Moje życie straciło sens,nic nie czuję, nic mi się nie chce,nie wiem czego chcę a w zasadzie to już niczego.Nawet nie wiem po co ja to piszę,bez sensu.Może tak,żeby sobie choć popisać ![]()
Podobne tematy
Nagle straciło sens, czy traciło sens po troszku?
Co się wydarzyło?
stopniowo wszystko się posypało, zdrowie,miłość albo na odwrót. Już nie wiem kto to pierwszy zepsuł,ja czy mąż.W domu jest już dla mnie ciężka sytuacja,nawet nie umiem dzisiaj tego porządnie opisać,bo mam chaos w głowie.Czuję,że nie wiem co robię a im więcej robię tym bardziej dziwię się sobie,co ja robię...Ale namotałam,może jutro będzie lepiej...?
Na pewno będzie lepiej, jeśli nie dzisiaj ani jutro, to za ileś dni
Jeszcze wróci do Ciebie energia, lepsze samopoczucie, jeszcze staniesz na nogi. Do tego czasu spróbuj trochę odpocząć, rób rzeczy, które sprawiają Ci przyjemność. Te ciężkie chwile trzeba po prostu przeczekać, prędzej czy później zawsze mijają.
opal... spróbuj wszystko sobie poukładać, przemyśleć - ale tak na spokojnie
z nowym dniem mogą przyjść nowe rozwiązania
i nie poddawaj się...
Dziękuję Wam za dobre słowo,kochane jesteście i cieszę się,że to forum istnieje.
A ja walczę nadal,nie poddam się.
A ja walczę nadal,nie poddam się.
Super
Trzymam kciuki ![]()
Życie jest trudne. Zawsze było i będzie. Jedyne co możemy zrobić, to szukać pozytywów i próbować. To podnosić się z porażek i nie poddawać. Nie jesteś sama
Trzymam kciuki ![]()
wszystko to prawda,ale nikt nam nie obiecywał,że będzie łatwo.
Nie napisałaś w czym rzecz,co sie popsuło.Gdybyśmy wiedziały to może łatwiej podsunąc jakiś pomysł.Póki co,trzymaj się ciepło
Wiem, nikt nie obiecywał życia bez problemów,ale wiecie,to przekonanie zawsze było we mnie ,tak nauczona z domu,że w zyciu trzeba się napracować i cierpieć też,jak to mówią raz na wozie raz pod wozem.Jednak stało się tak,że całe dotychczasowe moje życie starałam się wykonywać swoje obowiązki małżeńskie tak jak umiem najlepiej,często ponad siły.I tutaj zrobiłam błąd,zawsze mogłam polegać na sobie,wszystko mogłam zrobić,miałam siłę fizyczną i psychiczną też.Niestety za dużo pracowałam w ubiegłym roku,zaczęły się problemy zdrowotne,tak naprawdę to one były wcześniej tłumione,ale w końcu się spotęgowały.Oczywiście,ludzie chorują i nic w tym dziwnego,ale u mnie oparło się o stany,które wydawały się być tymi,gdzie żegnałam się z życiem.To załamało mi psychikę,zbieram się,ale ciągle jeszcze coś ''wyskakuje'',kiedy to przypomina mi,że muszę uważać,zejść na ziemię i nie robić pewnych rzeczy jak dawniej.Powiecie,że ludzie borykają się z tymi problemami,tak ,zgadzam się .I tutaj zaczyna się problem,ponieważ moja druga połowa bagatelizuje te moje problemy,nie jest oparciem,nie współczuje nawet i uważa mnie za hipochondryka a nawet zarzuciła mi lenistwo i brak poczucia odpowiedzialności.Przykre i boli.I te jego zachowania spowodowały to,że coraz wyraźniej zaczęłam odczuwać chęć ucieczki od niego,bycia samej.Jak zaczęłam się zastanawiać nad sobą,życiem moim dotąd,to wyraźnie widzę,że jest powodem wielu problemów moich.To często ktoś z otoczenia mówił mi,ale ja to bagatelizowałam,wiadomo,jest moim mężem i mamy dzieci.Dla dobra rodziny wiele znosiłam nieraz,a jak sobie popłakałam,to słyszałam często,że jestem płaczką.A uwierzcie mi-nie jestem.Płacz pojawiał się naprawdę w sytuacjach ekstremalnych i przynosił ulgę,mogłam ciągnąć wózek dalej.A teraz? Płacz pojawia się bardzo często i z byle powodu,jak nieraz wstanę rano i jest fajnie,jestem spokojna,to znowu wydarzy się coś,co mnie zwali z nóg.I tak w kółko.Ja nie wiem czy mam na to siłę.
Dam Wam przykład z wczorajszego dnia.Powiedziałam mężowi,że jadę z siostrą na plac,popytać czy ktoś ze sprzedających jest zainteresowany ciuchami z pozostałości mojego sklepu.Jak to usłyszał,powiedział,że jedzie ze mną i staniemy sami z tym towarem.Ok,przystałam na to,nie próbując się sprzeciwić,nie byłam na to przygotowana,chociaż dzień wcześniej wspomniałam o tym.Nie było reakcji.Reakcja pojawiła się dopiero rano,wstał,szybko się ogarnął,oznajmił mi ,że jedziemy i ...już czekał na mnie w samochodzie.Tak,zawsze to samo.Ja z racji problemów ze zdrowiem,nie mogłam się szybko zebrać,gdybym wiedziała wcześniej,zwyczajnie wstałabym z łóżka z wyprzedzeniem czasowym.Stało się tak,że czekał na mnie 15 minut w aucie,ja w nerwach jadłam itd.A on? Siedział naburmuszony nie wiadomo o co na mnie,tzn. wiem o co...o to,że nie jestem gotowa na już,bo tak go nauczyłam,że zawsze szybko i na czas działałam.Niestety,czas przeszły.A mój mąż zachowuje się jak Pan i władca na włościach.
Przepraszam,rozpisałam się za bardzo,ale mnie to denerwuje,to moje życie nie jest takie,jak być powinno.Co próbuję coś zmienić,to nie wychodzi.A przed ostatecznym odejściem jeszcze powstrzymuje mnie fakt,że są dzieci,Są za nim i nie wiem czy zniosłabym to,gdyby miały do mnie pretensje o rozbicie rodziny.I tak nadal żyję w tym chaosie,bezsensu.
Twój mąż nie może 15 minut na Ciebie poczekać? Gdyby mnie ktoś tak traktował, to bym mu zaczęła na złość robić, albo przestałby narzekać z byle powodu, albo odczepiłby się w końcu. To chyba normalne, że prędzej czy później każdy zachoruje, obowiązkiem małżonka jest wtedy pomagać, a nie jeszcze dołować. Gdyby ten związek się rozpadł to nie byłoby to z Twojej winy, tylko z winy Twojego małżonka. Skoro już próbowałaś jakoś to wszystko naprawić i nadal jesteś nieszczęśliwa to nie ma za bardzo sensu zostawać, nawet, jeśli macie dzieci. Wasze dzieci nie będą wcale szczęśliwsze, jeśli zostaniecie razem w takim pozbawionym szacunku i miłości związku.