netkobietyWszystkie działy
Relacje z przyjaciółmi, relacje w rodzinie

czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

21 odpowiedzi18 189 wyświetleńzałożony przez pani wiosna, 24.05.2014

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » RELACJE Z PRZYJACIÓŁMI, RELACJE W RODZINIE » czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 22 ]

1 Ostatnio edytowany przez pani wiosna (2014-05-24 22:16:58)

Temat: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

Ludzie mówią, że prawdziwy przyjaciel jest z nami zawsze i wszystko nam wybaczy. Ale czy rzeczywiście? Czy wybaczylibyście wszystko przyjacielowi?
Ja właściwie wybaczyłam, to znaczy nie jątrzę swoich żali, nie wypominam... co nie znaczy, że chcę kontynuować przyjaźń. Po prostu odsunęłam się i z mojej strony zero kontaktu. Ale może zacznę od początku.

Z Magdą znam się od dzieciństwa. Mieszkała w innej miejscowości, więc siłą rzeczy kontakt miałyśmy wyłącznie podczas wakacji, rzadko w ferie zimowe. Pisywało się jednak listy, e-maile, dzwoniło się... Myślałam, że znam ją bardzo dobrze. Sama byłam zawsze dla niej otwarta, szczera, taka "co w duszy, to na jezyku", wiele się jej zwierzałam. Jednak z biegiem czasu zaczęło mi się coś nie zgadzać w niektórych rzeczach, co mówiła. Na przykład wiele razy mówiła, jak bardzo tęskni za mną i chce przyjechać, jak też wiele razy zapowiadała się nawet (przykładowo mówiła, ze "w przyszłym miesiacu" przyjedzie) po czym nie przyjeżdżała (wymówka zawsze jakaś sie znalazła, ewentualnie po prostu olewała czy tam zapominała co mówiła). Nawet kiedy się okazało jakiś czas temu, że miała dobrą możliwość mnie odwiedzić, bo była u rodziny w pobliżu mojego miasta, czyli już miała dość blisko, to też się wtedy wykręciła jakąś wymówką i to ja musiałam jechac do niej. W rozmowach zawsze jednak mi powtarzała, ze jestesmy najlepszymi przyjaciółkami i że mnie kocha, że nie umiałaby żyć beze mnie, że jej wiele pomogłam, że uwielbia czytać moje maile i ze mną rozmawiać, i wszystko co najlepsze zawsze, a praktycznie nigdy nie krytykowała niczego. Brałam jej słowa za dobrą monetę i stała się ona przez wiele lat tej przyjaźni dla mnie jak rodzona siostra, a nawet więcej, bo taka ulubiona siostra...

Jednak coś nie było do końca w porządku, bo czułam się mimo wszystko trochę olewana i poniekąd okłamywana. Bo skoro ktoś tak pięknie mówi, w słowach wszystko co najlepsze, to zdawałoby się, że chyba w czynach powinno być to samo, tj. powinien się drugą osobą interesować trochę więcej, niż tylko raz na miesiąc zadzwonić, przy czym jeszcze bywało, że takie mało osobiste rzeczy mówiła o sobie, mało jakichś głębszych przemyśleń i zwykle tylko niedosyt czułam po tych rozmowach. No ale jednak dzwoniła, wiec myślałam "to sie liczy".

Maili z kolei prawie wcale nie pisała, wykręcając sie wymówkami różnymi, a jak już, to zwykle krotkie takie i niewiele tematów w nich - zwykle tylko facet i praca, no i sporo słodzenia dla mnie też sie zwykle znalazło. Rzadko coś na prawdę osobistego, głębokiego... Czułam sie więc trochę jednak zbywana, bo miałam taką potrzebę trochę częściej się kontaktować, może nie codziennie, wiadomo, ale chociaz raz w tygodniu i jakoś tak bardziej otwarcie... Również ja pisałam do niej dużo więcej na mail i na różne tematy, żeby to było jakoś ciekawe do czytania, a nie że ja bede ciągle o moim facecie pisać i swoje żale komuś wylewać na ten sam temat na okragło, więc czasami troche mi było jednak przykro, że albo brak odpowiedzi od niej w ogóle tygodniami, albo znowu mail na 5 linijek o jej facecie, albo jakichś ludziach z pracy... Napisałam jej w końcu o tym, jak się czuję, wygarnęłam wszystko, co miałam na sercu, że czuję się olewana i piszę w próżnię, a telefon raz w miesiącu to troche jest mało jak na "najlepsze przyjaciółki od serca" (jak mi nieraz powtarzała te słowa), więc prosiłam by może albo zmieniła zachowanie, albo jeśli woli tak jak jest, to OK, ja sie dostosuję, tylko proszę żeby mnie w takim razie nie nazywała już przyjaciółką najlepszą i ch*** wie jaką, tylko normalna koleżanką, bo to jest kontakt koleżeński w takim przypadku (koleżeński - czyli powierzchowny i rzadki, co nie znaczy, że nie doceniam i takich znajomości) więc po co ma ściemniać, wymyślać nie wiadomo jak piekne słowa...? (w które oczywiscie jej wierzyłam jak głupia). No i wspomniałam również o tym zapowiadaniu sie na przyjazd, a potem wymówkach. Ale miałam wrażenie, że bradziej przejęła się tym, że ktoś jej zwraca uwagę na jej brak szczerości i niekonsekwencję panującą między mową a uczynkami, niż tym, że mogłaby cokolwiek zmienić, więc nie mówiłam już więcej nic w tym temacie. Zreszta napisała, że dobrze zrobiłam, ze powiedziałam jej to wszystko i zdawało mi się wtedy, że zapanowała zgoda i że nawet na jakiś (krótki) czas się poprawiło, że bardziej jakby dbała, trochę częściej sie odzywała znaczy.

W pewnym momencie ona wyjechała za granicę i poznała tam mężczyznę. Powiedziała mi o tym dopiero po 2 miesiącach, chociaż dzwoniła do mnie w tym czasie 2 lub nawet 3 razy, a nic nie powiedziała o tym mężczyźnie (ukrywała ten fakt). Dowiedziałam sie najpierw od jej kuzynki, która ją tam gościła i z którą też mam kontakt. A do tego jeszcze i to, że Magda ledwo tego pana poznała, to pojechała gdzieś tam do niego 200 km czy nawet dalej, nocnym autobusem, przez co kuzynka była w lekkim szoku, ponieważ ona uważa, że to uwłacza kobiecie biegać za nowo poznanym mężczyzną do jego domu (wiadomo po co), jeszcze w obcym kraju (a dodam, że to nie jakaś młoda dziewczyna, ale już lekko po 30 kobieta, bo u całkiem młodziutkiej to by nikogo pewnie nie dziwiło takie coś, co by wynikac mogło po prostu z naiwności w takim wypadku). Ja też myślę, że to trochę uwłacza dojrzałej kobiecie sie uganiać za kimś, kogo ledwo zna od kilku dni, jechać nocą przez obcy kraj do nie wiadomo kogo do domu, no ale ostatecznie to nie moja sprawa i ja bym w to nie wnikała. Tylko, że ta historia miała dalszy ciag.

Magda po miesiacu wróciła i jakiś czas była w Polsce, ale z tym panem utrzymywała kontakt. Krótko potem znowu pojechała tam i dosłownie 2 tygodnie była, a już zaszła w ciążę. Jak z nią rozmawiałam, to wyglądało z tej rozmowy, że specjalnie zaszła... Dla mnie to było od razu lekko dziwne, że z mężczyzną znała sie w sumie 1,5 miesiąca na żywo, a 3 miesiące przez Skype tylko rozmawiali, kiedy była w Polsce, a już dziecko... Nie powiedziała, że wpadła, w ogóle nie wyglądało, ze jest zaskoczona. Potem dowiedziałam się, że ludzie z jej otoczenia (i z jej rodziny co gorsza) mówią, że złapała tego faceta na brzuch. Że to było zaplanowane wszystko. Temu, że on jej tam może zapewnić utrzymanie, a ona tak już miała dość "harowania w tej biedzie w Polsce"... że postanowiła się ustawić poprzez tego mężczyznę.

Nie wierzyłam z początku długi czas, myślałam, że ludzie się uwzięli na Magdę, albo coś ktoś źle zrozumiał, że to nieporozumienie jakieś. Ona zawsze mówiła, że jest osobą wrażliwą, artystką, empatyczną, delikatną, więc nie mieściło mi się w głowie, że może być taką perfidną osobą... Niemniej, poskładałam pewne fakty do kupy i wtedy zaczęłam niestety sama wierzyć, że to prawda na jej temat. Przede wszystkim to ona sama parę razy w życiu puściła jakiś dziwny tekst dot. bogatego męża. Ale byłam wtedy święcie przekonana, że robi sobie żarty, że to takie gadanie dla jaj, nie mieściło mi się w głowie po prostu, że mogłoby tak nie być. Niestety jak spojrzałam wstecz teraz na to, jak szybko zrobiła sobie to dziecko i jeszcze jak "ścigała" tego faceta niczym zwierzynę łowną... no i oczywiście to, co mówi bardzo bliska osoba o niej, tak na prawde osoba z jej rodziny (która nie ma powodu czegoś takiego wymyślać)... I jeszcze prosiła mnie jak mi powiedziała o tej ciązy na początku, żebym nikomu nie mówiła - a po co człowiek takie tajemnice by miał robić? Chyba każda normalna kobieta by chciała całemu światu sie pochwalić, a nie jakieś tajemnice, jakby miała coś do ukrycia... Może to nic, ale po prostu kolejna dziwna rzecz. Tak więc mi sie to wszystko złożyło w pewna całość i musiałam stanąć przed tym faktem, że to prawda o tym "łapaniu męża", bo raczej mało prawdopodobne, że to nie jest fakt.

Zrozumiałam następnie, że ja nigdy tak na prawdę nie miałam okazji tej osoby poznać, skoro przede mną grała osobę delikatną, wrażliwą, dobrą... Ale to wszystko chyba musiało być tylko ładną maską, bo inaczej jak to wyjaśnić? Osoba wrażliwa, delikatnego serca, nigdy by czegoś takiego nie zrobiła! Poza tym jeszcze najpierw mi mówiła, że wyjeżdża za granicę dla zdrowia. Jakiś miesiąc czy dwa później (już widać zapomniała, co mówiła wcześniej) twierdziła, że głównym powodem był wyjazd na studia. W końcu się okazuje jednak, że studia były tylko chyba pretekstem, żeby być koło tego faceta (żeby on się nie zorientował, że ona tam pojechała do niego tak na prawdę). Bo kiedy ją pytałam jakiś czas temu kiedy studia się jej kończą, to ona powiedziała, że musi być na studiach dopóki jej mąż (ostatecznie sie pobrali, na miesiąc przed porodem) zakończy swoje sprawy z zalegalizowaniem pobytu. Tak mi to wyglada więc, że studia sa tylko środkiem do celu, bo dzięki nim ona może legalnie przebywać z mężem. Myślę więc, że mnie okłamała, jakoby jej celem wyjazdu było zdrowie lub studia, bo to tylko były preteksty, a o prawdziwym powodzie ("łapanie męża") mi nie pisnęła. Nie chciała mi pokazać kim na prawdę jest, jakie ma wratości (materializm) i że umie nieźle kombinować, manipulować ludźmi. Przed samym wyjazdem też żaliła się strasznie jak ciężko musi pracować w Polsce, jak też na dziurawe drogi, na stan pomieszczeń sanitarnych w pracy... Wyglądało to tak, jakby strasznie była niezadowolona z warunków ekonomicznych w swoim życiu (choć moim zdaniem nie miała aż tak wiele do narzekania, skoro w ogóle pracę miała i to w swoim zawodzie... ale to mało, ona widać chciała luksusów...). Kuzynka jej również powiedziała mi inną rzecz o niej. Że podobno bierze b. dużo pieniędzy od swojej matki.

Ja rozumiem, że skoro matka chce córce coś dać, to w porządku - jej wola, ale nie myślałam, że to sa jakieś duże kwoty... Ja rozumiem, że np. na urodziny 200zł lub z okazji świąt, też mi czasami podaruje ktoś z rodziny taką sumę... Ale kuzynka twierdzi, że ona połowę oszczędności matce już wyciągnęła :-| Głównie to na te studia za granicą, ale to i tak dziwne, bo kobieta ma 30 lat. Przecież matka jej to jest kobieta już nie taka młoda (jej mama w wieku mojej mniej wiecej czyli 60) i powinna myśleć o swoim zabezpieczeniu na starość, a nie żeby za chwilę została goła. (Proszę tu o wybaczenie wszystkie panie koło 60, bo oczywiście nie nazwę takiej pani, żeby już stara kobieta była - co to, to nie, ale po prostu nie jest też to osoba bardzo młoda i w pełni sił, jak np. lat 20, 30, bo idzie już ta 7 dekada i pomału sił będzie coraz mniej, a nie coraz więcej, a jeszcze ze zdrowiem różnie bywa, bo sa panie o świetnym zdrowiu, ale też i nikt nie zagwarantuje takiej osobie, ze dziś ma świetne zdrowie, a np. za 10 lat już nie będzie sie nadawała do pracy - w końcu w wieku 70 lat nie każdy już jest w stanie pracować, a tym bardziej fizycznie na przykład...) Poza tym nie tylko na studia, bo podobno na ciuchy i takie rzeczy, jakieś wycieczki - a matka 60letnia zaiwania na to w robocie :-|

To czy Magda w ogóle myśli o swojej matce? O jej starości, o tym, żeby to samej mamie pomóc, a nie od niej tylko czekać na pieniądze...? Ogółem jestem przerażona tą moją przyjaciółką - czy ja tą osobę kiedykolwiek na prawde znałam?

I czy jestem złą przyjaciółką, skoro przeraziłam się (na prawdę się przeraziłam, bo tyle lat ją miałam za zupełnie inną osobę - dobrą, wrażliwą, myślącą o innych) i odsunęłam się od niej...? Tu nie chodzi o urazę lub że czegoś nie mogę jej wybaczyć. Nie mam jakiejś znowu urazy, bo mnie aż takiego złego nic nie zrobiła (oprócz podkopania zaufania do ludzi, ale cóż- może po prostu lekcja zycia). Chodzi o to, że ona nie jest tą, za którą ją miałam. Tak jakbym się przyjaźniła z kim innym, a tu był teraz ktoś zupełnie inny. Jakby nieznajoma osoba i obcego mi pokroju. Czuję taką obcość i nieufność, że nawet teraz za kilka dni ona ma urodziny, ale pierwszy raz od wielu lat do niej nie planuję zadzwonić, jedynie jakiś SMS grzeczny, ale niezbyt poufały z życzeniami i to wszystko co jej jestem w stanie jeszcze ofiarować... Nie chciałabym jej sprawić przykrości, ale jakoś nie umiem się przemóc. Nie dzwonię też do niej od roku niemal, ona z kolei dzwoniła przez jakiś czas do mnie, tak mniej więcej co miesiąc, ale w końcu to oczywiste, ze przestała w pewnym momencie, bo chyba każdy by przestał, jakby dzwonił on np. 10 razy do kogoś, a ten ktoś w ogóle...

Tylko zastanawiam się, jak to możliwe, że czlowiek sie aż tak zmienił, albo czy ja byłam ślepa, czy ona mnie oszukiwała wiele lat? A może jakaś choroba psychiczna sie u niej rozwinęła...? Nie chcę też być "tą złą" i mam trochę wyrzutów sumienia, że nie potrafię zaakceptować jej zachowania - tj. tego, że manipuluje innym człowiekiem, i że mnie okłamywała - i być ponad to, bo przecież "prawdziwy przyjaciel zawsze pozostanie przyjacielem"... (czy rzeczywiscie?) Chętnie bym została przyjacielem w dalszym ciągu, ale z drugiej strony co to za przyjaźń, że ja jestem przyjacielem, a ktoś drugi mi kłamie i pokazuje siebie lepszym, niż jest...? I czy ja byłam kiedykolwiek JEJ przyjaciółką, czy raczej przyjaciółką pięknego złudzenia, "hologramu", jaki stworzyła na swój temat w moim umyśle? Mam wrażenie, że nie dając mi poznać prawdziwej siebie tak do końca, również tych najgorszych swoich wad, nie była nigdy moja przyjaciółką... Ani ja jej. Byłam przyjaciółką swoich złudzen, a nie rzeczywistej osoby :-( Teraz zostałam sama, złudzenie sie rozmyło, a prawdziwa Magda napawa mnie strachem... Wydaje mi się być osobą bezwzględną, dbającą tylko o siebie, o to, żeby sie "ustawić". Nie myśli przy tym o mężu, nie myśli o matce (którą rzekomo tak strasznie kocha, ponad życie wręcz - mówiła tak wiele razy), mam nadzieje chociaż, że o tym biednym malutkim dziecku jakoś więcej myśli i kocha chociaż je... :-| Ja jestem pewnie głupia, wiem, ale mam czasem wyrzuty sumienia, że nie umiem przeskoczyć tego wszystkiego, tych jej wad i wciąż ją kochać jak siostrę, jak kiedyś, mimo, że sie dowiedziałam jaką jest osobą... Najbardziej mnie dołują własnie takie teksty o "prawdziwej przyjaźni, która trwa wiecznie", choć zwykle wygłaszane przez osoby w wieku młodzieńczym, które jeszcze niewiele życia poznały... Czasem jednak nachodzi mnie taki nastrój, że myśle, że to moja wina, bo jakbym na prawdę była szlachetną osobą, to potrafiłabym nawet morderczyni nie odtrącać, być z kimś przyjaciółką mimo najgorszych wad i tego, że wiem, że ta osoba mnie okłamuje, a tymczasem się odsunęłam, odtrąciłam ją, nie oddzwaniałam na jej telefony... Chociaż nie wiem, jak miałaby ta przyjaźń wygladać? Czy miałabym udawać, że jest wszystko po staremu, czy też raczej wygarnąć jej, powiedzieć jak otoczenie o niej mówi (pewne słowa sie pojawiły nawet wulgarne - tak niektórzy ludzie tam ja postrzegają, gdzie teraz mieszka) ale ona nie na taką krytykę już źle reagowała, więc wątpię, że to by się dobrze skończyło... Nie mam jakoś wizji na tą przyjaźń.

Z drugiej strony brakuje mi kontaktu z nią, zawsze mogłam do niej zadzwonić, a teraz czuję się samotna. Mam jeszcze dalsze koleżanki, ale to nie to samo... Z nimi o głębszych tematach nie porozmawiam, bo nie jestem pewna, czy by nawet zrozumiały, albo co gorsza niektóre z nich by mogły podać dalej. Magda jaka była, to była, ale wszystko zatrzymywała dla siebie, a słuchała tak jakby mnie rozumiała (choć nie wiem, czy nie udawała - teraz już niczego pewna nie jestem). Ogółem chyba ciężko bliska osobę z życia odepchnąć, wiele lat przyjaźni zapomnieć... (Co ciekawe, o ex chłopakach aż tyle nie rozmyślałam, no ale fakt, z żadnym nie byłam 25 lat, a tyle mniej więcej trwała moja przyjaźń z Madzią...) Toteż przepraszam że tak się tu żalę, ciekawa jednak też jestem czy warto według was by było taką przyjaźń jakoś ratować, bo czasem o tym jeszcze myślę... Z drugiej strony jak zaufanie się zepsuło, to nie wiem, czy jeszcze cokolwiek może z tego być. Już ostatnie telefony wspominam tak, że ona mówiła coś, a ja tylko szukałam gdzie mi sie cos nie zgadza :-| Więc ciągła nieufność, czy mi gdzieś coś nie opowiada, co nie jest prawdą... Ale wydaje mi się, że chyba dawniej tak nie było i była bardziej szczera (lub tylko ja nie byłam podejrzliwa...?) Miałam wrażenie, ze choć jedna osoba mnie trochę rozumie, że jest podobnie wrażliwa, a inni to albo mi mówią, że "przesadzasz", albo "za dużo myślisz", albo "nie bądź taka, badź inna"... Tylko nie rozumieja, że ktos sie rodzi bardziej wrażliwy i ma inny typ charakteru, i jak ma to zmienić, skoro taki już jest... Myślałam, ze Madzia to właśnie taka druga melancholiczka jak ja, że mnie rozumie, wie, co czuję, bo ma podobny charakter i że może nie mówi wiele o sobie, ale to, co mówi, to wszystko szczerze... Zdaję sobie też teraz sprawe, ze nie powinnam była jej naciskać wtedy, żeby więcej do mnie sie odzywała, ale tak bardzo sie samotna czułam, może przez to sie ode mnie odwróciła? I potem nie chciała nawet powiedzieć o tym mężczyźnie... Chociaż chyba i tak by nie powiedziała, bo kto by powiedział wprost, że... sprzedał się (nazwijmy rzecz po imieniu) :-|

Czy z taką osobą w ogóle możliwa jest przyjaźń taka głębsza? A może to ja za dużo wymagam od ludzi...? Czy trzeba zaakceptować taką osobe i wciąż traktować jak przyjaciółkę? A może to racja, że za dużo się przejmuję, może ona wcale nie bedzie płakać w poduszke, ze dostanie SMS na urodziny, a nie telefon ode mnie...? (ja sie martwie, ze jej bedzie przykro i że to taki ostateczny znak, ze to koniec przyjaźni, juz to bedzie jak przypieczętowanie upadku tej przyjaźni, otwarte już przyznanie, ze jesteśmy sobie obce, po tylu latach zaufania...) Może nie była az tak przywiązana do mnie, jak ja do niej... W sumie to ja z jej strony żadnej "pogadanki" nie usłyszałam (co mnie zdziwiło, bo byłam pewna, że mi nawymyśla, czemu do niej nie dzwonię od roku i czy coś się stało, byłam przygotowana na jakieś pytania, próby ratowania przyjaźni - a tu nic takiego, jakby nic sie nie stało...) więc może jakby tak jej rzeczywiście zależało (mówiła kiedys, ze nie przeżyłaby utraty mojej przyjaźni, że jestem jedną z najbliższych jej osób, jak rodzina) to by drążyła temat, a nie, że zobaczyła, że ja nie oddzwaniam, to też nie dzwoni (od 3 mies aktualnie)... Chociaż w sumie ja też bym mogła zacząć rozmowe z nią, ale nie wiem o czym, boję się tego tematu wykorzystywania ludzi przez nią, a nie wiem jak przejśc nad tym do porzadku... To i tak by siedziało ciągle gdzieś w mojej głowie, pod skórą każdej rozmowy, nawet jeśli skądinąd szczerej, ale taka niepewność i pamięć o tym... Jeszcze gdybym jej o tym powiedziała, to musiałabym ja uświadomić, że bliska osoba z jej rodziny (nie tylko ta kuzynka, bo mówie jeszcze o kimś innym) rozpowiada o niej właśnie to, że "złapała męża na dziecko". A nie wiem, czy ona wie o tym, czy nie rozpętałaby sie burza dopiero, jakby wyszło na jaw, że ona myślała, ze wszystko to w tajemnicy komuś mówiła, a teraz wszyscy wiedza... Nie chce jej robić problemów, bo ma małe dziecko, bądź co bądź... Ale udawać, że tego nie ma...? Nie wiem, chyba najlepiej sie wycofać jednak, być tą "złą przyjaciółką" i odejść. A wyrzuty sumienia może są fałszywe, bo ostatecznie to ja nikogo nie okłamałam, więc może to nie ja powinnam takowe wyrzuty sobie czynić...

