Się naczytałem offline forum wiele razy ale w końcu nie wytrzymałem i muszę to wyrzucić z siebie.
Czy nigdy nie można być szczerym w uczuciach? Dlaczego nigdy nie mogę być w pełni sobą i mówić otwarcie co czuję, tylko zamiast tego gdy tylko pokażę że jakoś mi zależy etc. to związek od razu pikuje w dół i robi się bardzo nieprzyjemnie? Dlaczego trzeba ciągle grać i to nawet w stałym związku?!? Dlaczego niezależnie czy chce się poznać nową osobę czy jest się z inną dobrych kilka lat to ciągle trzeba się bawić w idiotyczne wedle mnie cackanie się by nie okazać za bardzo?!? No naprawdę nie mogę tego zrozumieć.
W czym rzecz? Faktycznie jestem takim odmieńcem który nie lubi bawić w podrywy, gierki stereotypowe, podrygi, sztampowe wręcz schematy niczym zwierzątka ... to mnie po prostu tchnie odruchami wymiotnymi. Lubię gdy ludzie po prostu miło ze sobą spędzają czas, prosto, bezpośrednio, bez żadnych niedomówień ale i bez życia na wyłączność. Ot po prostu razem przez życie. Dawno temu ale to naprawdę sporo czasu temu zakochałem się wręcz platonicznie w pewnej koleżance. Chorobliwa nieśmiałość dawnego wieku nie pozwalała na odważne kroki to i do niczego nie doszło a mimo to przez 10 lat nie mogłem się wyleczyć z tego odurzenia i to będąć w pełni świadomie logicznie przekonanym że to kompletna bzdura to jednak głęboko zakorzenione coś nie dawało spokoju. Zresztą nawet teraz po 19 latach potrafi mi się śnić, oczywiście w swoim aktualnym dorosłym wydaniu i to wcale nie pod względem jakkolwiek erotycznym (bo w internecie każdy lubi szukać docinków stąd wyjaśnienie). BTW ciekawostka dotychczasowa partnerka w zasadzie nigdy mi się nie śniła - góra na palcach jednej ręki. Choć to nic nie znaczy bo przecież śnimy głównie o rzeczach nieosiągalnych - a jak ktoś śpi obok ...
Nic tam, tak se żyjąc dalej, nie bawiąc się w wielkie podrywania bo głowy na to nigdy nie było, tak powoli obniżając swe wymagania, tlumacząc usilnie sobie że wymagania to tylko idealizacja w końcu udalo się zostać z kimś na dłużej. No niestety, dobry znajomy, niestety zapuszczony przeze mnie przyjaciel dobrze stwiedził że niesamowita tęsknota za byciem z kimś wygrała wobec większej dozy rozsądku. Zresztą nawiasem mówiąc gdy w pewnym okresie początkowym było zbliżenie do siebie (znów nie cielesne) ale istniała pewna konkurencja z kumplem, wprost się zapytał czy nie mam nic przeciwko temu by podbijał do dziewczyny. Ja nigdy nie chcąc nikomu narzucać swego ja stwierdziłem że sama wybierze więc mi to absolutnie nie przeszkadza. I tak się zeszli, spędzili parę lat, rozeszli a potem my się zeszliśmy razem. Tak trwał ten związek X lat. Niby fajnie, niby super no ale dziś z perspektywy czasu widzę że już na początku miałem wątpliwości co do 100% słuszności. No ale kto nie próbuje ... ten przegrywa. I tak sobie pożyliśmy X lat ... de facto w ogóle szczególnie nie posuwając się do przodu. Co z tego że większość czasu przemieszkaliśmy razem skoro wygląda to jakbyśmy żyli nie tyle razem co obok siebie. Już nie chcę szczególnie narzekać ale z drugiej strony to nieco wygląda niczym filozofia "ja dla Ciebie wszystko ale tylko po mojemu" o_O Co gorsza większość rodziny uważa że wszystko jest OK a my po prostu nawet nieświadomie doskonale ... udajemy. Także sami przed sobą - wewnętrznie. Jedyne osoby które tak naprawdę to zauważyły i rzeczywiście się zastanowiły nad nami to jej babcia jak i moja matula które obie, niezależnie od siebie powiedziały wprost że widzą że między nami miłości nie ma ale chociaż się nie kłócimy.
