Witajcie.
Mam duży problem. Streszczę wpierw sytuację - mam 21 lat, jestem z dziewczyną od roku, jest w moim wieku. Bardzo się kochamy, spędzamy ze sobą dużo czasu, mamy plany na przyszłość. Czasem zdarzają nam się kłótnie, ale niezbyt poważne i zazwyczaj wszystko dobrze się kończy, czasem dużo w tym mojej winy (jestem dosyć nieporadny towarzysko i czasem coś głupio zrobię czy zapomnę, zapomniałem np. wziąć ze sobą walentynki 14 lutego, cóż...). Jesteśmy oboje dosyć towarzyscy, ale ona dużo lepiej zawiera kontakty - przy czym głównie z mężczyznami, wychowywała się z nimi i po prostu lepiej się z nimi rozumie, ja nigdy nie miałem nic przeciwko, ufam jej całkowicie i nigdy nie doczekała się z mojej strony scen zazdrości (chyba, że dla żartu). Ja również nigdy nie czułem z jej strony żadnej presji ze względu na moje koleżanki, których mam niemało.
Nasza relacja przeszła już kilka dość poważnych prób - nie chcę wnikać w szczegóły, ale ona ma dość duże problemy, m.in. z akceptacją siebie samej, bardzo stresuje się studiami i sprawami rodzinnymi, czasem nawet miała niebezpieczne myśli na temat dalszej własnej egzystencji... Zawsze byłem przy niej i jej pomagałem, nigdy nie myślałem żeby ją zostawić, choć było mi po prostu ciężko ze względu na te jej problemy. Mamy podobne zainteresowania i poglądy na większość spraw, razem studiujemy dwa kierunki. Problem pojawił się niejako znikąd. Powstała dla mnie szansa wyjazdu na zagraniczną wymianę studencką, na rok, dość daleko, ale nie na drugi koniec świata. Ona oczywiście mówi, że bardzo się cieszy, żebym jechał, że to minie jak z bata strzelił. Ja, naprawdę podekscytowany całą sprawą (kraj wymiany to jedno z moich wymarzonych miejsc wyjazdu), zacząłem czynić kroki w kierunku sformalizowania sprawy - mam pewne, nawet chyba duże (choć sprawa nie jest przesądzona), szanse na dostanie się (wyjazd jest na dosyć elitarną uczelnię, tylko 2 miejsca, walka jest zażarta). No i tu zaczynają się trudności. Od jakiegoś czasu wspominam moje z nią rozmowy na różne tematy - czasem komentowała "związki na odległość", wyśmiewając całą sprawę (np. gdy starałem się bronić znajomego, który pojechał na studia na drugi koniec kraju, mówiła, że ja na pewno, "realistycznie myśląc", zostawiłbym ją po pół roku takiej rozłąki, po czym było mi strasznie głupio i przykro, ale się nie przyznałem). Mówi, że mężczyźni są z natury poligamiczni, i że dużo dziewczyn się mną interesuje (nie wiem, ja nie sądzę), implikacje są dosyć jasne. Może moje obawy są głupie, ale poważnie zastanawiam się nad porzuceniem możliwości wyjazdu. Nie jestem w stanie jej przejrzeć, nie wiem czy mówi szczerze, boję się, że gdy mnie nie będzie znów zaczną się jej problemy a ja nie będę w stanie zjawić się na miejscu. Staram się być dla niej jak najlepszym i naprawdę mam potężny dylemat, bo z jednej strony mnie wspiera, a z drugiej wcześniej mówi właśnie takie rzeczy. Duża liczba jej znajomych (spośród których wielu albo ją podrywało albo teraz to robi, co prawda ona ich spławia) nie jest przeszkodą, mam do niej pełne zaufanie, wiem, że ona do mnie też. Mimo to jednak... jestem niepewny. Nie jestem też kobietą i może trochę nie widzę jakiś ukrytych znaków? Przychodzę w anonimowe miejsce z pytaniem o szczerą radę, bo jestem w kropce.
Wszelkie podziękowania kieruję już teraz i załączam pozdrowienia.