2

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

Magda była z Tobą szczera tylko wtedy, gdy mówiła że jest artystką, mogła jeszcze dodać, że Ty jesteś jej publicznością. Grała przed Tobą przyjaciółkę, osobę wrażliwą, bezinteresowną, chyba jakoś instynktownie nauczyła się Tobą manipulować, wiedziała jakie słowa na Ciebie działają. Nie łudź się, że to była przyjaźń, po latach okazało się, że macie zupełnie inne wartości w życiu, a Tobie przedstawiała "hologram", jak to ładnie określiłaś, wizję osoby za jaką chciała być uważana. Chyba najlepiej umiała wzbudzać w Tobie poczucie winy, nawet teraz zastanawiasz się, czy jesteś złą przyjaciółką, masz jakieś nieuzasadnione wyrzuty sumienia. Daj sobie spokój, nic Cię nie łączy z osobą, która potrafi wykorzystać nawet własną matkę do swoich celów.

3

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

takiwiatr - bardzo Ci dziękuję za odpowiedź i ogółem że przebrnęłaś przez mój (dlugi, wiem:-) post. Najbardziej mnie zainteresowało w tym, co napisałaś, określenie "instynktownie nauczyła się manipulować". Nie wiem czemu, ale to przykuło moją uwagę :-) Może temu, że jakoś tak mi pasuje do Magdy. Bo ona nie wydaje mi się osoba, która manipuluje że tak powiem "z zimną krwią" i obmyśla sobie naprzód dokładne plany co powie i co zrobi... Raczej wydaje mi się, że jest to u niej jakieś nawykowe, może temu, że tak wyglądały jej relacje w rodzinie, temu nauczyła sie manipulować i właśnie robi to już odruchowo, sama nawet do końca sobie z tego sprawy nie zdając...
Jest jeszcze w tej historii pewien "smaczek" i trochę może w innym świetle może to postawić jej postawę co do matki i ogółem to, co zrobiła. Chodzi o to, że jej matka jest właśnie moim zdaniem całym mózgiem operacji "złapać męża". Wydaje mi się, że matka pociąga tam za sznurki, a Magda robi to, co jej matka mówi (jest zmanipulowana przez własna matkę najbardziej jak tylko sie da - o to mi chodzi). Co oczywiście nie umniejsza w niczym tego, że to wredne postępowanie z tym, co zrobiła z mężem, jak i tego, że od matki nie powinna brać aż tyle pieniędzy... Ogólnie jednak matka Magdy ma wg mnie dość poważne problemy psychiczne. Twierdzę tak, ponieważ to od jej matki pierwsze usłyszałam te niby "żarty" o mężu (było to dawno temu i również wtedy brałam to jako żarty) i jeszcze wiem też, że matka Magdy przez wiele lat sama próbowała "złapać męża" na łóżko (czego też się dowiedziałam niedawno). Jej się nie udało, więc widocznie córkę pchnęła w tym kierunku (jakieś niespełnione marzenie matki, więc niech córka to zrobi). Nie chcę tu Magdy usprawiedliwiać, w końcu nie ma lat "nastu" żeby słuchać we wszystkim matki, jednak chyba trochę rozumiem z czego jej postawa wyniknęła - całe życie sama była manipulowana, więc i tego się nauczyła... A że i aktorstwa przy okazji, to może racja, choć może być i tak, że ona sama we własne kłamstwa wierzy (mitomania, czy jakoś tak się to nazywa).
Pieniądze też matka może jej dawała właśnie w celu nie tak bardzo bezinteresownym, bo może chciała córce studia i stroje opłacić, aby mogła spełnić to jej (matki) marzenie o złapaniu męża...
Aż mi żal Magdy, kiedy tak myślę o jej życiu, o tej matce jej i jak mało w życiu zaznała normalności... Choć z drugiej strony, wiele osób lekko nie miało, a jednak wykazali dobrą wolę w kierunku nie powielania złych schematów rodzinnych. Nie wiem dlaczego jedni potrafia, a drugi jest słaby i nie ma w sobie woli, tylko tak idzie bezmyślnie w to, co ktoś inny (rodzic w tym wypadku) pokazał...

4

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

Pani Wiosno, masz rację, można wychować się nawet w patologicznej rodzinie i wyrosnąć na porządnego człowieka. Dla Magdy taką szansą była przyjaźń z Tobą. Mając z jednej strony matkę, a z drugiej Ciebie, bezinteresowną, życzliwą przyjaciółkę, wybrała drogę oszustwa i manipulacji. Dla mnie pocieszające jest to, że o ile w pierwszym Twoim poście dużo było żalu, to w tym drugim patrzysz już na tą sytuację z dystansu i potrafisz obiektywnie to analizować. Można powiedzieć, że otrzymałaś cenną lekcję, która może bardzo Ci się przydać w życiu.

5

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

Powiedziałaś teraz to dokładnie, o czym sama już kilka razy myślałam. To znaczy, ze ile było z mojej strony starań, zachęt, aby zaszczepić jej więcej poczucia godności, czy samodzielnego myślenia, decydowania o samej sobie, umiejętności snucia WŁASNYCH planów... Czy nawet po prostu więcej logiki, zwykłego zdrowego chłopskiego rozumu, jak to się mówi. Jednak to ona sama wybrała to, co matka jej podsuwała, znaczy wizję świata matki. A dlaczego? Bo po prostu była dla niej łatwiejsza, niż moja. Trudniej jest przecież samemu o sobie decydować, ponosić własną świadomą odpowiedzialność, myśleć samodzielnie itp, niż być dalej manipulowaną przez "kochaną mamusię" i mieć taki zastępczy mózg, który zawsze podpowie co ma robić... Ona chyba po prostu nie chciała dorosnąć.

Tak właśnie też o alkoholikach myślałam, gdy swój post wcześniejszy pisałam, bo przecież znane są przypadki ludzi porządnych, którzy sami chcą do wszystkiego w życiu dojść, mimo, że np. ich rodzice żyli na zasiłku i wszystko wydawali na wódkę. Dzieci nie mają lekko w takich rodzinach, a jednak człowiek nie jest z góry skazany na jedna drogę życiową, tylko temu, że urodził się w tej, a nie innej rodzinie... Fakt, że takim osobom jest dużo ciężej, niż tym, które miały dobre wzorce, ale nie jest to niemożliwe. Są chociażby terapie psychologiczne. Gdyby Magda pieniądze wydała nie na ciuchy i "łapanie męża" w ogólności, ale np. na taką terapię - to gdzie dzisiaj by była? Prawie na pewno nie byłaby w związku opartym na oszustwie i chęci "przyklejenia sie" do faceta, nie wdepnęłaby świadomie w takie coś. A myślę, że nie będzie szczęśliwa w tym małżeństwie (ale szczerze mówiąc, to nawet już mnie to nie obchodzi za specjalnie, ona i tak wiecznie była niezadowolona z życia, bardziej tylko dziecka mi jest żal, bo złe wzorce znowu zostana przekazane jemu...). Związała sie bez głębszego namysłu, po prostu facet się jej zapewne spodobał fizycznie, a że przy tym okazał się być dość "ustawiony", to sie nie namyślała dlugo (i jeszcze mamusia zapewne pchała z całych sił w "dobrą" stronę;-) I co z tego wyniknęło ostatecznie - zapewne nikt w tej rodzinie szczęśliwy nie będzie, bo ani facet, ani dziecko, ani ona tak na prawdę. Ale cóż, sama wybrała tą drogę. Zdawało jej się tak łatwiej - być kierowaną, manipulowaną przez matkę, słuchac kogoś innego, a nie głosu własnego rozumu i zasad moralności. Tymczasem myślę, że ostatecznie będzie jej tylko ciężej. Łatwe drogi prowadza na manowce - prawda znana nie od dzisiaj.

A jak chodzi o mój żal do niej, to może tak wyglądało trochę, bo miałam akurat lekki dołek wtedy, co pisałam :-) Ale nie jest tak, że mam do niej żal, bo właśnie doceniam dobre chwile, było wiele miłych momentów. Bardziej chodzi o to, że chociaż już minęło sporo czasu odkąd się różnych rzeczy dowiedziałam, to nie mogę wciąż wyjść z szoku, bo jak człowiek przez 20 lat miał w głowie wizję osoby jako takiej i takiej, a nagle się okazuje, że ta osoba jest całkiem inna... to można trochę zwatpić. Chociaż po prawdzie to muszę przyznać, że było pare momentów, kiedy już mnie różne rzeczy niepokoiły u niej. Takie "sygnały ostrzegawcze", że zbyt dobrze o niej myślałam, że nie do końca jest taką wartościową osobą za jaką ją miałam... Słaby charakter, no cóż, myliłam go z wrażliwościa i słaboscią zdrowia, ale z tym zdrowiem to już się przekonałam ile w tym było manipulacji... Wiecznie gdzieś coś panią Magdę boli, wiecznie jakieś jej choroby... Jednak nie przeszkadzały te choroby wtedy, kiedy pędziła noca do niemal obcego faceta 200km, następnie dziecko zrobiła, urodziła zdrowe, bez żadnych komplikacji - coś zadziwiająco silny ten organizm, jak na te jej wieczne narzekania ;-)

Cóż, nie chcę zanudzać tu przesadnie. Ale szczerze mówiąc czuję się czasem jakby mi ktoś z rodziny umarł, czy coś :-| Po prostu jakiś brak nagle tej osoby, którą zwykłam była uważać za członka rodziny (nasze całe rodziny się znają i nawet jej ciotka jest moja chrzestna). Czasem bym do niej chętnie zadzwoniła, ale powstrzymuje mnie strach. Może to głupie, ale zaczęłam się jej bać jakoś... Tyle lat udawania, hm, mnie się to z jakąś psychopatką kojarzy, no na pewno nie jest to zdrowie psychiczne... Czuję też do niej jakiś wstręt, jak do jakiegoś śliskiego gada, czy czegoś takiego... Nie umiem też chyba jej szanować. Współczuję - tak, rozumiem - do pewnego stopnia chyba tak, bo wiem, z czego to mogło wynikać, jak już pisałam wcześniej. Ale żeby szanować, ufać, lubić - to muszę powiedzieć, ze na tą chwilę tego nie ma. Może gdyby mi wszystko wyjaśniła dokładnie i szczerze (no właśnie, ale czy jeszcze bym jej w coś uwierzyła, że to szczere?) to może bym ją mogła lubić jak dawniej, jednak zaufania sie chyba nie odbuduje, podobnie szacunek - bo jeśli bym widziała, ze chce coś zmienic, ze sie stara, to wtedy by był ten szacunek, nawet jakby jej nie wychodziły te starania, ale gdyby choć próbowała... ale kiedy ona nawet nie próbuje jakoś godnie żyć... no to cóż moge powiedzieć neutral Nie chcę być jakaś "piczka zasadniczka" i prawić komuś morały jak ma żyć. Ale i szanowac nie umiem ludzi, którzy sami podejmują tego typu decyzje, żeby np. oszukać kogoś. Tu nie ważne, czy miała wspólniczke w postaci matki. Po prostu zdecydowała sie jednak faceta zwiazać ze sobą na siłę, a że przy tym dziecko potraktowała tak przedmiotowo - niczym jakąś karte przetargową - to chyba tego jednego jej wybaczyć na prawde nie umiem. Ja bym nie umiała własnego szczęścia stawiać wyżej, niż szczęście dziecka, chociaż dzieci nie mam, ale po prostu to wiem. Ona twierdziła jeszcze kilka miesięcy przed zrobieniem sobie tego dziecka, że podobno tak słabe jest jej zdrowie, że dziecka nie będzie mogła mieć ze wzgledów zdrowotnych... Że będzie musiała brać w ciąży leki szkodliwe dla dziecka. A mineło kilka miesięcy - i Magda w ciąży neutral W tej sytuacji tym bardziej to dla mnie jasne, że to prawada, co kuzynka mówiła. Powinna przecież z ta decyzja poczekac co jej powie lekarz itp. Ryzykowała więc zdrowie dziecka dla własnego "ustawienia sie" w życiu...? Chyba, że mnie okłamywała, że tak źle z tym jej zdrowiem (na prawde bym wolała już to). Chyba, że nagle jej sie tak polepszyło, no nie wiem, ale widzę jednak jakąś perfidię u niej, za która nie potrafię jej już szanować, nie mogę się nawet przemóc, żeby do niej w te urodziny zadzwonić...

Ona dzwoniła, to odbierałam, ale też odbierałam bez przyjemności, nie chciałam jednak martwić jej, kiedy była w ciąży i nie odbierać telefonu, bo jakby miała jakiś stres, to przecież dziecko w brzuchu czuje. Teraz już nie dzwoni, więc problem się rozwiązał sam, natomiast jednak lekkie wyrzuty sumienia mnie dopadły z okazji tych jej cholernych urodzin... Odkąd sięgam pamięcią, urodziny - rzecz święta - zawsze ja dzwoniłam w jej urodziny, a ona w moje. Jednak w tym roku chciałabym od niej nie musieć odebrać telefonu. Znaczy bym nie chciała, żeby do mnie dzwoniła. Byłoby to więc trochę fałszywe dzwonić samej w takiej sytucji, prawda? Ze ja tak na prawde nie mam ochoty. Nie chcę nic udawać... A skoro kogoś już nie lubie (pomijając juz nawet przyczyny) to się przecież nie przymuszę, aby czuć coś, czego nie czuję. Że jej przykro będzie... no to cóż, ale jak zadzwoniłabym, to pewnie też by wyczuwała dystans i też by to nie było tak jak dawniej.

Myślę, że to nie ona we mnie jednak te wyrzuty sumienia wzbudziła. To raczej konfilkt wewnętrzny między tym, w co długi czas wierzyłam - że nasza przyjaźń jest wyjątkowa i prawdziwa, taka perełka w dzisiejszym świecie, i że będzie trwała do końca naszych dni... Nawet mimo jej wzlotów i upadków, bo nie zawsze wszystko było cacy, ale mimo wszystko, tyle lat... A teraz koniec, tak jakby tego nigdy nie było. Może czas zmienić więc przekonania? Może to nie jest prawda, ze prawdziwa przyjaźń trwa całe życie... Z mojej strony była jak najprawdziwsza, a jednak w tym momencie czuję, że jej nie ma. Była szczera, była prawdziwa, chciałam wszystko, co najlepsze dla Magdy, ale na ten moment czuję tylko, że nie chcę z nia kontaktu. Że jej nie ufam i nie szanuję. Boli mnie to jednak, czuję jakbym sama siebie trochę zdradziła.

Może to dziwne, bo sytuacja tak jakby dość oczywista - to ona nawaliła, nie traktowała mnie do końca jak przyjaciółki, no to może i fakt. Ale mimo wszystko ja też nie czuję sie do końca w porządku, skoro np. mówiłam komuś, że chciałabym z ta osobą sie przyjaźnić całe życie, a potem sie okazuje, że mi się odmieniło. Dzisiaj o tyle jestem madrzejsza, że nigdy juz nikomu nie powiem naprzód, żadnych głupich obietnic, dziecinnych wyznań, że np. będziemy razem na zawsze. Byłam młodsza, to nie wiedziałam, że to tak tylko może wyglądać coś na bardzo trwałe. A tymczasem przyjaciele odchodzą, partnerzy odchodzą i cóż, nic pewne nie jest... Samemu również człowiek może odejść od kogoś, choć myślał, że nie zrobi tak nigdy. Ja nie myślałam po prostu, że sie kiedyś wypnę doopą na najlepsza przyjaciółke ;-) Która miałam całe życie od najwcześniejszych lat, przez dorosłość wczesna, aż do tej średniej (tak swoją droga, czy między 30 a 40 lat to już jest "wiek średn"i? Bo tak sie zastanawiam jaka jest nomenklatura i czy jestem już "kobeita w średnim wieku" czy jeszcze nie;-) Nie przyszłoby mi to do głowy po prostu, że tak się stanie. Choć w sumie jak mówiłam, były już oznaki różne we wcześniejszych latach.

No nic, chyba głupia jestem po prostu, że sobie wynajduję powody do dołowania sie i myślenia. Urodziny Magdy przelecą, to nie będę juz o niej myśleć... A poza tym chyba i tak nie jestem taką znowu wredną osobą, skoro choć SMS jeszcze jej poslę? Myśle, ze po tylu latach po prostu jakoś dziwnie nie zachować choć takiego szczatkowego kontaktu raz do roku... Może ona kiedyś zmądrzeje, dojrzeje, jest w obcym kraju, ma małe dziecko - będzie musiała dojrzeć. Może za kilka lat zrozumie swoje błędy, może zmieni się... Powiem nieskromnie, ale myślę, że jeszcze kiedyś mnie doceni i zatęskni za moimi mailami, telefonami i w ogólności moim pitoleniem ;-) Pieniadze jej nie dadzą tego serca i uwagi, mężczyzna prawdopodobnie też w końcu zorientuje się, że nie jest traktowany jako partner, ale "dobry tatuś"... Wątpię po prostu, że to mężczyzna będzie jej prawdziwym przyjacielem, skoro ona jego tak traktuje. No chyba, że matka jej zastępuje najlepszą przyjaciółkę, to może jej to będzie wisieć, że ze mną kontakt się urwał...

No dobrze, to kończę spamować forum swoimi przydługimi żalami :-) Masz też rację, takiwiatr, że jest to dla mnie jakaś lekcja (jak zreszta wszystko, co w zyciu sie przydarza, całe życie - jedna wielka lekcja, nawet mówi sie przecież: szkoła życia). Tylko w sumie nie wiem czego tu się konkretnie nauczyć z niej... Bo wniosek mi się nasuwa taki, że już nikomu nie można zaufac na tym świecie i nawet najbliższa osoba może okazać sie kimś innym - ale to jakoś strasznie pesymistycznie brzmi... Może żeby sie nie przywiązywać za dużo do ludzi? Tylko, czy tak się da? Każdego na dystans trzymać, hm... Doprawdy nie mogę pojąć przesłania tej "życiowej lekcji"... Chyba tylko tyle wiem z tego, że nigdy nie będę na kogoś np. patrzeć w góry, że "dał sie złapać", że był "jeleniem" czy kimś takim, bo widzę teraz, że ludzie potrafią świetnie manipulować i człowiek może być calkiem inteligentny, nawet zdrowo myślący itp, a i tak się nabierze. Może nawet niektórzy ludzie sami wierzą we własne kłamstwa i temu sa tak przekonujący, hm, nie wiem. W każdym razie nie spojrzałabym już na nikogo z góry, że sie dał komuś na coś nabrać, choćby z boku patrząc było to oczywiste jak to, że dzień jest dniem, a noc nocą. Poza tym jeszcze pomyślałam o tych "sygnałach ostrzegawczych". Chyba jednak trzeba w życiu byc bardzo ostrożnym i już np. nie dawac drugiej szansy. Chociaz tym torem idąc, to szybko można zostać całkiem samemu... Hm, to nie wiem, może jednak znajomości, ale nie bliskie - może to jest jakieś wyjście? W sumie chyba ja już bym nie chciała więcej przyjaciółki bliskiej mieć. Tylko komu czasem sie wygadać, jak samotnie i źle... hmm Obcych ludzi to wiele nie obchodzi, no może są tacy, co chcą pomóc, ale to mimo wszystko zawsze będę dla nich tylko kimś obcym, nie wiadomo kim i gdzie, literkami na ekranie...