I tak dalej w wegetacji i w zasadzie powolnym wycofyfaniu się z życia i rezygnacji z własnego ja ... póty ... nie poznałem fantastycznej dziewczyny. A znaliśmy się pobieżnie już od dawna ale ciągła ta sama przyjazna natura nawet do zwykłych znajomych nie dawała o sobie zapomnieć. Fantastycznej bo po szczerze, pierwszy raz się zakochałem się tak mocno w dziewczynie od ... no własnie samego początku. Niby stary pryk w porównaniu do wielu lat wstecz a tu nagle to samo irracjonalne, kompletne zaprzeczenie logiki, zachowanie. Tak, dziękuję jej z całego serca bo mimo że szansa że coś z tego wyjdzie jest w zasadzie równa zeru to wyrwała mnie z tego letargu bycia bo przecież taki model społeczny a rodzina po prostu nie widzi innego scenariusza. Pozwolę sobię wtrącić małą dygresję że fantastycznie mnie to bawi jak to w dzisiejszych czasach większy ostracyzm spotyka Ciebie gdy zrywasz potencjalnie rokujący ale NIEformalny związek po X latach aniżeli w przypadku rozwodu i niedanego małżeństwa. W przypadku rozwodu mówi się ... trudno, stało się, nie ma co być na siłę. A w przypadku długiego związku? Zimne spojrzenie, nic więcej. To jest jakaś schizofrenia społeczna ... Wracając. Na początku walczyłem ze sobą, mówię jesteśmy razem ale widząc z każdym dniem zwykłe, wcale nie skierowane szczególnie bo wtedy jeszcze nic nie było, dobro uprzejmość a z drugiej strony, niby ze strony ciepła domowego dosłownie piekło w postaci toksycznego zaborczego szpiegowania dosłownie we mnie pękło i jedynie utwierdziłem się w przekonaniu co do sensowności tego czy owego. Tym bardziej że parę razy bardzo wyraźnie dała mi do zrozumenia że nigdy sobie nie życzy bym kiedykolwiek się tak zachował. No i oczywiście to był kolejny raz w stylu Tobie nie wolno a mi ... to co innego. Wtedy hamulce puściły. Tak wiem, ktoś się przyczepi że w różowych okularach widzę same wady. Niestety widziałem epizody już i wcześniej ale w imię chyba źle pojętej wierności zawsze starałem się wybaczać i trwać bo przecież niby do tego jesteśmy stworzeni, czyż nie? Tylko czy za cenę powoli zamazującego się obrazu własnego ja? Braku de facto kontaktów z innymi osobami? Kim byłem wcześniej? Człowiekiem wolnym, trochę takim jak ptak który lubił każdego odwiedzić, porozmawiać, wpaść na herbatę ot pomóc. A kim się stałem później? Tym co siedzi godzinami w chacie bo ... nie ma gdzie wyjść. Bo wszędzie widzi przeszkody. Po ewolucji uczuć rozsypało się w środku i wprost powiedziałem partnerce że mam dość uczucia jakoby tresowanego psa bo tak szczerze od dawna się czułem ale porozmawiać uczciwie nigdy na te tematy nie szło. Owszem słowa mówią, chcą rozmowy ale wnętrze jest kompletnie inne i to jednoznacznie widzę.
