Jesteśmy ze sobą 1,5 roku. Mieszkamy w jednym mieście i chodzimy na jedną uczelnię.
Na początku bajka. Widywaliśmy się prawie codziennie - w szkole i po zajęciach też, pisywał sms, rozpisywał się na facebooku.
A teraz zachowuje się jakby mu przestało zależeć.
Kiedyś pisywaliśmy dziennie dziesiątki sms - nawet, gdy on chodził w wakacje do pracy na budowie.
Teraz wysyła mi sms raz na tydzień czy dwa tygodnie. Aż żal mi siebie, bo w wysłanych mam do niego z 30 razy więcej wiadomości niż od niego w odebranych.
Widujemy się raz na tydzień czy dwa chociaż studiujemy w jednym budynku, Jemu nawet nie chce się przejść to piętro wyżej żeby się przywitać. Czasami sama to robiłam, ale już dałam sobie z tym spokój, bo czułam się jak totalna idiotka.
Moje mieszkanie znajduje się praktycznie 5 minut od uczelni - to samo. NIE CHCE MU SIĘ. Nawet w weekend do mnie nie przyjeżdża chociaż ma z 20 minut tramwajem.
Ostatnio zauważyłam, że tylko ja inicjuje spotkania. Ja namawiam go żebyśmy wyszli gdzieś razem, czy że ja przyjdę do niego. On sam tego nie robi od dłuższego czasu.
A żeby było jeszcze "śmieszniej" on czasami wymiguje się brakiem nastroju! I to już są jakieś kpiny! Nie dość, że się widujemy tak rzadko to on nie ma nastroju żeby się spotkać ze swoją dziewczyną,
Kiedy jesteśmy razem jest cudownie. On jest naprawdę czuły, kochany, zabawny i dużo rozmawiamy.
Oczywiście o tej chorej sytuacji nie raz próbowałam z nim rozmawiać. Zapewniał, że mnie kocha, zależy mu i wszystko jest w porządku, a ja tylko dramatyzuje.
Tylko czemu tak rzadko się widujemy? Czemu on nie przejawia żadnej inicjatywy? Czemu miły, kochający chłopak potrafi zachowywać się jak skończony dupek i egoista?
Bardzo kocham swojego chłopaka, zależy mi na nim i nie chce z nim zrywać. Czuje, że to TEN facet.
Mam wrażenie, że dzieje się coś złego, ale nie wiem jak temu zaradzić.
Poradźcie coś, bo czuje jak grunt osuwa mi się spod nóg.