Ech nie wiem, nie widzę nic zbyt pozytywnego w tej sytuacji. Jedynie właśnie to, że lepiej teraz rozumiem ludzi przez wiele lat robionych w balona. To dziwne, bo z facetami umiałam zawsze zauważyć, kiedy to sie działo. Może coś ma do rzeczy więź z człowiekiem od dziecinstwa, że nie jest sie takim krytycznym dla tej osoby...

W sumie nie ważne. Deszcz zaczał padać. Jak łzyyy... he, he (przypomniała mi sie od razu ta piosenka zespołu Kury "znowu mam doła, znów pragnę śmierci, może w lecie jakiś komar adidasa sprzedał mi";-) Nawet w dołku mnie poczucie humoru nie opuszcza, heh, ale to chyba akurat dobrze - jeden przyjaciel, który ze mną zawsze jest, nawet jak akurat w wydaniu wisielczym czasami ;-)

6 Ostatnio edytowany przez takiwiatr (2014-05-28 21:28:57)

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

Wiosno, na pewno ta sytuacja nauczy Cię ostrożności w kontaktach z ludźmi i tego, że nie warto lekceważyć sygnałów świadczących o tym, że dana osoba nie jest taka za jaką chciała by uchodzić. To pomoże Ci odróżniać ziarna od plew i poznać wartościowe osoby. Na pewno też dzięki temu poznałaś siebie, określiłaś się jakimi wartościami chcesz się kierować w życiu, a jakimi nie. Z tą wiedzą idź teraz do przodu.

7

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

Przyjaźń to więź między dwiema osobami.

Więc to jest taka krótka odpowiedź.

Człowieka osądza się po czynach, nie po słowach.

8

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

Dzieki za odpowiedzi :-)
Tak, teraz jestem ostrożna i jednak trzymam sie na dystans raczej. Można oczywiście ładniej to nazwać, w stylu: "jestem bardziej niezależna" (nie ma to jak dobry PR;-) Ale ogółem chodzi o to jednak rzeczywiście, że trzymam sie na dystans z ludźmi. I odczuwam jako taki spokój przynajmniej, więc chyba nie jest to zła droga... Staram się tez z rodziną mieć trochę lepszy kontakt, tj. z rodzeństwem konkretnie, a także ze znajomymi, choć to zupełnie nie to samo dla mnie, co przyjaciel, no ale cóż... Lepszy rydz, niż nic.
Co do pani na M. to uświadomiłam sobie, że chyba po prostu byłam dla niej takim zapychaczem czasu między jednym facetem, a drugim. Bo rzeczywiscie, jak sobie tak wspominam, to zainteresowanie było mną największe kiedy to jej coś tam się psuło w związku, o tak, to godzinami potrafiła gadać, aż się dziwiłam jaka nagle rozmowna i wylewna. Moimi facetami też się interesowała, ale i cóż w tym dziwnego, toć to ciekawy temat dla każdej kobiety, jak też szarych komórek za wiele wysilać nie trzeba, zwykła rozrywka dla słuchacza, nic więcej ;-) Gorzej jednak jak przychodziło do innych tematów, niż facet - szybko się nudziła, za wiele się nie podyskutowało, bo horyzonty myślowe wyłaziły czasami dość ciasne (choć to osoba z wykształceniem, dość oczytana nawet sie zdawała chwilami, no ale cóż, jednak w pewnych przypadkach się okazuje, że wykształcenie to jedynie formalność, bo umysł nie nawykły do samodzielnego myślenia, co najwyżej zakuwania i ewentualnie rozumienia tematów tylko po łebkach, tematów ładnie podanych na tacy przez kogoś innego, gotowych do bezkrytycznego wchłonięcia, a następnie wydalenia...). Cóż, tłumaczyła sie, że nie umie ubrać myśli w słowa :-) A mnie to jakoś bardziej wygląda na ten moment na zwykły pustostan umysłowy i że nie było czego "ubierać" w te słowa, bo i niewiele tam ciekawego było... Tak jeszcze wygląda mi na to, że nie tylko zapychaczem czasu byłam, bo też rozrywką po prostu i bezpiecznie się mogła poczuć przy mnie, bo kto inny to pewnie taki tolerancyjny nie był (tak, ludzie często niezbyt są tolerancyjni, lubią obśmiać nawet drobne wady bliźnich, a co dopiero takie grubszego kalibru...) więc każdy pewnie by się chwycił takiej osoby, która tego nie robi, tylko stara się podbudować inną osobę - zwykła okazja sie trafiła, no to zrobiła sobie "najlepszą przyjaciółkę", w mojej postaci. Przede wszystkim to wstyd powiedzieć, ale to jedna z większych sexistek, jakie znałam w życiu, przy czym sexistka w sensie, że dla niej facet to lepszy gatunek. Przez sam fakt, że mam narządy rodne nie tego rodzaju, to już byłam na przegranej pozycji... No, a nawet teraz. Siedzi sobie tam za granicą, trzyma tego swojego "wspaniałego faceta" w złotej klatce (od kuzynki słyszałam, że cierpi bidula na niepohamowane napady zazdrości - ale cóż w tym dziwnego właściwie, skoro facet gdyby z inną umknął, to jakby dojna krowa rolnikowi umknęła z pastwiska;-) i tak sobie tam żyje, a mna się o tyle interesowała, o ile myślała, że będę jej przyklaskiwać, albo udawać, że wszystko jest po staremu i dawać jej tą samą rozrywkę, co kiedyś. Zaskoczyło mnie to właśnie na koniec jeszcze, że nie usłyszałam od niej słowa wyrzutu czemu przestałam dzwonić. Zero, nic, jakby było wszystko OK. Potem sama też przestała dzwonić, jakby to też było OK i w porządku. No bo pewnie jest. A ja robiłam kiedyś awanturę kiedy sie nie odzywała przez pare tygodni, heh... Tak mi zależało na kontakcie i zainteresowaniu. Jej widać na moim średnio zależy, skoro nawet nie zapytała "dlaczego?". Ciekawe, bo minęły ponad 3 miesiace, właściwie 3 i pół już, ale dobrze, właśnie to mi teraz coś o niej jeszcze mówi na sam koniec. Pewnie ze zwykłego strachu, ze coś mogłaby usłyszeć nie po swojej myśli, to wystarczy, zeby nawet nie walczyła o tą przyjaźń. Zresztą, po co jej, teraz w końcu upolowała "tego jedynego" i ma sie wkoło kogo oplatać. Ja jej nie jestem już potrzebna, jeszcze wspiera ją matka, którą teraz ma blisko siebie, to tym bardziej ja stałam się zbędna. I w sumie dobrze, cieszę się, że to zrozumiałam, bo za bardzo myślałam, że ona jest do mnie podobna. A nie jest. Inny sposób myślenia i odczuwania. Zresztą, co ja gadam. Przecież to jej własne słowa: "żyję jak zwierzątko" i jeszcze coś o tym, że nie myśli za wiele. Tylko, że raz mówiła tak, a kiedy indziej jaka to ona wrażliwa i ile rozmyśla (o facetach, tak, pewnie 99% na temat fagasów i może ten 1% czasem jeszcze o tym niedobrym szefie, co jej tak mało płaci - głębia rozmyślań powalająca, a szeroki wachlarz zainteresowań wręcz niesamowity:-) Może to zresztą jakaś choroba psychiczna z tym mówieniem raz tak, raz siak, jakieś rozdwojenie jaźni, czy coś... A może po prostu upodobanie do wymyślania. Czytałam ostatnio o osobowości histrionicznej, trochę mi pasowało, choć nie wszystko. Mało w niej teatralności tak ogółem, nie nosiła się też jakoś zbyt wyzywająco (choć sexownie tak, ale nie aż do przesady, co jest jedną z oznak ww osobowości histrionicznej, znaczy ta przesada). Czasem nawet skromnie, jak ostatnim razem, gdy się widziałyśmy. Więc z tych opisów do mnie tyle dotarło, że ona nie ma tego zaburzenia, tylko kilka cech zbliżonych, więc chyba nie jest głęboko tak zaburzona do tego stopnia by uderzać do psychiatry, być może nawet zwyczajnie lubi perfidię i kłamstwa - bo taki ma charakter, zbyt słaba by się czuła grając w otwarte karty... Chciałam chociaż ją wytłumaczyć trochę takim zaburzeniem osobowości, że to prawie jak choroba psychiczna, ale nawet to mi się nie udało. Widać rzeczywiście charakter taki, tylko troche późno do mnie to dotarło. Zresztą kto wie, może ma coś tam innego z głową i ten psychiatra by sie przydał, może to rzeczywiście jakiś chory człowiek, pokrzywiony zupełnie, ale w sumie kto jest normalny i kto ma lekko w życiu...? Ja nie miałam lekko, a jakoś nie kłamię i nie kombinuję. Rzekłabym, że pod pewnymi względami miałam nawet trudniejsze doświadczenia, a nie skłoniło mnie to do perfidii, pustoty, czy oszustwa. Nie ma raczej czego tłumaczyć, ani sie zastanawiać, bo to jakby dociekać skąd się wzięło zło na świecie i czym to zło jest (czy wyborem, czy chorobą, a może czymś wbudowanym genetycznie itp), a nad tym wielu filozofów myślało i tak strawili na tych myślach lata życia (podczas gdy mogli w tym czasie na przykład wąchać kwiaty i podziwiać obłoki :-)
A te wnioski, cóż, to u mnie oprócz tego co pisałam, by od ludzi sie trzymać na dystans (a niech i brzmi cynicznie, grunt, że człowiek ma troche więcej spokoju dzięki temu), to myślałam sobie ostatnio, jak to dobrze jest doceniać takie drobne rzeczy, zwyczajne, zaspokojenie prostych potrzeb na przykład lub drobne, małe przyjemnostki - jedzenie, przebywanie wśród przyrody, głaskanie kota itp... To takie zwykłe rzeczy, codzienne, ale po co mamy gonić za nie wiadomo czym... Przyjaźnie, miłości - takie złudne się okazują, nawet najbliższych osób nie można byc tak w 100% pewnym. Może lepiej o tym więc nie myśleć, żyć swoim życiem, być trochę bardziej na sobie skupionym, a nie na innych, a zwłaszcza nie na rozmyślaniu o innych (bo tak na prawde na tym sie skupiamy, na tych myślach o innych, a które i tak tym "innym" na wiele sie nie zdają zazwyczaj:-) Może lepiej właśnie na swoim życiu sie skupić i nie żalować ludzi, którzy stroszą się w piękne piórka, a tymczasem właśnie - móżdżek mniej więcej jak u tej kolorowej papużki. Z papużka nawet też idzie "pogadać" :-) To i tak samo ludzie kłamliwi lubią coś powtarzać, np. piękne słowa, czy udawać zainteresowanie, ale w głębi to tam niewiele tego. Jaki to miało sens, te rozmowy, to wszystko... Pustak i tak pustakiem pozostanie, może tylko na chwilę sobie westchnie "o, jak pięknie by było żyć uczciwie i z godnością" po czym za chwile odwróci sie i pójdzie dalej swoją wydeptaną ścieżką, pocieszając się dobrami materialnymi, albo pozorami karmiącymi własne ego (och, ach, złapałam męża, ależ jestem wspaniała, patrzcie i podziwiajcie mnie:-).
Poza tym łaski bez. Są na świecie inni ludzie, może tacy, którym jakoś mogę pomóc na przykład. Którzy docenią wartościową dyskusję, albo np. przyjmą dobrą radę z wdzięcznością, a to temu, bo będzie zgadzała się z ich własnym wnętrzem, być może na chwilę zagubionym, ale chcacym iść w kierunku konstruktywnym ogółem. Myśle, że są i tacy ludzie, co pragną w miarę konstruktywnie przeżyć życie, a nie z biernością, w obłudzie i swoich jakichś bezmyślnych nawykach, krzywdzących wszystkich dookoła, łącznie z zainteresowanym. Też i tacy są, co nie boją się tej ciężkiej pracy nad samym sobą, nawet codziennej i trwającej całe życie, i pełnej porażek, ale mimo wszystko coś dającej, bo po porażce wstaje człowiek silniejszy, wstaje bogatszy, wstaje mądrzejszy... Nie każdy idzie na łatwiznę i nie ma co się przejmować takimi, co po nich wszystko i tak spłynie jak po kaczce - bo po prostu im najłatwiej tkwić w swoim bagienku mentalnym. Jeszcze jak rozumiem ludzi, którzy nie mieli kontaktu z mądrą literaturą, z poradnikiem psychologicznym, z rozmową z osobami wykształconymi itp, bo to nie ich wina, że innego wzorca nie mieli, tak nie rozumiem ludzi, co wszystko mając na wyciągnięcie ręki, woleli płynąć dalej z falą gnojówki. (takiej umysłowej no, czy tam moralnej:-). Więc dla takich to ja nie mam czasu, niech idą w swoją stronę. Po prostu można być dobrym dla kogoś innego, o to mi chodziło :-) Dla kogoś, co doceni. Może np. pisać na forum, albo założyć bloga i tam się trochę dzielić jakimiś wartościowymi myslami... (taki na pewno nie blog o tym, co jadłam na obiad albo jakiego koloru odzież polecam na doopsko założyć, żeby byc och-ach-trendy-i-kool;-) Niekoniecznie to musi być spełnianie tego dawania od siebie w przyjaźni. Człowiek chciałby od siebie dawać innym, ale to jednak jeśli są jakieś wyższe wartości, to musza być i ludzie odpowiedni, którym zależy na takich wartościach. Jak np. jakiemuś dzikiemu człowiekowi buszmenowi ktoś by podarował książkę - to pewnie ten by nie wiedział co z tym zrobić i tego nie przyjął, albo wyrzucił gdzieś. Co innego dać mu np. kilo ryżu, albo lepiej kurę czy krowę - o, to by docenił, bo to zgodne z jego rozwojem i kulturą w jakiej żyje. Po prostu nie każdy doceni coś bardziej skomplikowanego, bo nie każdy takich rzeczy w życiu szuka. Tak więc ja byłam widocznie tym głupcem, co to dzikiemu usiłował wcisnąć swoje ksiązki ;-) Choć usłyszałby ów człowiek zapewne "dziękuję" (w języku dzikich), jednak ledwo by odszedł w swoją stronę, to owe książki by posłużyły za podpałkę pod ognisko, albo papierek służący do podcierania wiadomo czego ;-) Szkoda marnować swoje przemyślenia dla takich ludzi, swoje uczucia i swój czas. Może kto inny skorzysta, nie wiadomo ;-) Można też pewne rzeczy wyrazić inaczej - napisać książke, namalować obraz itp. Myślę, że wiele takich dzieł wzięło sie właśnie z samotności i chęci przekazania światu czegoś wartościowego, kiedy to nie było konkretnej osoby w pobliżu, która by mogła coś takiego przyjąć... Więc taki człowiek dał od siebie całej ludzkości, np. jakieś dzieło literackie. Bo jednak nikt nie lubi czuć się nikomu niepotrzebny, prawda...? Jeśli przyjaciołom nie jest potrzebny na przykład... Może jeśli nie im, to ludziom innym, nawet takim, których nie znamy osobiście... Ważne, że to też ludzie i że coś mogą zyskać, może ubogacić się jakoś, a może np. rozwiązać jakiś swój problem, czy chociaż mają estetyczne doznania przyjemne (np. z jakiegoś obrazu ładnego). Nie ma się po prostu co zamykać w sobie, gorzknieć itp :-) Choć niekoniecznie trzeba z ludźmi żyć blisko, bo nawet jeśli nikogo bliskiego nie ma, to życie nie musi być smutne :-) Gdyby każdy człowiek tak pomyślał, żeby coś dobrego zrobić dla innych, a nie tylko użalał się nad sobą... To chyba by było weselej ogółem na tym świecie :-)
No wiec takie są moje przemyślenia z ostatnich dni. Myślałam, ze jestem pewnej osobie na M. potrzebna i że tak, jak mówiła, jej życie to by nie było takie samo beze mnie, heh, ale widzę, że potrzebna to jej byłam - tylko nie do tego, co myślałam. Do zapychania czasu, owszem, podpierania słabego ego - też, do rozweselania, do bycia tą naiwną, co to można jej gadać, a potem się nie wywiązywać z gadania... Natomiast nie jako osoba na prawdę bliska, przed którą nie robi się tajemnic, nie gra i nie udaje, z którą szczerze się rozmawia o swoich przeżyciach i planach, i ma się podobne wartości, podobny ten "kierunek patrzenia", jak ktoś to kiedyś ładnie nawał... Ale mówi się trudno, żyje się dalej. Mądry człowiek nie szuka w życiu goryczy, bo po co ma gorzknieć, jak nie musi ;-) Ucząc się na własnych błędach może już nie będzie tak ufny, może i będzie zdystansowany, ale kto wie, kto wie, nigdy nic nie wiadomo, a może to właśnie najlepsze, co w dzisiejszych czasach można zrobić. Czytając wiele watków na tym forum, widzę, że dział "zdrada" pęka w szwach, a ja tymczasem czuję się całkiem szczęśliwa kiedy pogoniłam paru fagasów i sporą liczbę "przyjaciółek", a jeszcze większą "koleżanek" i "kumpli". Luz wokoło, ale chyba nawet dobrze w tym luzie, czuję że to może być dość twórczy luz :-) Zresztą, jaki będzie, to już tylko ode mnie zależy.

9 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2014-06-07 01:45:28)

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

Moim zdaniem ona nazywała się Twoją przyjaciółką, ale to tylko słowa. Miałyście inne potrzeby inną potrzebę kontaktu, jak widać jesteście inne. Nie ma co na siłę utrzymywać znajomości. Rozumiem, że jest Ci ciężko, ale na dobrą sprawę, to Wy nawet rzadko się widywałyście, a Ty robiłaś sobie duże nadzieje. Ona zaś niepotrzebnie tak Ci słodziła i nazywała przyjaciółką. Ja miałam kiedyś taką koleżankę, z którą kolegowałam się od 10 roku życia do tak 17tego, więc całkiem długo. Też niby nazywałyśmy się przyjaciółkami, ale coraz częściej zaczęłam zauważać, że to bez pokrycia, ona np jak zwierzać mi się, żalić to ok, ale jak ja chciałam coś się poradzić, to słuchać nie chciała, gaduła taka, że nie dała dojść do słowa. Egoistka taka, po prostu jej to poradź, a Ty sama sobie radź, bo nawet jak mi coś odpowiadała, to tak od niechcenia i od razu i tak zaraz coś o sobie mówiła, taka mocno skupiona na sobie. Zależało mi na niej ogólnie, więc też ciężko mi było przyjąć do wiadomości, że to jednak nie przyjaźń. Toi było toksyczne, niby ona była nie w porządku, ale ja i tak ją bardzo lubiłam. Zresztą nie miałam wtedy dużo koleżanek, trochę samotna byłam, mogło to być też dlatego. W końcu jednak przegięła, gdy zaczęłam spotykać się z byłym chłopakiem i już miała pretensje, a potem rozstałam się z tamtym po 2 latach i jak zaczęłam spotykać się z obecnym, to zrobiła się jeszcze gorsza. Poświęcałam jej parę dni w tygodniu, więc chyba dobrze- mieszkamy w jednym mieście, a ona dalej miała pretensje. Jak miałam się uczyć, miałam masę nauki i tego dnia brak czasu to też pretensje, wydzwanianie.

Jak spotkałam się z chłopakiem to też często dzwoniła i tłumaczę, że np widzę się z nim i zobaczymy się jutro, a ona znów pretensje. Tak jakbyśmy miały codziennie się widywać, tak jakby tylko ona miała w moim życiu istnieć. To było chore i wtedy to zrozumiałam. Zerwałam kontakt, bo to nie do wytrzymania nawet taką koleżankę mieć, zwłaszcza, że jak mówię ona była egoistką, chciała tylko, by jej było dobrze, więc jak dla mnie taka relacja nie ma sensu. Potem prosiła, mówiła, że rozumie, że nie będzie taka, ale za jakiś czas znów była i tym razem zerwałam kontakt definitywnie i olałam jej prośby, bo już widziałam, że są nic nie warte. Od tej pory minęło 5 lat i owszem, czasem sama pomyślę co u niej, ale wiem, że kontaktu nie odnowię, bo ona znowu by tak się zachowywała, raczej nie mam ku temu złudzeń. Zwłaszcza, że zadzwoniła kiedyś jeszcze parę lat temu, to ok, pomyślałam, odbiorę, chociaż już zerwałam z nią drugi raz kontakt, już definitywnie. A ona takie rzeczy gadała, że widać było, że nic się nie zmieniła, więc ja już nie mam złudzeń i nie warto.
W liceum za to, myślę, że mogę to napisać, z dużą dozą przekonania poznałam Anię i nasza znajomość wolniej ewaluowała, ale tak, jesteśmy przyjaciółkami smile Teraz wiem, że tak mogę nazwać tę relację, a tamta to była nieporozumienie, więc jak to było się głupim, to nazywało się tamto przyjaźnią, ale nią nie było. Tutaj też widzimy się kiedy możemy, ale jak nie możemy, to żadna z nas nie ma pretensji. Najczęściej widzimy się raz w tygodniu czy dwa, bo wiadomo- obowiązki. Też mieszkamy w jednym mieście.