I tak gdy co nieco pękło w środku pozwoliłem sobie by sprawy potoczyły się własnym życiem. I tak było fajnie, milej, OK. No ... do czasu gdy już nie chciałem bawić się w rozkrok nie wiedząc na czym stoję. I co? Dosłownie klops. Bo jak zawsze się okazuje że że jak tylko pokażesz że zbyt zależy, że chcesz tak naturalnie to ... nie rozumiem to trzeba ciagle udawać, grać niedostępność, być trochę na nie? To ja mam głęboko w d... takie nieuczciwe względem nawet siebie samego życie. Tak i w tym dłuższym X letnim związku (niemało powie że przechodzonym) też miałem takie problemy. Raz powiedziałem że kocham ... dostałem burę i wykład że nie rozumiem głebokości słowa kocham i używam go zbyt pochopnie. Tak fatalnie się poczułem że przyrzekłem sobie że nigdy go nie powiem póki ona pierwsza nie powie ... nie doczekałem się w uczciwym okolicznościach. Nigdy. Potem jeszcze dwa razy wkręciłem się w stan ponownego zakochania we własnej partnerce ... i co? Nico bo zawsze ale to zawsze właśnie się psuło. Było za dobrze, w tyłku się przewracało i wcale miło nie było. Jak wbrew sobie dozowałem oziębłość to paradoksalnie było super ... hmmm .... I co tu zrobić i co tu myśleć? Obie mimo że niestety nie widzę przyszłości ani z jedną (tu bo związek przez X lat się nie rozwinął) ani z drugą (tu bo sama nie chce) są wspaniałymi kobietami z zewnętrznego punktu widzenia widząc zaangażowanie i konkretne stopnie naukowe w bardzo bliskim horyzoncie czasowym. Tylko że wiem doskonale że dotychczasowa partnerka nie nadaje się na żonę a tym bardziej matkę co jej powiedziałem pomimo oporów ale wreszcie przełamując się na uczciwą szczerość, wprost. Druga dziewczyna z kolei jest kompletnym zaprzeczeniem w tym aspekcie charakteru i wiem że byłaby idealną żoną i matką. Oczywiście, wiem i zdaję sobie sprawę że nie wolno tak myśleć, nie wolno tak szufladkować tylko faktycznie, szczerze trudno się powstrzymać od takich myśli widząc przez X lat, XX znajomości nawet luźnych przewijających się przez życie taki skarb który pojawia się tu i teraz, wiesz że jest w zasięgu ręki, wiesz że wygrało się życie i to uczucie że zdajesz sobie sprawę że ucieka on z Twych rąk i nie masz szans go tak szybko złapać, niczym los na loterii ...
I co z tym? Tak, widać to na wskroś z mego postu, aż wyżera się z ekranu że po prostu nie miałem się gdzie wygadać i napisałem swą pokrętną, dla wielu nudną prozę życia. Tak, wiem że rozsądnym wyjściem jest rzucić wszystko w diabły, odkopać swoje własne JA, swoje jestestwo, swoją osobę, nie rezygnować z siebie dla wątpliwie rozwojowego związku, nie narzucać się innym tylko brnąć przez życie będąc dumą i własnym żaglem sterczącym strzeliście pośród innych innych często pomiętych, nierzadko porwanych żagli zapuszczonych łódek, jachtów i innych łajb pływających po oceanie beskresnego morza osobowości, wątpliwości i uczuć ludzkich. Tak długo aż w końcu ów naprężony swoim zdrowym przekonaniem wartości, pewnością właściwego wyboru, będącego z czasem drogowskazem dla innych zagubionych szalup, sam przyciągnie na horyzoncie inny równie piękny żagiel który będzie zmierzał w tym samym kierunku. I tak łącząc swe siły popłyniemy przez bezkres oceanu nie bojąc się sztormów, huraganów a nawet i tsunami brnąc przeciw wszystkim ku odkryciu drugiego lądu, nowego świata a może i .... nowego życia :-)
No owszem, to wszystko ładnie i pięknie tylko co z tego skoro już bardzo trudno mi uwierzyć że można być z sobą bo nawet niby zewnętrznie tak dopracowane osoby o tak wcale nie wąskich horyzontach, nadal cechują się tą bardzo głupią wykładnią życiową co do okazywania uczuć? Tego iż nie można pokazać że naprawdę fajnie, że miło, że naturalnie, że spontanicznie, że zależy ... Nie albo za szybko albo jak już w związku to okazuje się że de facto nadal on działa na zasadach kto tu rządzi, kto ma władzę. No przepraszam ale ja tak nie chcę. Choć rozumiem skąd to wynikało, że to było głęboko zaszyte uczucie strachu, wynikłe z dzieciństwa, przed odrzuceniem ale na miłość Boską po to mamy mózg by móc zrozumieć swoje obawy i tym bardziej z pewnością nie przelewać na innych swoich złości, niedowartościowań etc. I tak, oczywiście piszę pod zupełnie innym nickiem bo dotychczasowa partnerka regularnie przegląda internet pod kątem co piszę. To takie w końcu niby normalne ... nie wiem dla kogo.
Reasumując ... Jak żyć ?!? ;-)