Hej. Zacznę od tego, ze normalnie nie udzielam sie w sieci w teb sposób, ale sytuacja, kota wydarzyła sie na dniach, zmiażdżyła mi życie i zamieniła je w gruz.
Otóż poznaliśmy sie w liceum, trwało to 1,5 roku zanim zaczęliśmy ze soba byc (niezwykle dobrze sie z nia dogadywalem, nawet do dnia rozstania, ale o tym dalej...) kolejne półtora roku spędziliśmy w cudownych objęciach amorka, poza ta dziewczyna swiata nie widzialem i nie widzę do dzis. Pani M, bo tak ja nazwę jest bardzo piękna, inteligentna, oczytana i lojalna dziewczyna - jednym słowem była wszystkim czego potrzebowałem. Wszystko zmieniło sie kory to od pól roku przeprowadziliśmy sie na studia, do Warszawy, pól roku.
Koniec nastąpił w ostatni poniedziałek. Po niecały tygodniu gorszego humoru ( bo tak to nazywała) powiedziała mi ze nie moze ze mna byc, gdzie dwa dni wcześniej pisała mi długie miłosne smsy o tym jak bardzo mnie kocha i nigdy nie skrzywdzi i zawsze chce byc przy mnie.
Dałem jej kilka dni samotności, zeby to sobie przemyslala. Nasze następne spotkanie w piatek skończyło sie u niej w łóżku i całym dniem spędzonym razem. Nadchodzącą sobota była piękna, a jednak do północy usłyszałem ze nnie juz nie kocha i juz nigdy nie bedziemy razem.
Dziewczyny do cholery, kochaliśmy sie ponad przeciętnie, bylismy jak dwa puzle, pasujące tylko do siebie. Czy to możliwe, zeby odkchac sie w dwa dni?
Po fakcie dowiedziałem sie, ze była we mnie rzecz od momentu wyprowadzki do Warszawy - otóż zaczęła sie ze mna dusić. Zawsze czas spędziliśmy bardzo aktywnie - w ciagu ostatniego miesiąca bylismy na piwie, 3x w kinie, w centrum nauki Kopernika, suhi i wiele wiele innych. Przy okazji dbalismy o formę ćwicząc i generalnie lubilismy ruch- nazwała to rutyną. Powiedziała mi o tym ze dusił sie od jakiegoś czasu dopiero po zerwaniu, tłumacząc ze dopiero to do niej dotarło. Nawet nie dała mi sygnału, szansy na naprawde, bo ja dla niej wszystko bym zrobił... Dla mojej M. Powiedziała mi po fakcie - jak przestała mnie kochać. Zdusila sie do momentu zabicia w niej wszelkich uczuć, nic nie zauwazylem.. Fakt moze popełniłem kilka błędów i zaniedbalem zabawę, ale wszystko spowodowane było zmiana otoczenia - w końcu trzeba było poznać nowych ludzi, pozna miasto itp i tu nie zauważyłem ze zaczynam ja tracić.
Czy ja naprawde powinienem zrozumieć ze to koniec? Zerwała ze mna dwa razy w ciagu tygodnia, a w jej oczach nie widać "tego czegoś" jak zawsze.
Moze jest szansa, ze zrozumie, ze jest dla mnie całym światem i znów poczuje ze możemy dawna sobe same szczęście - tak jak do tej pory.
Czuje sie jak zużyta szmata wyrzucona na smietnik, straciłem podstawę satysfakcji z każdej rzeczy jaka robiłem. To dzieki niej przez ostatnie dwa lata czułem sie wyjątkowy i cieszyłbym sie z najmniejszej rzeczy i dupereli. Moje życie to gruz, nie mam nic.
Przy szczerej rozmowie powiedziała, ze to jedyna rzecz która jej we mnie przeszkadzała, ze w reszcie byłem cudowny. Czy to nie zasługuje na próbe, na walkę? Czy mozna przespać ot tak kogoś kochać? W ciagu dosłownie kilku dni? Tydzien temu miałem najcudowniejsza kobietę na ziemi. Dzis po 7 dniach mam życie rozwalone w pył.
Czy ja straciłem ja na zawsze?