Piszemy też między spotkaniami, ale tak bardziej ogólnie, zwierzanie i inne bardziej na spotkaniach, tak najlepiej, wtedy najwięcej można się wygadać, przez komunikatory raczej mniej piszemy. Lepiej więcej na żywo smile Ja jej się zwierzam, gdy potrzebuje i ona wtedy poświęca mi całą energię, ja jak jej doradzam to tak samo. Chętnie spędzamy razem czas, mamy masę wspólnych tematów i ogólnie mamy podobne charaktery. Rzadko się kłócimy, może z 3 razy przez te prawie 7 lat, dużo więcej kłócę się z chłopakiem (ale nasza relacja też udana). Gdy coś mi się dzieje, to mogę do niej zadzwonić, pogadać, tak samo ona, jak coś mi się dzieje, to martwi się o mnie i wprost o tym mówi, ostatnio nocowałyśmy razem pierwszy raz z nią i jej przyjaciółką jeszcze inną, bo wcześniej jakoś nie było kiedy. Robimy sobie prezenty itp. Po prostu jesteśmy dla siebie bardzo ważne i śmiało mogę nazwać to przyjaźnią. Ja po prostu po tamtej relacji wiem, że nie ma co nazywać przyjaciółką osoby, która nią nie jest. Nie spodziewałam się, że znajdę taką prawdziwą przyjaźń, gdzie czujesz, żę jesteś bardzo ważny dla tej osoby, gdzie obie strony mocno się starają, ale znalazłam smile No i my obie w tej relacji się staramy, tak powinno być w przyjaźni smile Nie zadowalaj się półśrodkami smile Po prostu jestem szczęśliwa, że ją mam smile

Strasznie się rozpisujesz tongue Ja też, ale Ty czasem chyba bardziej w prawie każdym poście tongue Skróć czasem tongue No i nie analizuj tyle, tak to jest, czasem kogoś nieodpowiedniego nazywamy przyjacielem. Jak widzisz i ja tak miałam, ale po tym już byłam o to mądrzejsza, a teraz mam prawdziwą przyjaciółkę. Owszem, jestem młoda, ale skoro prawie 7 lat jest między nami tak bardzo dobrze, to jest raczej duże prawdopodobieństwo, że to się utrzyma. Jest między nami silna więź. A ludzi znałam w życiu tyle, ale z nikim nie było mi w relacji tak dobrze jak z moją przyjaciółką, wiem co mówię. Magda jest inna niż Ty, mówiła puste słowa, nie przejmuj się nią tak bardzo smile Rozumiem Twoje emocje, ale wszystko powoli ucichnie zobaczysz. Widocznie kreowała się na zupełnie kogoś innego. To smutne, ale fakt faktem jak często kontakt jest mailowy nie na żywo, to łatwiej komuś udawać.

10 Ostatnio edytowany przez pani wiosna (2014-06-07 14:57:03)

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

Dzięki truskaweczka za obszerna odpowiedz ;-)
Tak, masz racje, ze sie rozpisuję, ale akurat ten temat jest moją bolączką, która tak wraca od ponad roku już, odkąd właśnie wyszły te kłamstwa Magdy... (znaczy one tak stopniowo wychodziły, bo i jeszcze nawet na jesień sie cos tam o niej nowego dowiedziałam, ale w każdym razie "pierwszy rzut" to juz ponad rok temu było, wtedy iluzja pękła i wylazło to najgorsze, co wiem, choć jeszcze i jakiś czas w to nie wierzyłam potem, niestety za dużo sie zaczeło mi zgadzać i musiałam to przyjąć do wiadomości w końcu). Więc to taka bolączka moja, do dziś dnia wracająca przy różnych okazjach i dlatego sie tak skumulowały rozmaite myśli i uczucia we mnie, a co za tym idzie w pisaniu sie to odbiło też ;-)
A na inne posty, to myśle, że raczej każdemu miło przeczytać długą i dokładną odpowiedź na swój post, niz krótką i na odczep się (tak i mnie było miło od Ciebie szczególnie czytac, bo napisałas tak dużo, wiec mysle, ze chyba tu nie będę jednak niczego zmieniać, bo jeśli komuś moge pomóc i komuś bedzie przyjemnie przeczytać więcej, to wolę rzeczywiście rozpisać się i odpowiedzieć szczegółowo :-)
Oczywiście się nie musisz tłumaczyć, że jesteś młoda, ja rozumiem, że będąc młodym też można mieć różne już doświadczenia i bardzo dobrze, że się dzielisz swoimi :-)
A w uczuciach to tak na prawdę wiek nie gra dużej roli, podobnie może cierpieć dziewczyna np. 15 lat, co oszukana pani lat 80... No może taka różnica, że dla tej pierwszej łatwiej zatracić pewne proporcje, bo starsza osoba już wie, że np. trzeba w życiu doceniać te bardziej podstawowe rzeczy również i nie tracić miary w tych swoich emocjach... Ale sam ból moze być podobny, mimo juz wyrobionych sobie mechanizmów obrony przed nim, czy większego doświadczenia życiowego itp.
  Może masz rację, że zadowoliłam sie "półśrodkami" w tej przyjaźni i już dawniej przecież czułam, że to nie do końca wszystko jak powinno być, ale z drugiej strony też człowiek nie chce być taki czepialski, nietolerancyjny i wybrzydzający, bo przecież taki bardzo krytyczny do ludzi człowiek, to nigdy nie znajdzie przyjaźni czy miłości, bo tylko patrzy na jakies nawet drobne rzeczy i już myśli "o, to jednak nie to, a może to jeszcze sie pogorszy, lepiej to zostawić od razu i szukac gdzie indziej". To ja tak nie chciałam, raczej nie chciałam być przesadnie krytyczna i wybaczałam np. brak odpisu na moje maile, też nie chciałam przecież byc nachalna, czy z jakimiś wielkimi wymaganiami i "roszczeniową postawą"... Choć tak, to przykre jest napisać do kogoś kilka ciepłych maili w miesiacu i dopiero po całym miesiącu jakaś odpowiedź i to nieraz jeszcze była taka jakby w pośpiechu, że widać było, że to albo czasu szkoda, albo nie ma ta osoba nic do powiedzenia (a myśle na chwile obecną, że ona po prostu nie chciała za dużo o sobie mówić, aby nie zburzyć tego swojego dobrego image'u). A teraz to jak śmiesznie toczą sie koleje życia - to ona teraz jest nachalna, bo ja od roku do niej sie nie odzywam pierwsza, ani mail, ani telefon, a ona już dzwoniła 10 razy w ciągu tego roku... Zbywam ją, olewam, milczę i jestem raczej chłodna w tych rozmowach, a ta nic, dalej dzwoni... Tylko chyba coraz rzadziej, bo juz sie nie odzywała 3 i pół miesiąca ostatnio, no to chyba idzie w kierunku właśnie żeby w ogóle przestała dzwonić (mam nadzieje). Ja starałam sie dawniej nie być jakas wlaśnie nachalna, ale kto wie, jak ona odbierala kiedy pisałam do niej kilka razy pod rząd, choć ona nic... Co prawda mówiła, że lubi te maile bardzo i pytałam wprost, czy ją to nie krępuje, czy nie jestem nachalna i czy mam sobie dać na wstrzymanie (lubie sobie popisac i tyle;-) to mówiła, że nie. Tłumaczyła sie, że nie odpisuje tym, że ją boli ręka i temu nie pisze, heh, bo sobie ponoć uszkodziła poważnie ta rękę, wierzyłam jej w to, no ale dziwne, że to przy pisaniu boli, a np. przy obieraniu ziemniaków nie ;-) Co to za jakiś dziwny uraz, że można inne rzeczy robic, tylko nie pisać... No niby dzwoniła raz w miesiącu, ale to jakoś dla mnie nie było to, po prostu w porównaniu do tych pięknych słów, to wygladało jakoś tak marnie - przez ten kontrast ze słowami ;-) A, mniejsza już z nią, po prostu ktoś tu wyżej ładnie ją określił jako świetną aktorkę i cóż, to chyba cała ona...
Fajnie, że Ty znalazłaś "bratnią duszę", to rzeczywiście budujące, cieszę się Twoim szczęściem i życzę aby przyjaźń przetrwała kolejne dziesięciolecia...
   Ja już na dzisiaj nie wierzę chyba tak do końca w coś takiego jak "bratnia dusza", ale zrozumiałam, ze przyjaźń jest to po prostu decyzja dwóch osób, niekoniecznie tych nawet podobnych do siebie, czy nawet się dobrze rozumiejących wzajemnie... Tak na prawdę nie tyle liczy sie podobieństwo mentalne, czy intelektualne, co moralność. Po prostu zasady moralne te same np. obie osoby nie lubią kłamstwa i obłudy, tak samo widzą pewne sytuacje w kwestiach moralności (nawet jeśli inne kwestie są sporne). Mam takiego przyjaciela, choć nie wiem czy w sumie tak wielkiego słowa używać (mam pewien już uraz do "wielkich" słów) w każdym razie kolega bardzo dobry, znam go już ładne parę lat i choć to raczej inny świat zupełnie, to widzę, że jednak wartościowy człowiek i że ma podobne spojrzenie na przyjaźń, jak ja. (Czasem też przyznam, ze mu się wyżalę na Magdę, ale on jej i tak nie zna, i nie pozna, więc chyba to nic złego, dla niego to obca osoba ;-) Myśle, że dużo mi dało, że jednak mam tego kolegę/przyjaciela, bo czułabym sie na pewno dużo gorzej bez niego. I nie chodzi tu o samotność, tylko o to, że bym w ludzi zwątpiła. A tymczasem, to kiedy mnie takie wątpiące myśli nachodzą (np. "nikomu nie można już ufać", "każdy mnie oszuka" itp) to sobie przypominam jego, że jemu przecież można ufać i ta myśl o nim jest dla mnie troche jak taka odtrutka, żebym nie straciła wiary we wszystkich ludzi (a tak na prawde Magda nie była jedyna na której sie zawiodłam, bo zawiodłam sie na wielu osobach już wcześniej, z tym, że może nie aż tak bliskich jak ona, bo tych krócej znanych po prostu, więc było troche łatwiej zapomnieć o nich). Dzięki jego postawie też wierzę, ze może poznam jeszcze kogoś wartościowego, przyjaciela z prawdziwego zdarzenia (nie ważne jakiej płci, byle był szczery i uczciwy ;-) bo skoro tacy ludzie istnieją, no to chyba nie warto sie załamywać, czy zamykać w sobie :-) Podobnie dziękuję, że napisałas o swojej przyjaciółce, skoro Ty znalazłaś, to może i kto inny (np. ja) też ma szansę. Tak, 7 lat to dużo, zwłaszcza 7 lat, gdzie nie doznałaś jakiegoś większego zawodu na niej, bo to właśnie też tu ważne. Ludzie, którzy potrafią raz zawieść, to duża szansa, że znowu to zrobią. Trzeba uważać, tak, wybaczać chyba jednak nie ma co i liczyć, ze ktoś sie zmieni... Jak sam z siebie nie wie, jak sie ma zachowac, to co tu liczyć na zmianę. Choć uważać, hm, jak to zrobić? - to zawsze łatwo mówić patrząc z perspektywy czasu, albo na kogoś innego z boku ;-) Bo z początku człowiek nie ma po prostu wystarczająco wiele informacji, dopiero na sam koniec sie dowiaduje z kim miał do czynienia. No ale cóż, takie jest widać ryzyko życia, a na pewno ten, kto sie przejechał pare razy, to sie robi ostrożniejszy, więc poniekąd jakaś korzyść z tego jest...
  Jeszcze to, co napisałaś o swojej przyjaciółce, znaczy te 2 zdania: "Ja jej się zwierzam, gdy potrzebuje i ona wtedy poświęca mi całą energię, ja jak jej doradzam to tak samo. Chętnie spędzamy razem czas, mamy masę wspólnych tematów i ogólnie mamy podobne charaktery" - to jak o Magdę chodzi, to można rzec pierwsze zdanie również bym mogła odnieść do niej, bo to nie tak, że ona np. gadała tylko o sobie, bo jednak też wydawała sie zainteresowana moimi problemami. Choć po prawdzie to rzadko miała jakąs dobrą radę dla mnie czy umiała coś sensownego powiedzieć na jakiś problem (szczerze, to zabrzmi to może podle, ale myśle, że po prostu jednak za głupia była, żeby komuś coś mądrego doradzać, zresztą widać po tym, co z własnym życiem zrobiła, że nie za mądra jednak, no cóż, nie każdy tą głębię ma po prostu i taka prawda, choć chciałoby sie inaczej... z drugiej strony jednak to w sumie mało kto potrafi coś sensownie doradzić innej osobie, nie jest to łatwe wcale, wiec nie oczekiwalam tego od niej jakoś szczególnie, tak tylko pisze dla ścisłosci w sumie;-). Ale jednak wysłuchała zawsze cierpliwie, czasem też mimo wszystko troche pomogła - dobrym słowem chociażby, i umiała słuchać, tak. Nie krytykowała mnie nigdy praktycznie, więc tego sie nie musiałam obawiać, że ja jej np. z jakimś problemem, a ona będzie mnie krytykować, tylko miła była zawsze. Więc to OK było i tu jej muszę oddać sprawiedliwość. Natomiast drugie zdanie już nie pasuje, bo właśnie o ten brak czasu miałam pewien żal, jak też tematy jej dość ograniczone były zazwyczaj, podczas gdy ja mam wiele zainteresowań, lubię czytać, mam co jakiś czas nowe pasje różne, takie "zajawki" tymczasowe, lub chociaż przemyślenia jakieś (a może to szczególnie;-), a ona po prostu jednak mało rozgarnięta w jakichś innych kierunkach - tylko w głowie faceci, moda i uroda, no kurcze, aż mi głupio o tym pisać, ale to fakt, że to jej ulubione tematy. Niby coś tam czyta, albo się czasem zainteresuje czym innym, ale to tak bez energii robi, jakby z musu, nie słychać w głosie prawdziwego zainteresowania, jak o czymś innym mówi, dopiero jak temat na fagasów schodzi - o , to już jest w swoim żywiole.
Też dużo jedzie w swoim życiu na pochlebstwach, tak myśle, że troche jej się dałam złapać na tą wędkę :-| Zawsze chwaliła np. moje rodzinne miasto, jak tu pięknie, srutututu, tylko jakoś nie po drodze jednak do tego "pięknego miejsca" ;-) (Ale dzięki niej też w sumie doceniłam to miasto, wiec moge byc jej za to nawet wdzieczna, bo rzeczywiscie ładnie tu, jak człowiek sobie tak uświadomi to, he, he;-) Mnie wychwalała pod niebiosa, moją rodzine i w ogóle wszystko - taka Polyanna, czy jak zwał. Miła po prostu, sympatyczny sposób bycia, taka niby skromna, by każdego wychwalała, tylko siebie najmniej, ale jednak czasem jak ją naszło, to sie domagała wręcz nachalnie komplementów dla siebie (co było takie z lekka żałosne jak dla mnie... jakby małym dzieckiem była, a nie dorosłym człowiekiem...). "Pochwal mnie, no pochwal" - to jak takie małe dziecko sie domagała komplementów. Nie wiem, wydaje mi sie, że to jednak coś z głową, jakieś problemy psychiczne, plus ogólny pustostan, tylko dobrze maskowany. Zwykle taki "pustak" sie kojarzy z tlenioną blondynką w dresiku koloru rózowego, po solarium i z tipsami na łapie. Taka Magda to raczej ostatnia osoba, co sie z tym kojarzy... Ubrana z gustem, umalowana skromnie, osoba po studiach i w ogóle taka och i ach, że niby wrażliwa, delikatna osóbka... Udająca zainteresowanie jakimiś tematami, które ją niezbyt interesowaly, tak teraz myśle, że udawane to było (podpuszczała nieraz mnie na jakieś tematy po prostu, żebym sie wygadała, jednak potem wszystko i tak okrężna droga jakoś zwykle zmierzało w kierunku rozmowy o jakims tam facecie Magdy, co akurat sobie go upatrzyła, albo w związku jak miała problemy, no to do aktualnego jej stałego partnera, lub ewentualnie jakichś tam ludzi innych - nie ważne co na początku rozmowy było, bo wszystko sie kończyło na tym na ogół, no to jednak chyba to było to, o czym by mogła gadac ciągle, a nie tamto, co tylko udawała zainteresowanie, żebym się nie kapnęła, że ona na to leje i tylko czeka na swój ulubiony temat). Nie wiem, ale dla mnie jednak istnieją inne tematy jak facet czy ogólnie co kto zrobił, czy co kto powiedział i jak sie zachował. Oczywiście można o tym pogadać, ale chyba nie tylko o tym, bo to ile też można... Ja też ludźmi sie duzo przejmuję, ale mam jeszcze inne tematy, różne zainteresowania, człowiekiem można sie zresztą interesować też w bardziej ogólnym wymiarze, np. socjologią, psychologią, historią, a nie tylko: "bo Marysia powiedziała to, a Zbysio zrobił tamto" (to taki mniej więcej poziom tego jej gadania był). Więc to fakt, że wspólnych tematów było mało. Zresztą trudno jak ktoś ukrywa różne rzeczy o sobie, albo zużywa energię na kreowanie siebie, żeby było w takiej sytuacji dużo tematów i dyskusja się toczyła naturalnie, skoro ktoś musi ciągle kombinować co powiedzieć, a czego nie powiedzieć... Albo jak osoba nie umie zbudować w miare logicznego ciągu zdań i trzeba sie domyślać o co w ogóle tej osobie chodzi, bo tak gada niechlujnie. W sumie to męczący ten kontakt z nią, teraz jak przestałam do niej mieć sentyment, to tym bardziej to widzę, dzwoni po prostu (na szczęście rzadko) i nudzi mnie swoim gadaniem. Myślałam dawniej, ze ona mnie rozumie i to wszystko jakoś inaczej odbierałam, no bo ludzie są różni, fakt, nie każdy ma łatwość wymowy, ale na ten moment, to takie mało składne jej gadanie tylko mnie denerwuje. Zresztą bywało, że zupełnie coś powiedziała bez logiki, to później sie okazało, że po prostu naciągała fakty, żeby przykryć jakieś tam swoje inne motywy (jak np. że chce jechac za granice dla zdrowia - co zupełnie brzmiało od rzeczy, bo tam gdzie ona pojechała, to nie jest jakieś sanatorium ani ciepłe kraje, tylko ma to samo, co w Polsce tak na prawde - a wyszło potem, że chciała ukryć swoje "polowanie na męża" pod płaszczykiem wyjazdu dla zdrowia niby).
Ech, kończę lepiej, bo rzeczywiście jak już sie rozpiszę, to masakra ;-)
A, jeszcze tylko tak chciałam dodać, że to fakt, że takie przyjaźnie, czy inne związki, na odległość to nie jest najlepsza sprawa... Bo i cóż ja sie dowiedziałam z tego jej telefonu raz na miesiąc...? Powiedziała, co sama chciała, a co wolała ukryć, to ukryła i tyle. Więc mogła to robić długo. Gdyby mieszkała np. w klatce obok i widziałybyśmy sie kilka razy w tygodniu, to pewnie rożne tam jej kłamstewka by wyszły szybciej i sprawniej. Nie mogłaby się tłumaczyć np. że daleko ode mnie mieszka, więc dlatego się rzadko widzimy. By było widać, czy chce spędzać czas razem, czy nie chce. A tak, no to ciągle jakieś wymówki, bo wiatr w oczy i pod górke do szkoły... Ciężko też to sprawdzić, jak sie z tą osoba mało przebywa. Ja np. zaobserwowałam jak obiera ziemniaki, kiedy była u swojej rodziny i cały obiad zrobiła, z wyjątkiem tylko ciężkiej miski z wodą, co już powiedziała, ze ją ta ręka boli i żeby ktoś inny to wziął, a tak, to wszystko robiła, więc coś mnie tknęło, że ciekawe jak to boli ją ręka przy pisaniu, a inne rzeczy robi... Inne wymówki niektóre też wyszły w tak głupi sposób, no cóż, widocznie przy swej kłamliwości to jeszcze brakło jej sprytu, żeby te kłamstwa ukryć porządnie (właśnie, niebywałe niechlujstwo w tym widzę, bo jakbym ja tak kłamała np. jej, to podejrzewam, ze ona by do końca życia sie nie kapnęła, bo akurat ja umiem o szczególy dbać i konsekwentnie coś prowadzić. Na szczęście jej kłamliwość z moją dokładnością nie zostały obsadzone w jednej i tej samej osobie, wiec tu chociaż szczęście w nieszczęściu;-)
Cóż, nie chciałam tak jej tu obgadywać, wiem, że dużo niechlubnych rzeczy powiedziałam, choć anonimowo oczywiście i bez szczegółów mogących ją zidentyfikować... Ale to ciężko nosić jednak taką zadrę w sercu. Nie pierwsza to osoba, co tylko udawała przyjaźń i pewnie nie ostatania, ale to jednak nie do końca chroni człowieka, że już raz się sparzył... Za każdym razem boli, zniszczone zaufanie i poczucie bycia oszukanym, człowiek może się wystraszyć ludzi w ogóle, bo jak to kolejna taka dziwna osoba, to już nie wiadomo co myśleć. Na szczęście jeszcze nie wszyscy co do jednego tacy są. Zresztą wiem, że to trzeba współczuć ludziom, nie denerwowac sie tak na nich, to tak na prawde nieszczeście tej osoby, jeśli nie umie być szczera, bo nie wierze, ze cos trwalego zbuduje na kłamstwie... Ostatecznie zostanie sama, bo ile tak bedzie udawac (zwłaszcza jak nie bardzo jest w tym inteligentna i konsekwentna - obawiam sie, ze jej mąż sie niebawem ocknie i zobaczy na jakiej podstawie zbudował związek, więc raczej szczęście to nie bedzie do końca życia, ale obym sie myliła...)
Jak ktoś napisał w którymś tam wątku, nawet w Biblii opisane jest kłamstwo jako najgorszy możliwy grzech, jako atrybut Szatana. Bóg jako prawda, a Szatan jako kłamstwo (nie żebym była osoba religijną, ale ładna metafora;-) Człowiek ma dążyć do prawdy, jako wyzwolenia swojego umysłu. Tak nakazują nam religie, normy moralne, różne też np. baśnie i bajki, które zaszczepiają w człowieku archetyp prawdy. Z kłamstwa natomiast rodzą się kolejne grzechy, to znaczy z samooszukiwania się (to też kłamstwo i może to najgorsze wręcz). Ktoś np. mówi sobie, że musi zabić, żeby dojść sprawiedliwości. Wierzy w swoje kłamstwo - że musi coś zrobić, że tego typu "sprawiedliwość" w ogóle istnieje na tym świecie i że akaurat zabicie kogoś ja przywróci (chodzi mi o taka np. vendettę, czyli zakładanie, że niejako "rachunki" sie wyrównaja, śmierć kogoś z wrogiej rodziny, za śmierc kogos z wlasnej). Zabija więc, a tymczasem okazuje się, że tylko spowodował tym więcej cierpienia. Ktoś tłumaczy sobie różne rzeczy fałszywie i potem postępuje źle. Mówi sobie na przykład "bogaty jest bogaty tylko temu, bo nakradł, ja nie bedę gorszy, jeśli też jemu ukradnę" - i wierzy w fałszywe założenie, że każdy bogaty nakradł i wyznaje relatywizm moralny w stylu "on to robi, to ja też mam prawo" (dla mnie żadne usprwiedliwienie, bo zawsze znaleźć można kogoś kto kradnie, morduje, zdradza - czy to znaczy, że wszyscy mamy tak robic, bo inni tak robią? zawsze można sie do kogoś takiego przeciez porównać - jednak czy to rzeczywiście prawda, że kogokolwiek usprawiedliwia to, co robią inni, z tego, co sam robi...? Więc kolejne kłamliwe założenie i znów kłamstwo jako źródło innej zbrodni).
Tak więc kłamstwo prowadzi w złe ścieżki życia i w nowe problemy... Do tego kłamstwo ma krótkie nogi i w końcu potrafi wyjść, by rozwalić wszystko wokół, z siłą granatu. Czy to związek, czy małżeństwo, czy przyjaźn... Można więc rzec, że osoba kłamstwem się posługująca, jest najbardziej biedną ze wszystkich ludzi. Tym sama siebie karająca, że żyje w cieniu swojego kłamstwa - głównie kłamstwa o sobie samej. A nie w wolności bycia prawdziwa sobą, bez potrzeby dorabiania sobie fikcji...
To tak tylko pisze, bo uważam, że zrozumieć - to czasem właśnie jest ta siła, by przebaczyć. Zrozumieć i współczuć, bo zwykle korzyści ze złego są na krótką metę, a człowiek potrafi sie zdenerwować w tym czasie - bo o, tamten źle robi, a wiedzie mu sie dobrze. Np. moja Magda. Tak udaje taką wielce szczęśliwą, och i ach, jak to super u niej. Ja w to nie wierzę, po prostu nie umiem uwierzyć, że żyje z lekkim sercem i czuje sie do końca w porządku sama ze sobą. Choć nawet jeśli, to i tak kłamstwo sie na niej zemści. Człowiek może jednak chciałby jakiejś sprawiedliwości, po prostu... (choć właśnie, jak pisałam, sprawiedliwość jest pojęciem dość względnym i chyba tylko Bóg - o ile istnieje - mógłby ja zaprowadzić tak do końca, bo ta ludzka zawsze będzie ślepa i nierzadko chybiona, jak posąg Temidy z przepaska na oczach - taka właśnie jest ta nasza "sprawiedliwość"...) Nie, żeby musiał patrzeć, jak ktoś drogą podstępu i manipulacji się bogaci na przykład, tak szczerze mówiąc chciałoby sie by sie noga tej osobie powinęła choć trochę, bo jak samemu się wycierpiało wiele, to złość bierze na widok tej osoby pławiącej się w dobrym samopoczuciu (choć może w sumie udawanym, jak wszystko inne tam).
Jak widać, ten temat ma różne przykre dla mnie pod-tematy w sobie... Pewnie temu tak mnie męczy właśnie, bo taki nie jest jednorodny, ma rożne aspekty. Po części właśnie to zburzone zaufanie i to nie tylko do ludzi, bo do siebie samej też (w końcu sama sie dawałam oszukiwać, do tanga trzeba dwojga... no chyba:-) potem takie rzeczy właśnie jak niesprawiedliwość, że ktoś obłudą się w życiu ustawił, następnie jeszcze żal tego dziecka, które żyje w obłudnej rodzinie i prawdopodobnie na takie samo coś wyrośnie (wzorce rodzinne idą i to widac świetnie na przykładzie własnie Magdy i jej matki - identyczny sposób myślenia, fałszywy i niskich lotów, przekzywany sobie rodzinnie), potem obawa co do ludzkości w ogóle - jak duży procent ludzi jest taki, czy to np. tylko 1 % ludzi porządnych, czy więcej troche, może choć 10%, czy ile... Jeśli ten procent ludzi względnie moralnych jest tak niewielki, to by skłaniało człowieka do raczej niechętnego spoufalania się z kimś w takim spoełeczeństwie. Dochodzą dalsze pytania, np. ile było kłamstw, bo może nie wszystkie. Jak mówiła o tym, że mnie lubi, to było na prawde, czy sobie jaja robiła, czy jak...? Myśle, że było to akurat prawdą, bo po coś w końcu mi ściemniała, czyli pewnie aby nie stracić mojej przyjaźni (myślała, ze ją bede uważać za lepszą, niż w rzeczywistości i temu lubić, a jakby sie ujawniła, jakie ma niskie pobudki, to się domyślała, ze odejdę - i zreszta miała rację). Tak, ze mogłabym o tym myśleć całymi dniami, jakbym chciała ;-) Na szczęście nie chcę i porozmyślałam o tym wszystkim już dość sporo, a dalej to pragnęłabym temat zamknąć jakoś. Z jakimś czymś mimo wszystko pozytywnym, z jakimiś konstruktywnymi (lub choć nie destruktywnymi) wnioskami. Dlatego staram sie myśleć o tym w sposób pozytywny, co jest zamierzone swiadomie, bo jakby nie, to bym sie może załamała, albo coś... Ale chyba moje poprzednie wnioski były dość pozytywne jednak, wiec o tyle dobrze, że już jakies mam ;-) Myśle na ten moment, żeby namalować jakis obraz, wyciszyć się, oddać sie na jakiś czas jakimś artystycznym zajęciom itp... Może popisać coś też (ale nie o Magdzie oczywiscie;-) i czymś twórczym się zająć, czymś kreatywnym... Może moja podświadomość sama siebie uleczy, kiedy dam jej na to czas i wyrzucę trochę uczuc na jakiś obraz, czy na coś w tym stylu (całe szczęście, że ja w przeciwienstwie do Magdy, mam te swoje różne pasje, bo inaczej szło by zwariować czasem, jak najdzie jakis taki męczący temat wlaśnie i tak mendzi w glowie i mendzi, że już człowiek sam siebie ma dość czasami;-)
He, he, post-tasiemiec, widzisz truskaweczka, jednak wyrzucam z siebie chyba tylko takie ;-) Przynajmniej jak o ten temat chodzi, to sie streścić nie umiem ;-) Pewnie żeby to nie o mnie chodziło, to by było łatwo ująć rzecz w 2 zdaniach i już. No zresztą tu nie ma o czym myśleć w sumie, w sensie co zrobic, bo to jasne chyba dla każdego, że sie nie ma co w takiego typu relacje pchać, jak juz sie udało wywinąć jakimś cudem po tylu latach. Teraz na zakusy tej osoby trzeba uważać, żeby znowu sobie nie zmanipulowała mnie odpowiednio, choć to raczej nierealne mi sie juz wydaje, po tym wszystkim, czego sie dowiedziałam. Bazowała na mojej nieświadomości, no i tyle. Wiadomo, co nie powiedziała o sobie, to myślała, że sie nie dowiem. Ale to tylko pozostaje wyciągnąć wnioski i o niej zapomnieć (żeby jeszcze sama sie tak odczepiła teraz łaskawie - też by dobrze było...)
Dzięki za przeczytanie, chyba sie wygadałam "co nieco" ;-) Mam nadzieje tylko, ze to nie SNPP (syndrom napadowego pisania postów;-) Może to ostatni w tym temacie, miejmy nadzieje ;-)
Miłego dnia wszystkim zbłąkanym w ów mroczny i neurotyczny zakątek internetu (tj. mam na myśli założony przeze mnie temat;-)

