Dzień dobry!
Dwa lata temu trwałam przez ponad pół roku w związku na odległość.Historia prosta i smutna-wszystko było w porządku,dopóki chłopak nie zainteresował się inną dziewczyną.Zerwał znajomość,podając jakieś moim zdaniem irracjonalne powody (dopiero po moich naleganiach,żeby uszanował mnie chociaż na tyle,żeby powiedzieć prawdę,mnie o tym poinformował).Po tej sytuacji czułam się bardzo zraniona i mimo,iż na ogół nie stronię od ludzi i jestem bardzo otwarta na nowe kontaktyprzez cały rok,nie potrafiłam nawiązać żadnej relacji z mężczyzną.
Sytuacja zmieniła się,kiedy wyjechałam do Niemiec.Z licealnego dziewczątka stałam się silną,samodzielną kobietą.Przynajmniej tak mi się wydawało.;-)
Po dwóch miesiącach pobytu,poznałam przypadkiem Niemca z polskimi korzeniami.Straciłam przytomność,a on był w pobliżu i udzielił mi pomocy.Był bardzo troskliwy i taki,hmm...dobry.Po prostu dobry.Po odjeździe ambulansu,zobaczyłam,że na mnie czeka.Bardzo nam się miło rozmawiało (po polsku) i kiedy już chciałam iść do domu,poprosił o mój numer.Wkrótce zaczęliśmy się spotykać i tak to trwało.To był najszczęśliwszy okres w moim życiu.Rozumieliśmy się w mig,mieliśmy podobne zainteresowania (podróże,teatr,literatura),system wartości i spojrzenie na świat.Rozczulała mnie jego troskliwość.Wiadomości po pracy w stylu:,, Biedna,pewnie jeszcze w pracy jesteś.Uważaj na siebie w drodze powrotnej''. I pod względem fizycznym też był dla mnie najprzystojniejszym mężczyzną na świecie.;-)
Będąc razem,zatracaliśmy zupełnie poczucie czasu.Uwielbiałam jego żarty,śmiech,wszystko było naprawdę doskonałe.Zakochałam się i nic na to nie poradzę.Nie wiem czemu,jakimś magicznym sposobem zapomniałam o tych wszystkich ,,bad boysach'',których już spotkałam na drodze.Jakoś nie włączyłam lampki ostrzegawczej.Jakoś wymyśliłam sobie,że to będzie trwało wiecznie.
I wtedy,kiedy ja się zaangażowałam całą sobą,on...No właśnie nawet nie potrafię zdefiniować.Na początku nieco ograniczył nasz kontakt.Wszelkie ustalenia,co do następnego spotkania,spełzały na niczym.I tak minął miesiąc.Tłumaczył się brakiem czasu,ale wcześniej też byliśmy zajęci,a mimo to obydwoje JAKOŚ ten czas dla siebie umieliśmy wygospodarować.Po świętach wyjechał na dwa tyg. za granicę i po powrcie napisał do mnie wiadomość:,,Przykro mi,ale wydaje mi się,że nie powinniśmy się już spotykać.Może tak ma być,że nie mamy ze sobą być...Ale byłaś mi bardzo bliska i na pewno nigdy o Tobie nie zapomnę.'' .Tak się to skończyło.Bez żadnych wyjaśnień.Poprosiłam o spotkanie,bo ja zawsze uważam,że takie sprawy załatwia się w cztery oczy.Niestety nie doczekałam się odpowiedzi.
Potem mieliśmy jeszcze nikły kontakt z cyklu ,,grzecznościowe życzenia'' itd.
Na początku bolało mnie to aż wręcz fizycznie.Cały ten ,,dobry świat'' ,który sobie z jego pomocą zbudowałam,legł w gruzach.
I ja wiem,że nikt nie jest idealny.On też miał swoje ,,zady i walety''
,ale chodzi o to,że on był po prostu idealny dla mnie.Wiem,że na pewno spotkam interesujących ludzi.Jednak zdaję sobie sprawę z nikłego prawdopodobieństwa,że natrafię w swoim życiu jeszcze na takiego partnera,jak on.
Od naszego rozstania minęło już pięć miesięcy,a ja ciągle nie umiem się pozbierać.Na zewnątrz jestem zawsze radosna,ale czuję,że moje serce rozbiło się na milion kawałków.I mam w sobie jeszcze jakąś idiotyczną nadzieję,że może kiedyś,gdzieś natrafimy na siebie i zaczniemy wszystko jeszcze raz.
Tylko...czy to jakieś realne odczucie,czy skłonność do autodestrukcji?:P
Pozdrawiam wszystkich cierpiących.;-)