Mam tendencję do chronicznego zamartwiania/zadręczania się jakimiś myślami. Są to zarówno wydarzenia z przeszłości, jak i negatywne scenariusza na bieżąco przeze mnie wymyślane. Męczy mnie to okropnie. Są dni, kiedy nie potrafię przez to normalnie funkcjonować.
Jak pomyślę sobie o tym, że mój facet mógłby mnie znowu zostawić - dostaję niekontrolowanego ataku histerii. Mój facet okazuje mi swoje uczucie poprzez czyny. Nie usłyszałam, że mnie kocha i w tym momencie to wszystko przestaje mieć dla mnie znaczenie. Zadręczam się myślami, że i tak mnie zostawi, po co się starać. A innego dnia jestem szczęśliwa i wierzę, że muszę uzbroić się w cierpliwość.
Kiedy wyobrażę sobie śmierć jego, albo innej bliskiej mi osoby - nie mogę się uspokoić. Wiem, że to jest naturalna kolej rzeczy. Są dni, kiedy się z tym godzę. Ale przez większość czasu dostaje ataku paniki na samą myśl o tym. Tak bardzo ich wszystkich kocham.
Moi rodzice nie mieli wesołego życia. Mnóstwo przykrości ich spotkało. Na samą myśl o tym ryczę jak bóbr, bo nie zasłużyli sobie na tyle zła od losu.
Czy ktoś z Was również miewa takie stany? Chciałabym podchodzić do życia na luzie. Nie spinać się tak. Ale nie potrafię...