11

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?
pani wiosna napisał/a:

Ludzie mówią, że prawdziwy przyjaciel jest z nami zawsze i wszystko nam wybaczy. Ale czy rzeczywiście? Czy wybaczylibyście wszystko przyjacielowi?
Ja właściwie wybaczyłam, to znaczy nie jątrzę swoich żali, nie wypominam... co nie znaczy, że chcę kontynuować przyjaźń. Po prostu odsunęłam się i z mojej strony zero kontaktu. Ale może zacznę od początku.

No właśnie to zrobiłaś.......:

(...)W pewnym momencie ona wyjechała za granicę i poznała tam mężczyznę. Powiedziała mi o tym dopiero po 2 miesiącach, chociaż dzwoniła do mnie w tym czasie 2 lub nawet 3 razy, a nic nie powiedziała o tym mężczyźnie (ukrywała ten fakt). Dowiedziałam sie najpierw od jej kuzynki, która ją tam gościła i z którą też mam kontakt. A do tego jeszcze i to, że Magda ledwo tego pana poznała, to pojechała gdzieś tam do niego 200 km czy nawet dalej, nocnym autobusem, przez co kuzynka była w lekkim szoku, ponieważ ona uważa, że to uwłacza kobiecie biegać za nowo poznanym mężczyzną do jego domu (wiadomo po co), jeszcze w obcym kraju (a dodam, że to nie jakaś młoda dziewczyna, ale już lekko po 30 kobieta, bo u całkiem młodziutkiej to by nikogo pewnie nie dziwiło takie coś, co by wynikac mogło po prostu z naiwności w takim wypadku). Ja też myślę, że to trochę uwłacza dojrzałej kobiecie sie uganiać za kimś, kogo ledwo zna od kilku dni, jechać nocą przez obcy kraj do nie wiadomo kogo do domu, no ale ostatecznie to nie moja sprawa i ja bym w to nie wnikała. Tylko, że ta historia miała dalszy ciag.(...)

Faktycznie, TO nie Twoja spraw,.....więc czemu w to wnikałaś???

(...)Magda po miesiacu wróciła i jakiś czas była w Polsce, ale z tym panem utrzymywała kontakt. Krótko potem znowu pojechała tam i dosłownie 2 tygodnie była, a już zaszła w ciążę. Jak z nią rozmawiałam, to wyglądało z tej rozmowy, że specjalnie zaszła... Dla mnie to było od razu lekko dziwne, że z mężczyzną znała sie w sumie 1,5 miesiąca na żywo, a 3 miesiące przez Skype tylko rozmawiali, kiedy była w Polsce, a już dziecko... Nie powiedziała, że wpadła, w ogóle nie wyglądało, ze jest zaskoczona. Potem dowiedziałam się, że ludzie z jej otoczenia (i z jej rodziny co gorsza) mówią, że złapała tego faceta na brzuch. Że to było zaplanowane wszystko. Temu, że on jej tam może zapewnić utrzymanie, a ona tak już miała dość "harowania w tej biedzie w Polsce"... że postanowiła się ustawić poprzez tego mężczyznę.

Nie wierzyłam z początku długi czas, myślałam, że ludzie się uwzięli na Magdę, albo coś ktoś źle zrozumiał, że to nieporozumienie jakieś. Ona zawsze mówiła, że jest osobą wrażliwą, artystką, empatyczną, delikatną, więc nie mieściło mi się w głowie, że może być taką perfidną osobą... Niemniej, poskładałam pewne fakty do kupy i wtedy zaczęłam niestety sama wierzyć, że to prawda na jej temat. Przede wszystkim to ona sama parę razy w życiu puściła jakiś dziwny tekst dot. bogatego męża. Ale byłam wtedy święcie przekonana, że robi sobie żarty, że to takie gadanie dla jaj, nie mieściło mi się w głowie po prostu, że mogłoby tak nie być. Niestety jak spojrzałam wstecz teraz na to, jak szybko zrobiła sobie to dziecko i jeszcze jak "ścigała" tego faceta niczym zwierzynę łowną... no i oczywiście to, co mówi bardzo bliska osoba o niej, tak na prawde osoba z jej rodziny (która nie ma powodu czegoś takiego wymyślać)... I jeszcze prosiła mnie jak mi powiedziała o tej ciązy na początku, żebym nikomu nie mówiła - a po co człowiek takie tajemnice by miał robić? [u]Chyba każda normalna kobieta by chciała całemu światu sie pochwalić, a nie jakieś tajemnice, jakby miała coś do ukrycia... Może to nic, ale po prostu kolejna dziwna rzecz. Tak więc mi sie to wszystko złożyło w pewna całość i musiałam stanąć przed tym faktem, że to prawda o tym "łapaniu męża", bo raczej mało prawdopodobne, że to nie jest fakt.[/u]

CHYBA ma prawo do decydowania, co chce powiedzieć PRZYJACIÓŁCE, a co "całemu światu".
A zajść w ciążę można po pierwszym razie.....nie wiedziałaś?


Zrozumiałam następnie, że ja nigdy tak na prawdę nie miałam okazji tej osoby poznać, skoro przede mną grała osobę delikatną, wrażliwą, dobrą... Ale to wszystko chyba musiało być tylko ładną maską, bo inaczej jak to wyjaśnić? Osoba wrażliwa, delikatnego serca, nigdy by czegoś takiego nie zrobiła! Poza tym jeszcze najpierw mi mówiła, że wyjeżdża za granicę dla zdrowia. Jakiś miesiąc czy dwa później (już widać zapomniała, co mówiła wcześniej) twierdziła, że głównym powodem był wyjazd na studia. W końcu się okazuje jednak, że studia były tylko chyba pretekstem, żeby być koło tego faceta (żeby on się nie zorientował, że ona tam pojechała do niego tak na prawdę). Bo kiedy ją pytałam jakiś czas temu kiedy studia się jej kończą, to ona powiedziała, że musi być na studiach dopóki jej mąż (ostatecznie sie pobrali, na miesiąc przed porodem) zakończy swoje sprawy z zalegalizowaniem pobytu. Tak mi to wyglada więc, że studia sa tylko środkiem do celu, bo dzięki nim ona może legalnie przebywać z mężem. Myślę więc, że mnie okłamała, jakoby jej celem wyjazdu było zdrowie lub studia, bo to tylko były preteksty, a o prawdziwym powodzie ("łapanie męża") mi nie pisnęła. Nie chciała mi pokazać kim na prawdę jest, jakie ma wratości (materializm) i że umie nieźle kombinować, manipulować ludźmi. Przed samym wyjazdem też żaliła się strasznie jak ciężko musi pracować w Polsce, jak też na dziurawe drogi, na stan pomieszczeń sanitarnych w pracy... Wyglądało to tak, jakby strasznie była niezadowolona z warunków ekonomicznych w swoim życiu (choć moim zdaniem nie miała aż tak wiele do narzekania, skoro w ogóle pracę miała i to w swoim zawodzie... ale to mało, ona widać chciała luksusów...). Kuzynka jej również powiedziała mi inną rzecz o niej. Że podobno bierze b. dużo pieniędzy od swojej matki.
(...) Ogółem jestem przerażona tą moją przyjaciółką - czy ja tą osobę kiedykolwiek na prawde znałam?(...)

Myślę, że tak naprawdę, to obie SIĘ NIE ZNAŁYŚCIE!
I jakie masz PRAWO do tego, żeby żądać, aby ci WSZYSTKO mówiła?
ŻADNEGO!!!


(...)nie była nigdy moja przyjaciółką... Ani ja jej. Byłam przyjaciółką swoich złudzen, a nie rzeczywistej osoby :-( Teraz zostałam sama, złudzenie sie rozmyło, a prawdziwa Magda napawa mnie strachem... Wydaje mi się być osobą bezwzględną, dbającą tylko o siebie, o to, żeby sie "ustawić". Nie myśli przy tym o mężu, nie myśli o matce (którą rzekomo tak strasznie kocha, ponad życie wręcz - mówiła tak wiele razy), mam nadzieje chociaż, że o tym biednym malutkim dziecku jakoś więcej myśli i kocha chociaż je... :-|(...)

Skąd te czarne proroctwa?????
Skąd PEWNOŚĆ, że nie dba o męża, o dziecko - o swoją rodzinę!

Myślałam, ze Madzia to właśnie taka druga melancholiczka jak ja, że mnie rozumie, wie, co czuję, bo ma podobny charakter i że może nie mówi wiele o sobie, ale to, co mówi, to wszystko szczerze... Zdaję sobie też teraz sprawe, ze nie powinnam była jej naciskać wtedy, żeby więcej do mnie sie odzywała, ale tak bardzo sie samotna czułam, może przez to sie ode mnie odwróciła? I potem nie chciała nawet powiedzieć o tym mężczyźnie... Chociaż chyba i tak by nie powiedziała, bo kto by powiedział wprost, że... sprzedał się (nazwijmy rzecz po imieniu):-|

Szczerość za szczerość: to co o niej napisałaś, w tym dłuuuugim poście, to....... KOŁTUŃSTWO!!! A szczególnie świadczy o tym, to ostatnie zdanie.
Nazywając rzecz po imieniu.

Ona ma męża, dziecko, a Ty?
Żyjesz wspomnieniami o "przyjaźni", zamiast budować swoje życie.
Jawisz mi się osobą, która bez niej, bez MAGDY, tak naprawdę nie może samodzielnie egzystować.
Żyłaś jej życiem, wtapiałaś w nie swoje emocje, wyobrażenie.....a ona żyła po swojemu, nie po TWOJEMU!
Nie widzę w tym nic złego, abstrahując od tego, czy jest to prawdą, co o niej tu wypisujesz i nie chodzi mi o fakty, ale o intencje jakie przypisujesz jej przedstawiając te fakty.

Dalej już nie czytam, bo w sumie piszesz na jedną modłę.
To tyle!

12 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2014-06-08 01:39:10)

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

O właśnie, tutaj muszę zgodzić się z żyworódka, zapomniałam tego dopisać. Mijacie się, to nie była jakaś silna relacja, skoro ona tak zbywała, nie przyjeżdżała jak mogła, okazała się inna niż myślałaś. Jak pisałam - rozeszło się i nie powinnaś się winić. Przyznam jednak, że podobnie jak napisała żyworódka] przesadzasz z tym, że powinnaś wszystko wiedzieć o jej życiu. Jak pisałam Ci ja i moja przyjaciółka możemy na sobie polegać, zwierzamy się, ale też mam rzeczy, których jej nie mówię czy ona mi pewnie też. Ja potrzebuję czegoś takiego, zawsze mam coś czego nie mówię nawet chłopakowi czy przyjaciółce. Nic wielkiego, ale chodzi mi po prostu o to, że to nie powinno być spowiadanie się ze wszystkiego, mówisz co chcesz mówić, a potem nie powinno być pretensji. Tutaj więc faktycznie za bardzo ją rozliczasz  z tego co mówiła, a co nie. Rozumem Twoje rozżalenie, ale pod tym kątem też przemyśl to.

