiedzieć o tym mężczyźnie... Chociaż chyba i tak by nie powiedziała, bo kto by powiedział wprost, że... sprzedał się (nazwijmy rzecz po imieniu) :-|
Czy z taką osobą w ogóle możliwa jest przyjaźń taka głębsza? A może to ja za dużo wymagam od ludzi...? Czy trzeba zaakceptować taką osobe i wciąż traktować jak przyjaciółkę? A może to racja, że za dużo się przejmuję, może ona wcale nie bedzie płakać w poduszke, ze dostanie SMS na urodziny, a nie telefon ode mnie...? (ja sie martwie, ze jej bedzie przykro i że to taki ostateczny znak, ze to koniec przyjaźni, juz to bedzie jak przypieczętowanie upadku tej przyjaźni, otwarte już przyznanie, ze jesteśmy sobie obce, po tylu latach zaufania...) Może nie była az tak przywiązana do mnie, jak ja do niej... W sumie to ja z jej strony żadnej "pogadanki" nie usłyszałam (co mnie zdziwiło, bo byłam pewna, że mi nawymyśla, czemu do niej nie dzwonię od roku i czy coś się stało, byłam przygotowana na jakieś pytania, próby ratowania przyjaźni - a tu nic takiego, jakby nic sie nie stało...) więc może jakby tak jej rzeczywiście zależało (mówiła kiedys, ze nie przeżyłaby utraty mojej przyjaźni, że jestem jedną z najbliższych jej osób, jak rodzina) to by drążyła temat, a nie, że zobaczyła, że ja nie oddzwaniam, to też nie dzwoni (od 3 mies aktualnie)... Chociaż w sumie ja też bym mogła zacząć rozmowe z nią, ale nie wiem o czym, boję się tego tematu wykorzystywania ludzi przez nią, a nie wiem jak przejśc nad tym do porzadku... To i tak by siedziało ciągle gdzieś w mojej głowie, pod skórą każdej rozmowy, nawet jeśli skądinąd szczerej, ale taka niepewność i pamięć o tym... Jeszcze gdybym jej o tym powiedziała, to musiałabym ja uświadomić, że bliska osoba z jej rodziny (nie tylko ta kuzynka, bo mówie jeszcze o kimś innym) rozpowiada o niej właśnie to, że "złapała męża na dziecko". A nie wiem, czy ona wie o tym, czy nie rozpętałaby sie burza dopiero, jakby wyszło na jaw, że ona myślała, ze wszystko to w tajemnicy komuś mówiła, a teraz wszyscy wiedza... Nie chce jej robić problemów, bo ma małe dziecko, bądź co bądź... Ale udawać, że tego nie ma...? Nie wiem, chyba najlepiej sie wycofać jednak, być tą "złą przyjaciółką" i odejść. A wyrzuty sumienia może są fałszywe, bo ostatecznie to ja nikogo nie okłamałam, więc może to nie ja powinnam takowe wyrzuty sobie czynić...