No faktycznie się rozpisałaś smile Mam nadzieję, że nie pogniewasz jak odniosę się ogólnie, nie do wszystkiego. Zmęczona jestem, a tekstu dużo, więcej mogę odnieść się jutro smile Widzisz, zgadzam się, nie ma co też aż tak analizować, ale dla mnie też są o wiele ciekawsze tematy niż o facetach. Właściwie to o facetach rzadko gadam z przyjaciółką, gadamy, ale na pewno nie jest to dominujący temat. W sumie o chłopak to często gadałam w gimnazjum, ale to chyba taki wiek i tak to się przeżywa bardzo, więc to usprawiedliwione, że wtedy tak z dziewczynami o nich nawijałam tongue Teraz, no może nie mam wielkich pasji, ale jest wiele tematów, które wolę o wiele bardziej smile Mam nadzieję, że ok, tutaj dużo piszesz, ale przez telefon dałaś dojść do głosu? tongue Żartuję, ja też dużo piszę, gadam, gaduła ze mnie, ale do głosu dam dojść smile Widzisz, no tak, to kolejna rzecz Was dzieliła, skoro byłyście tak inne. Na dłuższą metę, to sama byś zobaczyła, że by nie zdało rezultatu. Nie trzeba być bardzo podobnym do siebie, ale lepiej też nie aż tak różnym. Ona może napytać sobie biedy, skoro tak tylko faceci w jej głowie no i zaszła w ciążę tak szybko z jakimś. No trudno, jej życie, lepiej to odpuść powoli, bo szkoda energii, serio smile

Czasem człowiek nie zauważa, ale na takie rozmyślania traci zbyt wiele energii, którą można spożytkować inaczej. Sama często tak miałam. Wiadomo, przemyśleń jest wiele, ale nie ma odpowiedzi pewnie na wszystkie te pytania, ciężko powiedzieć. Powoli się od siebie, oddalałyście, jesteście różne i w sumie tyle. Wiadomo, że to boli, ale niestety, tak musiało być. Jak najbardziej życzę Ci odnalezienie osoby, z którą będziesz świetnie się dogadywała, która nie będzie Cię zbywać. Olewanie, zbywanie to chyba wręcz najgorsze co może być. Ja zawsze wolę szczerość i na nią stawiam, ale widzisz, wielu ludzi jest tchórzliwych i potem wychodzą takie "kwiatki". Nie ma co przesadnie tracić na nich nerwów, trzeba zostawić to za sobą. A teraz widzisz nie odzywasz się, a ona trochę zaczęła, ale sądzę, że to na krótko. Sama widzisz, że Wam nie po drodze. Nie ma co na siłę utrzymywać przyjaźni, byle ktoś był. Wiadomo, to sztuka trafić na dobrą osobę chyba teraz, ale jest możliwe. Przesyłam dawkę pozytywnego myślenia wink A na razie kończę, bo zaraz padnę na biurko ze zmęczenia i taki będzie finał hehe tongue
Dobrej nocy smile Jutro jeszcze coś napiszę tutaj Ci smile

13

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

dzięki znowu za odpowiedzi i za cierpliwość w czytaniu ;-)
Żyworódko, z tym jątrzeniem żali to mi chodziło, że nie jątrzę tych żali do niej, a nie w sensie, że w ogóle. Na forum własnie weszłam tak trochę pojątrzyć, heh, no bo chyba troche od tego też i ono jest (w końcu anonimowo to robię, żeby sobie troche ulżyć, a nie kogoś obgadać na przykład, no a poza tym jak ktoś nie chce czytać, to przecież nie musi:-)
Z tym mężczyzną to tak troche chyba nie wyraziłam sie rzeczywiście dokładnie o co mi chodziło. Podałam tu jej nie mówienie mi o nim nie jako powód mój do obrazy (broń Boże), tylko jako jedną z poszlak świadczących, że coś ukrywała jednak. Bo o wcześniejszych panach mi mówiła i wcale jej za język nigdy nie ciagnełam w tym względzie. Że o, juz, zaraz, musi koniecznie mi powiedzieć co i z kim... Raczej nie wnikałam jej w takie rzeczy, zresztą jak pisałam już, nie jest to mój jakiś ulubiony temat do rozmów, czy coś. Wczesniej jednak sama mówiła, jeśli kogoś zapoznała, a tu nagle jakaś wielka tajemnica... Chciałam przez to więc ukazać, ze to jednak było coś do ukrycia u niej, jakby wiec jedna z poszlak, że jednak prawdę mówiła jej kuzynka o jej takim rozmyślnym planowaniu, że sobie po prostu złapie bogatego męża. Taka drobna rzecz, ale po prostu też jakoś pasuje do tego i temu o tym napisałam, aby potwierdzić, że np. to nie było fałszywe pomówienie jej przez kuzynkę.
A czemu w to wnikałam? - Bo chciałam poznać kim ona na prawdę jest. Bo nie wyobrażałam sobie wcześniej, że mogłaby tak na zimno planowac ustawienie sie i w ogóle że byłaby w stanie o pieniądzach myśleć, bo zawsze mówiła, że jest bardzo osobą wrażliwą i szlachetnych pobudek, a to mi nie pasuje jednak zachowanie do wrażliwej osoby... Tzn. kombinowanie wyrachowane nie zgadza sie z wrażliwością, no. Chciałam wiedzieć po prostu z kim sie przyjaźnię, bo to akurat nie jest jakaś sprawa drugorzędna jakie ktoś ma podejście do moralności (tj. oszukania człowieka, bo o tym jest właśnie mowa, mężczyzna ten nie wie wcale, że ona niekoniecznie z czystej miłości z nim jest, tylko wierzy w szlachetne pobudki, więc to ja nie uważam za postępowanie osoby wrażliwej i myślącej też o innych ludziach...) Co za tym idzie, wyszło na to, że nie znałam jej do końca, skoro tego typu zachowanie było mi zupełnie czymś dla niej jakby obcym, dlatego, że po prostu ona tak siebie kreowała, mówiła sama o sobie, że jest bardzo wrażliwa, delikatna, że ma "zbyt dobre serce" dla ludzi i jakieś takei słowa mniej więcej sobie przypominam. Skoro nie zgadzają sie słowa jednak z zachowaniem - to chyba logiczny wniosek, że ten ktos nie mówi prawdy o sobie.
O tym robieniu tajemnicy z ciąży, to tak samo dokładnie jak powyżej, podałam to jako kolejną poszlakę, że znowu coś ukrywała. Bo oczywiście ja z początku nie chciałam wierzyć, że ona tak mogła z tym mężczyzną sie zachować, wiec chciałam znaleźć w jej zachowaniu czy bedzie jakieś potwierdzenie, czy raczej nic takiego i dlatego tak strałam sie zebrać fakty jak ona sama sie zachowywała, a nie tylko co inni o niej mówią. Dlatego to wszystko wypisalam - na potwierdzenie, ze jednak to musiała byc prawda, biorąc wszystko w kupę, bo może drobiazgi rzeczywiście jakby patrzeć pojedynczo, ale w tej sytuacji to coś za dużo tych drobiazgów nagle... Więc raczej uważam, że nie można tego podważyć, że zrobiła, jak zrobiła. Chciałam, żeby inne osoby, co czytaja ten post, też to widziały i o to mi tylko chodziło.
Nie żądałam też wcale, zeby mi mówiła o sobie WSZYSTKO, ja tylko chciałam, by mówiła rzeczy WAŻNE, np. jakimi wartościami w życiu sie kieruje (co z tym idzie kim na prawde jest i na czym jej zleży). Bo dla mnie na tym sie rownież opiera przyjaźń, że dwie osoby wiedzą o sobie rzeczy tego typu, czyli rzeczy te WAŻNE, a nie ukrywają je przed sobą, pokazując się od innej strony, a nie od tej prawdziwej...
A te "proroctwa czarne" skąd - po prostu z logiki. Jeśli kobieta oszukuje mężczyznę już na wstępie związku, to nie uważam, że specjalnie myślała tu o nim, ale bardziej o sobie. Podobnie, jeśli kobieta dorosła nie ma oporów zabierać matce, kobiecie niemłodej już, sum pieniędzy niemałych, bez wyraźnej potrzeby - to również nie wydaje mi sie, ze myślała tu o matce (choć tam w drugim poście jeszcze napisałam, ze po prawdzie to mogło nie byc tak do końca czarno-białe akurat z matką, bo matka sama była zamieszana w to trochę, jako, że wymyśliła ten pomysł aby sie córka jej ustawiła i też dlatego pieniędzy potrzebowała, aby mogła tam na jakiś czas zamieszkać i "zakręcić się" koło "odpowiedniej partii"). Natomiast co do dziecka to chyba zupełnie nie przeczytałaś tego, o czym pisałam... :-| Ona twierdzila, że jest chora i leki zaszkodzą dziecku, a jednak zdecydowała się w tej sytuacji na dziecko, bo akurat miala okazję złapać dobrą partię, więc co tam zdrowie dziecka... Poza tym nie zaplanowała dziecka samego w sobie, ale żeby mężczyznę postawić przed sytuacją, ze ona jest w ciąży i żeby z nią się ożenił (aczkolwiek to dla mnie b. ryzykownie postąpiła, bo znalazłoby sie wielu, którzy by się wcale ciążą nie przejęli, lecz ją zostawili jako samotną matkę, ona jednak widać zaryzykowała - i tu również widzę nie liczenie sie z dzieckiem, bo żadne chyba nie chciałoby bez ojca sie wychować i jeszcze może w biedzie, jakby np. alimentów nie mogła dostac, czy cos). Więc też nie widzę tu myślenia na 1 miejscu o dziecku, ale poslużenie sie dzieckiem do innego celu (wlasnego dobrobytu materialnego SWOJEGO). Oczywiście jakaś tam szansa jest, że nagle zmieniła podejście, może np. jak zobaczyła realne dziecko już urodzone, to teraz już jest dla niej na 1 miejscu to dziecko - no to tego w sumie nie wiem, czasem rzeczywiście po narodzeniu inaczej kobieta robi, bo pokocha to dziecko bardzo, jak je zobaczy. Jednak patrząc jak myślała o nim wcześniej, zwyczajnie sie pojawiła we mnie obawa, że ona może już taka jest, że mało myśli o innych. Ale tutaj może masz rację, mogła się trochę zmienić, może lepiej w to wierzyć, że to uczucie do dziecka zwyciężyło na ten moment (czego bym bardzo jej i temu dziecku życzyła, raczej żadne dziecko by nie chciało być dla matki nr 2, za pieniędzmi...)
Nie wiem, żyworódko, ale wydaje mi się, że jednak nie przeczytałaś dokładnie mojego postu i dlatego zrozumiałaś moje słowa opacznie... (Oczywiście jeśli zdarzyłoby się, że wciąż uważasz inaczej, to chętnie poznam jakieś konkretne argumenty Twoje na to, co Tobie tu odpowiedziałam, znaczy jak wyjaśniłam to, co napisałam, ale raczej chyba widzisz już, że troszke przeinaczyłaś moje intencje, a nawet nie tylko "troszke";-). Prawdopodobnie zresztą moja wina w tym, bo pisałam rozwlekle i mało tak idąc do sedna, a komuś postronnemu pewnie ciężko sie domyślić czemu ktoś np. pisze o czymś i jak to się wiąże z całą resztą.
Tylko też weźcie na to poprawkę, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i akurat dla piszącego jest to jasne wszystko i z kolei jemu ciężko sie postawić w roli czytających, że gdzieś coś trzeba może jaśniej, a tam mniej rozwlekle, a w innym zas miejscu może dokładniej dla odmiany :-)

truskaweczka19 - Ty też przeczytaj powyzej, co tłumczylam Żyworódce, dlaczego pisałam o tych dwoch przemilczeniach Magdy, bo nie temu, ze samo w sobie tak mnie to ubodło, że sie tu żale na to samo w sobie, ale po prostu chciałam tylko pokazać, że coś było na rzeczy i że wszystkie poszlaki wskazywaly, że coś ukrywa i że zrobiła, jak kuzynka powiedziała, więc nie mogłam w tej sytuacji dłużej jej wybielać... (do tego dodając jeszcze pare innych oczywiście takich poszlak, a przede wszystkim to nie pamietam czy o tym pisałam, ale ona SAMA kiedyś wspomniała cos o "bogatym mężu", lecz ja to brałam dawniej jako takie żarty... no ale niestety tu wszystko sie teraz zgadza - bo za dużo tego ukrywania - i ukrywała powód wyjazdu, i że kogoś poznała, i na koniec przed częścią znajomych tą ciążę, więc to jakoś za dużo tego po prostu, oraz bardzo szybko właśnie była w tej ciąży (a ona nie z tych, co sie nie umią zabezpieczyć i zresztą sama dawała do zrozumienia mi w rozmowie, ze nie byla to wpadka). Ale oczywiście każda z tych rzeczy z osobna i w innej sytuacji by mnie nie dziwiła, czy nie denerwowała, to tak dziwnie troche, ze wy nie zrozumiałyście w ogóle o co mi chodziło, heh, pewnie pisałam rzeczywiście jakoś mętnie strasznie;-)
Normalnie przecież jej tak nie rozliczałam, wręcz przeciwnie... Jak wy sobie to wyobrażacie, że tyle lat bym ja tak rozliczała z każdego słowa...? Przecież w tym jest właśnie widoczne podkopane zaufanie, ze musialam sie uciec do bacznej obserwacji jej i jej zachowania. Usłyszałam o niej przecież wtedy jeszcze i to, że kłamie i manipuluje ludźmi, więc też cieżko w tej syt. z kimś mówić wprost, bo znowu może okłamie, a poza tym ja nawet chcialam z nią jeszcze wtedy pogadać, ale ona sie umówiła na rozmowe wtedy co miałam o tym z nią pogadać własnie i dzwoniłam 2 dni z rzędu, a ona nie odbierała (ale nie wiedziaała, ze chciałam o tym, wiec raczej nie specjalnie nie odebrała, moze wyszła, czy cos), a potem sie już okazało, że ciąża i już nie chciałam jej nerwów robić, zeby ona sie nie zdenerwowała i dziecku nie zaszkodziły takie nerwy... Więc wtedy przeanalizowałam jej zachowanie po prostu, czy zachowanie jest spójne ze słowami, bo mnie to jednak nurtowało, ale nie chciaałam jej ocenić tylko na podstawie czyichś słow, nawet bliskiej osoby. I wydaje mi sie, że (chyba?) nie przesadzam, że tutaj było to zachowanie jej takie lekko dziwne, choć oczywiscie jakby nie te podejrzenia, to by mi sie nic nie wydawało pewnie dziwne... Tylko co w sytuacji, kiedy osoby z jej rodziny mówią o niej takie rzeczy, jeszcze dodam, że nie tylko to była kuzynka, bo druga osoba, które obie osoby nie mają żadnych powodów żeby nas skłócić, wręcz przeciwnie nawet, bo chyba o rodzinie sie nie rozpowiada że ktoś dla kasy złapał męża :-|
truskaweczka, jeszcze odnośnie telefonu ;-) Wiem, ze to żart był z Twojej strony, ale jak już o tym mowa, to możesz mi wierzyć, ale ja sie wyżywam wyłącznie pisarsko, natomiast w rozmowie nie jestem stroną dominującą (no chyba, ze już trafie na jakiegoś kompletnego mruka, ale tak na prawde to też nie jest wcale przyjemne samemu ciągnąć rozmowę i bynajmniej czegoś takiego nie lubię. A  pozory mogą bardzo mylić, znaczy to, ze tu sie dużo rozpisuję mam na myśli;-)
Ja też uważam, ze gadanie o facetach jest fajne w pewnym wieku i zresztą w każdym jest fajne, byle z umiarem. Więc tak napisalam troche sobie na pociechę, że może nie ma też tak bardzo czego żałować, bo jednak to nie do końca te rozmowy były zawsze satysfakcjonujące (i wcale nie wiadomo, czy dla niej też, bo może jak mnie nudził kolejny raz walkowany temat faceta, tak może i ją nudziły jakieś moje ogólne przemyślenia filozoficzne, czy cos, he, he, kto wie, choć zawsze mi powtarzała, ze to najciekawsze co może byc, ale kto wie czy nie dla zrobienia mi przyjemności tylko tak mówiła, no tego nie wiem wlasnie teraz, bo dawniej zwyczajnie wierzyłam we wszystko, a teraz już sie zastanawiam gdzie ta prawda była, a gdzie nie...)
Że napytać sobie mogła biedy z ciążą, to ja właśnie sie bardzo martwiłam. Dopóki sie nie dowiedziałam, ze sie pobrali, to byłam też niespokojna, bo jednak wielu by było panów nieodpowiedzialnych, co by ją zostawili po prostu. Akurat trafiło na porządnego, więc tym lepiej dla niej i dla dziecka. Teraz to nawet bym rzekła, że nie biedy sobie napytała, ale bogactwa ;-)
Wiem, ze trzeba temat odpuścić pomału i tak sie właśnie szykuję do tego... Naszedł mnie głównie temu, bo ma urodziny za 3 dni i tak juz troche z wyprzedzeniem sobie przypomniałam, ze niedlugo te urodziny, to zaczęłam myśleć, ech, no i tak... Normalnie to miałam też okresy, że mnie takie myślenie nachodziło, a potem sobie dałam spokój, ale czasem takie tematy lubią jakoś wrócić, nawet już sie zdaje, ze nie wrocą, a tu coś o tej osobie przypomni i znowu jakiś sentyment dawnych dni sie odezwie i takie zdziwienie co sie stało z tą osobą, którą sie znało, czy to ta sama, czy jednak inna (bo tamta była może iluzją...)
Cóż, dla kogoś może to wyglądac, że niczym innym nie żyję, ale to nie prawda. Normalnie sie zajmuję sprawami swoimi, tylko że nie mam z kim jednak czasem pogadać, a troche mi to leży na sercu, no to napiszę wtedy tu na forum. No a wiadomo, człowiek też nie chce obgadywać danej osoby, bo co innego anonimowo, a co innego robić ferment jakiś realnie, co przecież dobre nie jest. Tak, że ja takim osobom, co Magdę znają, to oczywiście ani słówka, z rzadka mam z kuzynką jej kontakt tylko, ale raczej staramy sie nie schodzić bez potrzeby na ten temat (obawiam sie, że kuzynka nawet chyba gorzej to przyjela, niż ja, znaczy powiem szczerze, dość wrogo sie nastawiła do niej po tym, więc ja nie chcę jej denerwować też i nie pytam sie raczej o nic już, żeby to jakoś poszło troche w niepamięć pomału).
No nic, w każdym razie dzięki za odpowiedź, śpijcie dobrze smile
Może jutro też wpadnę, to przeczytam jeszcze czy mi cos napisałyście... Ewentualnie jakbyście myślały, ze moze lepiej zakonczyc ten wątek, bo nic nowego nie bedzie, to też dajcie znać :-) (Nie chciałam w sumie zaśmiecać jeśli to są takie wg was jakieś bez sensu tylko żale i nic więcej...)
Też fakt, że jestem nieco samotna czasami, jednak nie tak łatwo sie zaprzyjaźniam, raczej mam skłonność przyjaźnić sie latami, jeśli już kogoś obdarzę tym zaufaniem, dlatego tak mi też żal, jeśli to potem coś nie wyjdzie. Myśle, że osoby, które mają dużo znajomych, to może tego nie rozumieją, ale niektórzy jednak wolą mieć tych np. 2 lub 3 ale takich, że by sobie dał rękę uciąć za tą osobę, jak to sie mówi... Tylko potem bardziej boli własnie, jesli to sie sypie, no po prostu, włożyło sie w to sporo serca, a tu sie okazuje to wszystko dość złudne, no to potem ciężko sie przestawić.
Ale oczywiście pomału kończę, tylko chciałam wyjaśnić, żeby nie było jednak nieporozumień smile

14 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2014-06-08 04:11:47)

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

Jednak jeszcze nie zasnęłam, więc odpiszę, ale nie odpiszę za długo, bo na pewno już niedługo oczka naprawdę się zamkną i zasnę w końcu tongue
pani wiosno, już rozumiem smile Faktycznie teraz wydaje mi się, że mogłam źle zrozumieć Cię i nie o to chodziło. Ja też mam parę koleżanek, na palcach ręki policzyć i tę przyjaciółkę. Nie dlatego, że nie chcę, bo chcę mieć więcej znajomych, ale często a to ktoś urywa kontakt, a to coś i wtedy okazuje się, że np chyba tylko mi zależało na znajomości. No, ale i tutaj coś ruszyło, poznałam z niecały rok temu taką dziewczynę z forum i czasem się spotykamy, fajna koleżanka, tutaj się udało smile No ja mam wrażenie, że teraz ludzie tak naprawdę się alienują, przykład nawet tu na forum, gdzie pisali, że chcą się spotkać, a potem pisze, że ja też, proponuje termin i cisza, czyli jeden post, że niby chcą się spotkać, a potem cisza. Bez sensu dla mnie. No albo że chcą z kimś popisać, a potem jeden mail i piszą, że jednak nie, bo brak czasu. Bez sensu też, bo jakbym m nie odpowiadała np jako osoba, to raczej by to wyszło po więcej ilości maili, a nie po jednym mailu. No więc to po prostu najwidoczniej niezdecydowanie tych osób. Niby chcą poznać kogoś, a tak naprawdę nie chcą, kołomyja tongue

Rozumiem, że trudno jest stracić relację, ale cóż, niestety zdarza się. Współczuję, wiesz o tym. Rozumiem, że to boli, gdy uważaliśmy kogoś za przyjaciela, a jednak tak nie jest. Wyszło, że tak naprawdę nie znasz dobrze Magdy, ale też nie mów tak, że na pewno dla kasy itp. Skoro okazało się, że dobrze jej nie znasz, to i to nie jest wiadome. Różnie może być. Rozumiem jednak już, że chciałaś wiedzieć kim naprawdę jest Twoja przyjaciółka, dlatego nam to tak dokładnie opisałaś. Tutaj przyznam Ci rację, jeśli o aż tak ważnych rzeczach w życiu przyjaciela się nie wie, to generalnie nie jest raczej to silna więź. Jak pisałam nie wszystko raczej mówimy sobie z przyjaciółką, ale ważne rzeczy raczej tak. Bez żadnego naciskania, ale wiadomo, jeśli Ty sama widziałaś, że macie rzadko kontakt, słyszałaś rzeczy, które w dużej mierze okazały się raczej prawdą, to zrozumiałe, że chciałaś się dowiedzieć co jest prawdą a co nie.

No właśnie, jak ludzie udają w relacji jak Magda robiła może, to wydaje się być może, że wszystko jest ok, że rozmowy są fajne, ale to wtedy takie sztuczne. Teraz już wiesz, że to nie było fajnie, że jakbyście spędzały więcej czasu, to pewnie wręcz byście się ze sobą trochę nudziły. Może kiedyś miałyście więcej wspólnego jako dzieci czy nastolatki czy coś, ale potem mogło się to zmienić, tak przecież bywa. Czasem przyjaźń dziecięca i okazuje się bardzo trwała, ale czasem po prostu drogi się rozmijają, ludzie się zmieniają i może się to rozpaść. Przykre, ale czasem tak bywa.

A i jasne, rozumiem, że chcesz się tu wygadać. Pomocne też pewnie dla Ciebie byłoby pisanie pamiętnika. Ja w sumie już teraz nie piszę, ale pisałam. Gdybym teraz poczuła potrzebę, to też bym pisała. Teraz nie dzieje się nic takiego, gdybym czuła potrzebę, ale gdyby tak, to pewnie, że tak. Jesteś pewnie wrażliwą osobą, ja też taka jestem i absolutnie się tego nie wstydzę. Ogólnie emocjonalna jestem dosyć. Łatwo się wzruszam też na filmach tongue A emocji wiadomo, że nie warto dusić w sobie, więc dobrze, że tutaj piszesz. Mam nadzieję, że czujesz się choć trochę lżej smile

No to jeszcze raz dobranoc i teraz zmykam już naprawdę smile

15 Ostatnio edytowany przez pani wiosna (2014-06-09 01:09:45)

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

Dzięki truskaweczka za poświęcenie czasu na przeczytanie tego co pisałam i za to, co pisałaś Ty też dziekuje smile
Wiesz, ja bym bardzo nie chciała myśleć o niej tego, co myśle, że poleciała na pieniądze, ale fakty są faktami. Chociaż nie mówię, że jedynie pieniądze, bo może jednak coś ja też ujęlo w tym mężczyźnie, mimo wszystko to był jednak cały plan matrymonialny, od początku do końca zaplanowane i przeprowadzone, bo ona już tam w tym celu pojechała po prostu, dla "łapania frajera", no i cóż - sama tego nie rozumiem, ale za dużo sie zgadza w tej historii, jak też nikt nie miał interesu jej oczerniać. Ale dzisiaj myśle pozytywnie bardziej i pomyślałam, że może mimo wszystko sie ta historia Magdy zakończy szczęśliwie i dobrze dla niej, i jej rodziny, bo może mimo jej pobudek początkowych, to jednak ostatecznie zakwitło tam prwdziwe uczucie i że więcej nie będzie oszukiwać tego człowieka... Chociaż jednak nie do końca to mi sie wydaje tą bardziej prawdopodobną wersja rzeczywistości, no ale cóż, miło by było tak myśleć, więc może się połudzę tym trochę dla odmiany ;-) Zreszta życie pisze różne scenariusze, więc ja sie nie upieram, może i historia sie zakończy happy endem, co by mnie bardzo cieszyło. Jednak ogółem wydaje mi się, że nie ma co sobie mydlić oczu, że ona taka nie jest, że jak mówiła o sobie jako o takiej wrażliwej, delikatnej osobie, to niestety gdybym dalej w to wierzyła, to by było sprzeczne z tym, co widzę w rzeczywistości. Tak, ze chyba już wolę się z tym pogodzić, że to nie ulega wątpliwości (choć wiadomo, 100% pewności nie ma, ale jak dla mnie to z 99% będzie, bo sie za dużo wszystkiego zgadza tu, a głównie jej samej słowa, bo oczywiście ktoś inny mógł jednak skłamać, ale ona sama gadała kiedyś o bogatym mężu, a tego juz nie da sie podważyć, co sama o sobie powiedziała).
Myślę też, że może wyszlo tak, że sie bardzo żale na nią, temu, bo po prostu to taki troche mechanizm obronny mój, że np. sobie zaczełam przypominac różne takie właściwie pierdoły, np. że czasem nudno nam się rozmawialo, albo mi rzadko odpisywała, czy coś w tym stylu. Co oczywiscie samo w sobie jest takim tylko "pikusiem", ale tak starałam sie nagromadzić jak najwięcej takich rzeczy, żeby sobie wspomnienie o niej jednak obrzydzić, bo bałam sie, ze znowu dam się jej nabrac, zmanipulować i znowu będzie mi przykro, jak wyjdzie coś innego, niż ona mi mówiła... Ja to jednak przeżywam czasem nawet i takie dość drobne rzeczeczy, że np. ktoś mi coś obieca, a potem tego nie robi. No nie powiem, bo było mi jednak przykro, jak mi coś obiecywała po kilka razy, a potem zupełnie jakby tematu nigdy nie było. A z tym mężem to w ogóle był szok dla mnie i też miałam jakieś nerwy. Więc nie chciałabym znowu sie nakarmić złudzeniami, zbudować sobie nową iluzję, jaka to jest cudown osoba - bazujac na podstawie jej słów i miłego sposobu bycia. Jednak nie można sobie oczu mydlić, bo potem się cierpi tylko. Choc właśnie z drugiej strony to wiem, że te niektóre rzeczy nie mają dużego znaczenia, ale sobie przywoływałam po prostu, aby sobie obrzydzić ta osobę i utrzymać nieufność do niej, i krytyczne myślenie, a nie dać sie robić w balona. Tak myśle, że też temu po części troche powywlekałam szczegółow, może sie podświadomie tak broniąc.
I myśle sobie, że najlepiej by sie stało, gdyby każda z nas poszła jednak w swoją stronę. Wtedy ja bym mogła o niej nawet mysleć bardziej ciepło, wspominac te dobre chwile, bo było ich troche i jest co wspominać też dobrze... Jak nie będę musiała sie juz bronić przed jej manipulacją, to myślę, że tak sie też wewnętrznie wyciszę bardziej, temat sam zaniknie i odejdzie. Szkoda właśnie, że ona tak nie dała temu odejść, kiedy widzi, że ja się zrobiłam całkiem na dystans. Ja się bałam jej powiedzieć tego, żeby do mnie już nie dzwoniła, bo najpierw była w ciąży, bałam sie więc troche reakcji, żeby sie zbytnio nie przejęła, czy coś (choć nie wiadomo czy by sie przejeła, może dalej po prostu nie moge przestać jej traktowac jako tej delikatnej, wielce wrażliwej osóbki, a tak mi ten obraz jej - hiper delikatnej - w głowe weszedł, że ciężko się przestawić...). Teraz już urodziła z kolei, ale też znowu sie obawiałam, czy nie zacznie za dużo wypytywać o powody, bo nie chciałabym żeby sie dowiedziała, ze osoba, której bardzo, ale to bardzo ufa, z jej najbliższej rodziny, ją obgadała i że te jej brudy poszły w świat, że tak powiem... Nie wiem jak by zareagowała, może by sie załamała, a na pewno by to cieżko przeżyla (wiem na 100% że ta osoba jest dla niej niezwykle ważna i że jej niezmiernie ufa), a powinna myśleć teraz o maleństwie i mężu, a nie inne problemy mieć, jest w obcym kraju też, nie ma wiec do końca łatwo - no to po co jej to? Znaczy te nerwy i jeszcze ferment w rodzinie, ja nie chce jej tego mówić po prostu, bo myśle, że by to był cios dla niej spory. Nie tylko zaufała komuś z sekretami swoimi, wiec boli zniszczone zaufanie, ale do tego jeszcze wstyd dochodzi, że inni wiedzą, co w tajemnicy mówiła... Na pewno by to nie było dobre jej to wygadać więc. Ale dzisiaj tak mi przyszło do głowy, że właściwie to mogłabym jej powiedzieć wprost tylko to, żeby nie dzwoniła do mnie, a nie podawać tego głównego powodu, znaczy, że sie dowiedziałam jaka jest i mi to nie odpowiada. Bo to jest ten główny powód właśnie, no wyszło jaka jest, jakie ma wartości, że manipuluje, kombinuje i niestety ale nie dałam rady w tej sytuacji "zostać na posterunku" najlepszej przyjaciółki (bo żeby to choć od niej samej wyszło, pewnie bym to wybaczyła jakoś, no ale nie, więc ja też okazałam się być tą publiką dla niej- taki wniosek). Więc o tym nic nie chce mówić, co sie dowiedziałam, ale mogłabym jej podać przecież inny powód, a nie ten, no po prostu coś bardziej ogólnego, takiego w stylu: że nasze drogi już sie rozeszly, że sie za bardzo różnimy itp. Tez nie jest to kłamstwo przecież, choć jakby nie samo sedno ;-) Więc chyba tak zrobię. Źle na mnie jednak działały te jej telefony i to zastanawianie sie przy każdym słowie, czy to słowo jest prawdziwe, czy nie... Też sie nie czuję dobrze, jeśli nie jestem dla kogoś miła i np. ten ktoś do mnie dzwoni, a ja nie oddzwaniam. Myślałam, ze to bedzie jasny znak i czytelny dla Magdy, ale albo nie odczytała go, albo udaje, że nie odczytała. Tak czy siak, jak powiem wprost, to sytuacja bedzie jasna. Chciałabym ją móc właśnie dobrze wspominać, a nie ciągle sobie przypominać o tym "łapaniu męża" i innych kłamstwach, bo to nic miłego przecież... Więc muszę zakończyć ten kontakt, nawet jeśli ona nie chce, bo inaczej to cieżko żebym dobrze myślała i zapomniała. Bo tymczasem czuję, że muszę ciągle być w pogotowiu, czujna, żeby się jej nie dać wciągnąć w jakieś jej gierki. Tak, że taką decyzje podjęłam, choć byłam przekonana wcześniej, że ona sama zobaczy, że tylko od jej strony jest zainteresowanie od jakiegoś czasu już, to że przestanie, ale jeśli tak sie nie stało, to rzeczywiście nic już na przeszkodzie nie stoi, żeby powiedziec wprost - bo już nie jest w ciąży i poza tym jej to postaram sie powiedzieć grzecznie, bez pretensji, bez jakiegoś wypominania, czy coś. Mysle, ze ona raczej nie bedzie wypytywać o dokładniejsze przyczyny, bo chyba juz by wypytywała, jakby jej zależało na jakiejś głębszej relacji. A z takiej słabej to chyba sama zrezygnuje bez dużego żalu (a kto wie, może ona do mnie tak dzwoni, a też już sama nie ma ochoty, a np. mysli, ze ja sie uciesze, to też nie wiadomo, ale by było bez sensu, heh, i każdy by sie meczył tyle czasu niby tak dla dobra tego drugiego;-)
Tak, że dzięki za pogadanie ze mną, na pewno coś sobie jednak uporządkowałam lepiej w głowie dzięki temu i nawet czasem jak sie coś napisze, to sie lepiej widzi pewne rzeczy... Tak, pamietnik to jest też dobra opcja w sumie :-) Ja pisałam kiedyś, nawet to dość długo trwało, pare lat, ale bałam sie jednak, ze ktos znajdzie i przeczyta ;-) A np. o Magdzie to bym nie chciała, żeby ktos sie dowiedział więcej, to nic czym by sie mogła pochwalić, lepiej niech moja rodzina o tym nie wie, a tam u niej też nie kazdy wie, tylko te 2 osoby. To było tak dokładniej, że ona w zaufaniu powiedziała jednej osobie ze swojej rodziny, a ta do kuzynki i ja wiem jakby jako trzecia w "łańcuszku" ;-) Ale kuzynka twierdziła, że to tylko mnie powiedziała, więc mam nadzieję... Bardziej tamtą pierwszą osobą, najbliższą Magdy, bym sie martwiła, bo to bardzo jednak źle miec taką osobe, której ktoś ufa, a ta osoba to dalej mówi... Ja przynajmniej jak Magdzie cos mowiłam, to ona nie powtarzała. Więc współczuje jej i też sie troche obawiam, żeby do jej męża to nie doszło, no ale to już w sumie na ten moment nie jest moja sprawa, tak tylko pisze na zakończenie tego tematu, jak to dokładnie było... Może jednak własnie, nie ma co snuć tych "czarnych wizji" tylko pomyśleć pozytywnie, może jednak to sie wszystko skończy dobrze tam. Ważne w sumie, że dziecko zdrowe i mają za co żyć, i chyba on sie nie dowie nigdy niczego, pewnie ona go na swój sposób kocha i na pewno dziecko kocha, bo jak urodziła fajne ładne dziecko, to nie wierze, ze by go nie kochała. Więc może to rzeczywiście nie ma problemu i ja nie musze sie o nią już martwić. Jeszcze jest we mnie to przyzwyczajenie, bo jednak starałam sie dbać o nią też, w sensie np. miała jakiś kryzys, to podnieść ją na duchu i sie ogólnie interesować, i jak np. głupio robiła, to też jej mówiłam wprost, że źle robi... To taki już nawyk mi został troche myślec co u niej, ale to tak widze, że z czasem wszystko zanika jednak, żeby nie te jeszcze telefony od niej, to by szybko szło chyba...
Fajnie, już sie nie przejmuję tym jakoś, po prostu sobie coś postanowilam i rzeczywiście, trzeba pożegnać taką znajomość, podziękować za to co dobre, zapomnieć trochę o tym złym i to chyba będzie dla obu stron najlepsze. Bo też mi sie tak nie wydaje po prawdzie, że to też i dla niej takie fajne, żeby do mnie dzwoniła, a ja bym ją tak dalej olewala... Tak, że to czuję dobra decyzja, jakby ona jeszcze zadzwoniła, to spróbuję to zrobić tak grzecznie, nie wypominając nic, wyjaśnić po prostu tak, żeby sama to zrozumiała, że nasze światy to już zupełnie na innych orbitach, każda ma inne cele w życiu, inne wartości, a poza tym ona planuje zdaje sie na całe życie juz zostać za granicą, więc to też poniekąd naturalne, że zostawila przeszłość w Polsce, a mnie jako część tej przeszłości... Powinna znaleźć znajomych na miejscu. Ogółem to nic bym nie miała przeciw takiej przyjaźni nawet tylko przez telefon, ale jednak tutaj to za dużo już nas dzieli.
No to na razie, zmykam, bo dziś strasznie sie zasiedziaalam przy kompie tongue

16 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2014-06-09 02:51:37)

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

No może i jest tak jak piszesz. Nie znam jej, ciężko powiedzieć. Nie jest jednak dobre jak żyjesz w takim zawieszeniu, dużo o niej rozmyślasz czy leci na pieniądze czy nie, czy kocha męża czy kocha dziecko. Wiadomo, nadal jest Ci bliska mimo wszystko, ale może po prostu spróbuj pomyśleć, (co jest przecież prawdą), że przecież jest dorosłą osobą, podjęła takie a nie inne decyzje, więc jeśli jest dla kasy to jej sprawa, jeśli nie jest to też jej sprawa, to czy kocha dziecko czy nie, to nie ma sensu aż tak daleko wybiegać. Nic to nie dla według mnie. Myśli są nieuniknione jak ktoś jest ważny dla nas, ale warto sobie tak przetłumaczyć, że to jest dorosła osoba i NIE JESTEŚ przecież za nią odpowiedzialna, więc jak nawarzy sobie piwa, to jej problem. Co innego jakby naprawdę była przyjaciółką, to ok, ale skoro Wasze drogi się mijają i raczej nie ma sensu utrzymywać kontaktu, to w takiej sytuacji powinnaś zrozumieć, że nic nie jesteś jej winna. Jak zadzwoni, to oczywiście warto powiedzieć, że po prostu Wasze drogi się mijają, że nie bardzo widzisz ten kontakt. No, ale pisałaś, że ostatnio dzwoniła 3 miesiące temu tak? To dość dawno, ale wiadomo, znać lepiej dać, by wszystko było jasne. Na pewno ta relacja kosztowała Cię wiele, a sama widzisz, że to jednak raczej nie przyjaźń, jesteście daleko od siebie, wiele Was już nie łączy, mijacie się. Wiem, pisałaś, że długo angażujesz się, by z kimś stworzyć relację, ale wierzę, że w końcu znajdziesz taką osobę smile Tak właśnie pozytywnie warto myśleć, bo ja sama może nie wierzyłam w to, ale to działa, lepiej nam samym ze sobą itp, a często też przyciąga to po prostu coś dobrego.

No ja też lecę już, bo zmęczona i zasiedziałam się. Przez to dzisiaj nie jestem już w stanie więcej Ci napisać, ale myślę, że to co najważniejsze ustosunkowałam się. Dobranoc smile

17

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

pani wiosno, jak tam dzisiaj samopoczucie? Lepsze? smile
Mam nadzieję, że tak smile
Z mojej strony już dobranoc, lecę spać smile

18

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

Dziękuję Ci truskaweczko, jesteś bardzo troskliwą osobą, jak widzę smile
Tak, lepiej trochę mój humor już, staram się mniej rozmyślać na ten temat. Zwłaszcza jakoś lepiej sie poczułam, jak podjęłam decyzję, że powiem wprost jej, żeby już nie dzwoniła.
Choć trochę też przyznam, że się wczesniej zdołowałam tym troche, co mi Żyworódka napisała, bo zaczęłam myslec po raz kolejny: a co, jeśli się jednak pomyliłam... Jeśli uwierzyłam tej osobie z rodziny Magdy, a ona jednak kłamała, lub pomyliła się, czy coś... Wtedy by rzeczywiście było nieładnie, że uwierzyłam i różne rzeczy podciągałam pod to, jako takie potwierdzenie, ze to prawda. Ale na prawde b. dużo już myślałam i starałam sie spojrzeć na to od wielu różnych stron, żeby nie być jednostronna i niesprawiedliwa. W końcu jednak dochodzę do wniosku, że w życiu człowiek prawie nigdy nie ma dowodów niczym w sądzie, w 100% niepodważalnych, a trzeba mimo to podjąć jakąś decyzję. Ja widzę jednak wiele poszlak na to, że tak było, nie napisałam tu nawet wszystkiego też, bo już przeciez mówiłyście, że strasznie rozwlekłe, a jakbym wszystko chciała wymieniać, to by było jeszcze dłuższe... Dla mnie istnieje oczywiście pewna szansa, że to pomyłka, ale bym dawała może tak 1-5 % że mogło tak być, bo po prostu się za dużo zgadza mi w tym wszystkim.
Też nie napisałam, ale tu gdzieś między postami, pare dni temu, Magda do mnie znów dzwoniła. Jak już właściwie miałam kończyć ten temat i dać na luz. Ona znowu udawała, że wszystko w jak najlepszym porządku, no chyba, że rzeczywiście nic nie widzi, że ją olewam, ale wydaje mi sie, że udaje... Znowu mi mówiła jak to by chciała żebym do niej pojechała i takie tam, dziwnie mi było tego słuchać. Powiedziałam coś, że raczej nie, czy jakoś tam ją zbyłam, to też jakby sie nie przejęła, zresztą tak ją zbywam od dawna, jak dzwoni i nie jestem rozmowna za specjalnie, i w ogóle, myślałam, że sama odpuści jakoś... W końcu jednak, jak pisałam, zdecydowałam, że następnym razem powiem wprost, że lepiej, żeby nie dzwoniła. Przykro mi, że w obcym kraju nie ma ona wielu znajomych, ale to przecież nie moja wina. Zreszta chodziła do szkoły, wiec nie siedziała tylko non stop w domu, miała okazję zapoznać. Nie można z litości się przyjaźnić, bo to też jest obłudne. Póki była w ciąży, nie chciałam jej martwić, ale teraz to w sumie nie ma po co tego ciągnąć. Jej kuzynka mi kiedyś powiedziała, że po co ja odbieram od niej w ogole, że ona nawet nieraz widzi, że Magda dzwoni do niej, to nie odbierze specjalnie i nie musi z nia gadać. Ale myśle, że to nie jest dobry sposób, przecież ona by mogła pomyśleć np. że mi sie coś stało i sie martwić. Poza tym ja sie nie obraziłam na nią śmiertelnie, myśle, że gdyby miała na prawde poważny problem, to żeby mogła zadzwonić do mnie, po prostu nie chce z nią utrzymywać kontaktu tak normalnie, jak nie ma konkretnej sprawy. Też zwyczajnie jakoś mi to nie odpowiada teraz, bo jednak jej przestałam zupełnie ufać już, to tylko jest dla mnie teraz źródło stresu, że ona dzwoni. Ja ją olewam w tych rozmowach i czuję się potem taka też niegrzeczna wobec niej, a z drugiej strony i od niej nie wiem jakie intencje są, czy się mną bawi, traktuje jako publiczke dla siebie, czy jak to jest właściwie... To jednak dziwne kogoś olewać, a ta osoba się łasi i nie wiadomo czego chce.
Cóż, starałam sie nie być niesprawiedliwa, ale nie daje rady chyba psychicznie tego udźwignąć, to jest już nieufność do tej osoby, brak szacunku, obawa przed nią. Jeśli jest rzeczywiscie bezwzględna - chce czegoś, to osiagnie nawet drogą podstępu, to po co mi taka znajoma? Jakby ode mnie coś chciała, jak od tego faceta, to też by mnie tak zmanipulowała? Nie wiem i może nie chce nawet wiedzieć. Tyle widzę, ze na moją psychikę to źle działa, jak ona dzwoni do mnie i potem właśnie tylko rozmyślam, i znowu mam jakieś wahania czy sie nie pomyliłam co do niej itp. (bo jest miła i słodka jak dzwoni, wiec potem znowu mi sie wydaje, ze to niemożliwe wszystko).
Dobrze by było, jakby to juz było gdzieś w przeszlości, daleko za mną. Może się niepotrzebnie takimi rzeczami dołuję, ale jakoś nie umiem przejść do porządku nad tym. Wierzy człowiek w te dobre intencje i zawsze stara sie myśleć dobrze o danej osobie, ale kurcze to każdemu sie tak wydaje, jak się zżyje z inną osobą, widzi w niej same dobre cechy na ogół, a potem sie okazuje, że tyle jest przecież różnych zdrad i oszustw, i to ludzie żyją ze soba na codzień, a nie widzą z jakim człowiekiem, a ja przecież tylko miałam przyjaciółkę na odległość, więc spokojnie miała możliwość udawać kogoś innego...
No nic, dzięki jeszcze raz truskaweczko za zainteresowanie. Wydaje mi sie co prawda, że Ty też troche nie do końca jesteś przekonana, że to było tak, jak kuzynka powiedziała, ale może by było inaczej, jakbym wypisała jednak te wszystkie zupełnie co do jednej poszlaki, na których bazowałam (bo ja wiem, że słowo kogoś to nie żaden dowód i dlatego sama wiele myślalam o tym, czy nie było innych wskazówek, znalazłam ich więc trochę. Choć jak mówię, to nie jest jak w sądzie, że dowodów takich nie da rady w żaden sposób podważyć, jednak wydaje mi sie, że gdyby była niewinna zupełnie, to by tyle tych poszlak sie nie znalazło, no i tyle). Zreszta mnie nie zależy na przekonaniu kogokolwiek, bo i po co mi to, bardziej sama chciałabym byc przekonana, a czasem mnie jednak najdzie, że znowu sie w to wgłębiam, szukam jakiegoś innego wytłumaczenia na to wszystko, tak bym chciała je znaleźć, ale już wierzę po prostu bardziej innym osobom, niż Magdzie... Może gdyby w innych kwestiach nigdy nie kłamała, to by było co innego, ale dość ją na kłamstwie złapałam, żeby uważać ją za osobę szczerą. W sytuacjach nawet, ze w ogóle nie miała po co kłamać... Może jest uzależniona od kłamstwa...? Nie chce jej potępiać, ale ja sobie chyba nie poradzę psychicznie z taką osobą mieć kontakt i żeby ona się uważała za moja przyjaciółkę, przymilała się, na moje olewanie jej udaje, że nic sie nie zmieniło, taka sztuczna zażyłość panuje z jej strony, no to ja nie wiem... Nie rozumiem jej po prostu. Też mówiła nieraz jaka niby empatyczna jest, jak ona ludzi wyczuwa, że to wręcz niesamowite, a tymczasem ja ją jawnie olewam w rozmowie, to ona nic nie wyczuwa nagle? To albo nie jest empatyczna na prawde, albo tylko udaje, że nie widzi i sie falszywie łasi. Przepraszam, ze znowu sie może żalę, bo już miałam sie tu nie odzywac, no ale jak tak zapytałaś, to piszę.
Mimo wszystko się teraz planuję zająć dość skomplikowanym projektem, więc mam nadzieję, ze nie będę miała tyle czasu już na rozmyślania i jakoś mi to minie. Poza tym jeśli jej już powiem, że nasze drogi sie rozeszły i szkoda jej czasu i pieniędzy na dzwonienie do mnie, to pewnie też będzie taka troche ulga, że to zostało już powiedziane i wyjaśnione. Może jej powiem jeszcze, że w razie jednak, gdyby miała jakiś poważny problem, to wtedy żeby wiedziała, że mogę ją wysłuchać. Jakby znaczy nie miała nikogo innego. Może to ładnie będzie tak zakończyć... Nie w jakiejś urazie wzajemnej, tylko tak jednak grzecznie. Może nie będzie miała do mnie żalu o to. Przynajmniej ją nie zostawiam w biedzie i nieszczęściu, bo teraz jest w końcu bogata i w końcu chyba szczęśliwa. Więc to jest nawet dobry moment, chyba sie nie muszę czuć winna. Ona jest dorosła, tak jak napisałaś dokładnie, powinna sama sie martwić o siebie, jeśli np. nie ma z kim pogadać, to jest internet, albo może zapoznać kogoś na miejscu, no i ma męża jeszcze. W sumie to zupełnie głupie, ja jestem samotna i niebogata, i też wcale nie mam wielu znajomych, a sie martwię taką osobą, co ma wszystko i przez to chyba, że mnie tak brała latami na dobre serce, żeby jej doradzać, żeby jej współczuć i ciągłe te jej jeszcze problemy ze zdrowiem, których połowa sie okazała mocno naciągana, heh. Chyba mi zrobiła wode z mózgu troche smile
Dobra, kończe o niej, bo to pewnie już nudne sie zrobiło, zrobi sie za chwile mój wątek na 50 stron, jak ten wątek Janis, he he tongue W sumie też może takie troche dla kogoś wydumane problemy to są, w sumie grunt, że zdrowie jest (przynajmniej moje, bo w rodzinie mam akurat ciężką chorobę, co też troche psychika może siąść przy opiece nad tak chorą osobą) i mam swoje zajęcia, swoich znajomych (nielicznych, ale grunt, że są:-), swoje życie... To najważniejsze, a nie żebym sie Magdą przejmowala, bo oj, taka bidulka, a niby czemu? - wszystko ma, i męża, i dziecko, i dom, i te 3 samochody, i zamieszkała na zachodzie w dobrobycie, no to w sumie czego jeszcze chce ode mnie? Ja tego wszystkiego nie mam, co ona, do tego jeszcze muszę sie opiekowac chorym, mam problemy finansowe i inne, no nie chcę skarżyć się, ale po prostu nie wiem dlaczego mam z litości z kimś się użerać, co kłamie i jest perfidny...? (to było pytanie retoryczne - tak, wiem, ze sie nie musze użerać, tylko tak pisze, bo jakoś sie poczułam winna, jeszcze po tym, co Żyworódka twierdziła, ze to ze mną cos nie tak, a nie z Magdą, to poczułam tym większe wyrzuty sumienia, a w sumie tu napisałam bardziej, bo myślałam, ze ktos mnie utwierdzi w decyzji, że z taką osoba może nie ma po co sie przyjaźnić jednak)
Na ten moment tylko powiem, że juz mi wszystko jedno co kto napisze, bo ja już czuje, ze i tak moja psychika tego kontaktu więcej nie wytrzyma, a na pewno nie na dlugo i choćby mi ktos pisał, ze to moja wina, że sie czepiam Magdy, a ona pewnie zupełnie niewinna - niech bedzie, ale to niech teraz może ta osoba sie sama z nią zaprzyjaźni i prosze bardzo, moge dać zainteresowanym namiary, jak to taka fajna osoba. A ja mam dość, bo już wpadłam w jakiś dołek po tym jej telefonie ostatnio, ja musze być silna dla osób, co na prawde mojej opieki potrzebują, a nie dla kogoś fałszywego, co robi sobie ze mnie publikę, bo sie musi pochwalić swoimi "sukcesami". Zreszta nawet jeśli to nie tak, jeśli teskniła rzeczywiscie i tylko o to jej chodziło, to też trudno, jest dorosła, to musi sobie poradzić z odrzuceniem. Chciałam ją tak olewać, żeby sama zobaczyła, ze to nie ma sensu, ale jak nie widzi, to jej powiem i nie poradze już nic. Kiedyś mi jeszcze mówiła, że by nie przeżyła, gdyby mnie straciła, ale uważam na ten moment, że przeżyje i po prostu będzie musiała przeżyć smile Ma meża i dziecko, dla nich niech żyje, a nie jakieś takie. Nie jest to dla mnie nic przyjemnego, ale ja już nie dam rady i sie boje, że jakbym kiedyś wybuchła, to bym jeszcze coś jej brzydkiego nagadała, bo na prawde uważam, że sie sprzedała, bo czym sie to różni poza tym, że jednemu facetowi się oddała i w świetle prawa, jako żona, ale z celem takim jak ma prostytutka inna... Może dla kogoś to jest normalne, ale dla mnie nie jest i tyle.
Dobra, kończe, bo sie znowu jakoś negatywnie nakręcam, lepiej nie myśleć o tym już, to jest przykry temat dla mnie, to potem ja sie źle czuje, jak za dużo to rozgrzebuje.
Też myśle, że jeśli ją niesprawiedliwie potraktowałam ewentualnie i ona taka nie jest na prawde, to muszę sobie sama to wybaczyć. Bo tak może być. Ale każdy może sie pomylić, ja też mam prawo do błędu. Poza tym ludzie zrywają przyjaźnie nie z takich powodów, czasem nawet z nudy, a nie gryzą się tym, nie mają wyrzutów sumienia... Ja myśle, że też sobie musze dać prawo do błędów, bo przez życie sie nie da przejść nie robiąc nikomu ani najmniejszej krzywdy, czasem po prostu nieświadomie człowiek tą krzywde zrobi. To już jest wpisane w ludzkie życie, nie ma się po co za dużo zadręczać, poza tym urwać kontakt kulturalnie można, bez pretensji itp, a nawet podziękować za dobre chwile, a poza tym może bardziej okrutne jest przyjaźnić sie z litości właśnie. Coś trzeba wybrać. Ja już wybrałam tak i myśle, ze nie mam już na to wpływu, czy sie nie pomyliłam, bo już od nowa po raz setny nie bede myśleć o tym i czy sie nie pomyliłam jednak, bo już nie mam na to siły.

19

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

No trochę mnie nie było, oj nie było, problemy z netem. Teraz nie mam siły zbyt wiele się odnieść, ale może dla własnej pewności zapytaj się jej jeszcze jak to jest, co u niej. Sama zobaczysz co powie. Jeśli Cię to gryzie, to możesz przecież zapytać. Można spróbować. Może będzie Ci wtedy trochę lżej, jak z nią pogadasz. Masz rację, możesz wtedy niby być zwodzona, ale może i nie, zależy od Twojego nastawienia.

20

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

Dzięki truskaweczko, doceniam Twoje dobre chęci, ale raczej tu już nie ma nad czym rozmawiać wg mnie i nawet nie wiem o co bym miała ją pytać... O tą sprawę z "łapaniem męża" na prawdę nie mogę, nie napisałam tu dokładnie wszystkiego, są pewne szczegóły hm, w każdym razie obawiam się, że gdyby ona sie dowiedziała skąd ja wiem o tym, to by się kompletnie załamała może... Już kiedyś miała dużą załamkę kiedy miała problemy z tą osobą, a tutaj znowu by się dowiedziała, ze zaufanie zostało nadszarpnięte, bo podawała ta osoba dalej "tajemnice"... Hm, powiem tak: gdyby ona była samotna, to pewnie bym jej powiedziala, nie ważne jak by to przeżyła, bo dobrze wiem, że fałszywy przyjaciel gorszy od żadnego. Ale w sytuacji jak ma malutkie dziecko i jest w obcym kraju z dzieckiem, to nie mam serca tego wywlekać, nie wiem jaka by była reakcja, czy nie wpadłaby w depresję, czy coś... Niech już lepiej żyje w nieświadomości, że afera poszła w świat. O innych rzeczach z kolei ona wie, bo jej pisałam swojego czasu. To znaczy o tych, co konkretnie mnie się nie podobały w jej podejściu do mnie. Żeby była szczera wobec mnie, nie obiecywała bez pokrycia, nie opowiadała na wyrost o "wielkich uczuciach" - była prośba z mojej strony jasna i wprost wyrażona. Nie minęło wiele czasu od owej prośby i co? -obiecała mi, ze zrobi coś, że na pewno i na 100% (jej słowa), po czym tego nie zrobiła (a nic nie stało na przeszkodzie). Podobnie kłamstewka różne - drobne, bo drobne, ale liczne. To o czym ja niby mam z nią rozmawiać jeszcze? Znowu powie, że OK, a bedzie tak samo. Myśle, że ma dziewczyna problem sama ze soba, jakiś poważniejszy raczej i tu nie wystarczą same jej dobre checi nawet. Może by chciała sie zmienić, ale sie nie zmieni i tyle, za bardzo jej to w nawyk weszło. Wobec mnie ma podejście dziwne po prostu, z jednej strony sie przymila, wkręca mi "wielka przyjaźń", a mnóstwo (całej masy tak na prawde) rzeczy mi w ogóle o sobie nie powiedziała. Ja rozumiem jakieś tam tajemnice, każdy ma, ale może nie musi być tajemnica z co drugiej rzeczy w życiu...? Zresztą nie mam do niej nic - chce tajemnice, niech ma, nawet teraz wszystko co do jednego będzie miała dla siebie, bo już mnie to nie interesuje na ten moment. Co drugą rzecz zatai, co trzecią skłamie, no wybacz truskaweczko moja miła, ale o czym niby ja mam z nią rozmawiać...? Jak ona mnie traktuje jak obcą... (ta jej przyjaźń tylko w słowach) Nie, ja mam dla niej tylko od siebie jeden komunikat, czy raczej prośbę, o zaprzestanie dzwonienia do mnie. Reszta mnie już mało interesuje na tą chwilę. Zrozumiałam też, że za dużo się nią przejmowalam - oj, bo jeszcze ją źle ocenię, bo nie będę sprawiedliwa, bo ją skrzywdzę biedulinkę... Bo po prostu piękną rolę mi zagrała - takiej chorej, takiej wrażliwej, deliktnej artystycznej duszy, niedopasowanej do zimnego, nieczułego świata - och, ach, a frajerzy się na to łapią i nawet jeden taki z litości się z nią ożenił. Druga się złapała, to robi za publiczkę, co to można jej wciskać jakieś kłamstwa, stroić się w maski i nie wiadomo co jeszcze. A nie wiem, czy to pisałam, ale kiedyś dawno temu to nawet sama mi sie przyznała do manipulacji swoim facetem (świadomej, tak, zamiast mówić mu wprost czego chce, to wolała manipulować). Ona nie gra z pozycji równy z równym, ona manipuluje, usiłuje ludźmi sterować, jak chce żeby np. ktoś ją lubił, to gra na emocjach, przypodobuje się, zamiast budować normalną relację. Gra z pozycji osoby słabej i unikającej jak ognia gry w otwarte karty. Widocznie w tych jej kartach cieńko...
Dzięki za rade, ale ja ze swojej strony mogę jedynie stwierdzic fakt - tej przyjaźni JUŻ nie ma. A czy to wypowiem głosno, czy nie, to fakt jest faktem. Teraz pozostaje mi tylko przykra rola zakomunikowania o "śmierci pacjenta" :-) No ale cóż, nie będę tu udawać, ze jest dobrze, jak nie jest. Rozmowa o której myślałam to w zasadzie powinna trwać nie więcej niż 5 minut, tyle, co pogadać trochę o naszych życiowych drogach, które się rozeszły, o tym, że za dużo już nas dzieli i różni itp... takie ogólniki, choć prawdziwe, no ale bez wgłębiania się...
Myśle, że nie bedzie dla mnie na pewno łatwa ta rozmowa, ale liczę, ze będzie już ostatnia i będę miała potem spokój od "przyjaciółki". Ale już nie czuję się winna, na prawdę nie :-) Ja próbowałam grać w otwarte karty z osobą, która do tego jest nienawykła, zwyczajnie może nikt jej nie nauczył, takie wzorce otrzymała i trudno, nie dość woli czy siły miała, by cos zmienić, no to już drugie trudno, ale ja na tym cierpieć nie musze. Wiele jest patologii różnej na świecie, a ja sie pchać w to nie muszę, bo np. pijaka mi żal, albo kogoś, ale niech ta osoba może sama sie sobą zajmie... Trzeba też czasem pomyśleć o sobie też, jakie skutki na mnie to będzie miało, na moją rodzinę, znajomych itp...? Bo to czasem człowiek przenosi problemy i np. ja zamiast myśleć o rodzinie, poświęcać czas znajomym, albo komuś wartościowemu ogólnie, to potem rozmyślam o jakiejś tam "przyjaciółce", bo ona taka biedna, tak sobie nie radzi z życiem, tak sobie nie radzi sama ze sobą... No przepraszam, ale u niej bagno trwa przez całe życie i nigdy nie ustaje. Nawet teraz, jak go nie pokazuje, to i tak dość słysze i widze, żeby wiedzieć, że to tam jest. Starczy chwile z nią pogadać i już człowiek sie zaczyna martwić. Słysząc kobietę w średnim wieku plotącą jak jakaś 13-latka, to chyba każdy by sie zmarwtił... A ona tak ciągle, ten typ tak ma i nie zmieni się już raczej. No to nie wiem, może po prostu ja mam inny charakter i tyle, i nie dogadamy sie w wyniku różnicy charakterów.
W każdym razie dzięki i zamykam temat. Jakbym miała jakiś inny problem, to oczywiście zawsze wiem, gdzie się mogę zwrócić ;-) A to tutaj to juz raczej przeszłość. Ja w każdym razie mam nadzieję, że przeszłość i ze swojej strony się postaram, żeby przeszloscią się stało. Jak widać, nawet 25-letnia przyjaźń może sie zepsuć. Każdy ma może inne oczekiwania co do przyjaźni, to też może być powód. Niektórym ludziom wystarcza niewiele, wystarcza byle co wręcz, a i z tego się cieszą, ale ja nie z takich. Akurat na kłamanie jestem wyczulona, moze gdyby to co innego było... Ale nie to. Obiecywanie po 100 razy czegoś i nie robienie tego, po prostu człowiekowi ręce opadaja w pewnym momencie i już się nie chce. Ratować tego juz nie zamierzam, bo jak mówie - niestety pacjent zeszedł, a ja trupów się brzydze tongue

21 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2014-06-25 04:12:46)

Odp: czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

Ok teraz rozumiem czemu nie możesz z nią o tym pogadać i jasne, w takiej sytuacji nie ma jednak co zawracać sobie głowy. Po prostu nie pomyślałam o tym jak to pisałam, ale faktycznie, masz rację i rozumiem, że w takim razie nie będziesz już o tym mówić. Wszystko jasne smile Kilka dni już minęło, rozmawiałaś już z nią za to o tym, że musicie zakończyć Waszą relację? Im szybciej to powiesz i tak zamkniesz, tym pewnie lepiej dla samej Ciebie. Oczywiście, zgadzam się z Tobą całkowicie, że nie ma co z kim być w relacji byle być, bo jeśli ludziom nie po drodze, druga strona źle nas traktuje np to owszem, bez sensu. Ja też bym w tym nie trwała. Zbyt długo trwałam w relacji z tą dawną koleżanką co pisałam, ale potem przejrzałam na oczy i dobrze, nasza relację zakończyłam po 7 latach, właśnie, bo źle mnie traktowała i nic się nie zmieniało, jak pisałam była namolna, zaborcza, zazdrosna, nie rozumiała, że nie mogę codziennie się z nią widzieć, a moje tłumaczenia nic nie dawały. Tak że nie ma co się szarpać, w końcu to zrozumiałam, bo ja i tak zbyt wiele szans dałam, a mogłam skończyć to dużo wcześniej, ale człowiek też był głupi, naiwny, że może coś w tej relacji się zmieni, że może w końcu ona się zmieni, że zrozumie, ale to była fikcja. Od tej pory o to doświadczenie też jestem mądrzejsza. Ty też teraz jesteś mądrzejsza na pewno o doświadczenie i tak na to patrz smile
Co do tego, że jakby co to możesz się zgłosić do mnie - jasne, wiadomo, ja też nie zawsze umiem pomóc, w końcu różne są sytuacje, ale jak mogę staram się pomóc i w miarę możliwości.

Pozdrawiam smile

Posty [ 22 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » RELACJE Z PRZYJACIÓŁMI, RELACJE W RODZINIE » czy jestem złą przyjaciółką, skoro nie chcę już kontynuować przyjaźni?

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026