Witam wszystkich. Proszę o poradę, o jakieś słowa otrzeźwienia, bo nie potrafię sobie sama ze sobą poradzić.
Kilka tygodni temu rozstałam się burzliwie z moim narzeczonym z powodu jego zdrady. Mój świat budowany przez kilka lat runął w jednej chwili. Bolało jak diabli, musiałam to wszystko w sobie przetrawić. Zostałam sama w kawalerce, którą wynajmowaliśmy przez parę lat. Oczywiście rozmawiałam z ludźmi, próbowałam wychodzić do knajp, gdzie byli znajomi, ale szybko zdałam sobie sprawę, że wcale mnie to nie cieszy, wręcz męczy, dlatego aktualnie wolę spędzać czas siedząc w domu, sama ze sobą i jestem o wiele bardziej zadowolona. Minął mi już czas ryczenia i rozpamiętywania w kółko minionego związku, ale wiadomo, jeszcze jest mi ciężko na sercu i potrzebuję spokoju.
O rozstaniu poinformowałam rodziców. Moja mama jest typem osoby idącej przez życie jak czołg, mój ojciec jest podobny do mnie, uczuciowy i nie mogący ot tak zapomnieć o przykrych sprawach. Gdy chciałam z nimi porozmawiać szczerze, co mnie boli, że mimo wszystko za nim tęsknię, zostałam przez matkę zmieszana z błotem. Wizyta u nich zakończyła się moim trzaśnięciem drzwiami po zaledwie 10 minutach. Z ojcem później spotkałam się sam na sam, wysłuchał, wyraził współczucie - zrobiło mi się o wiele lepiej. Tak po prostu, po ludzku. Nie musiał na mnie krzyczeć, używać zjadliwego tonu, aby przemówić mi do rozumu. Z mamą więcej tematu nie zaczynałam, z ojcem po tej rozmowie również przestałam o tym rozmawiać, bo to co miało został powiedziane, zostało powiedziane. Przez telefon rozmawiamy tylko o codziennych sprawach. Przez telefon - bo mimo mieszkania w jednym mieście bywam u nich średnio raz na tydzień. A teraz i tego staram się unikać. Nie chodzi o to, że czuję żal do matki czy coś w tym guście. Po prostu nie mam ochoty rozmawiać na dłuższą metę o pierdołach, a też nie widzę sensu jechania do nich, by w innym pokoju oglądać telewizję. Wiem, że ostatnio czują się przeze mnie w pewnym stopniu opuszczeni (szczególnie, że jestem ich jedynym dzieckiem i nie mają alternatywy), ale wierzcie mi, męczę się okrutnie. Męczę się ze znajomymi, męczę się z nimi, tylko sama ze sobą jestem aktualnie zadowolona. Uczę się żyć samotnie.
Ostatnio były imieniny mojej matki, zjechała się cała nasza nieduża rodzina. Siedziałam z nimi kilka godzin. Dla mnie koszmarnych. Poruszane były wesołe tematy, wszyscy się śmiali i dobrze bawili, a ja czułam, że mój uśmiech to jedynie grymas na twarzy. Czułam się okropnie, bo powinnam się cieszyć, a czułam jedynie irytację i myślałam tylko o tym, by wrócić do domu, co w końcu uczyniłam przy pierwszej nadarzającej się okazji (pierwsi goście musieli wyjść ok. 22). Wtedy też zraniłam matkę, która sądziła, że zostanę do końca, a może i na noc. Wykręciłam się zmęczeniem, a fakt jest taki, że po powrocie siedziałam do 3 nad ranem nad krzyżówkami.
Dzisiaj było już apogeum i dlatego piszę. Poprosiłam mamę, aby przyjechała do mojego mieszkania na 2 godziny, bo mieli sprawdzać gaz (obowiązkowe, jak wiadomo, inaczej trzeba to zrobić na własny rachunek, a mi się ostatnio nie przelewa), ponieważ nie mogłam wziąć wolnego w pracy. Mama pracuje zdalnie, u mnie jest Internet, więc zgodziła się bez problemu. Po wyjściu z pracy, zmęczona, jak zwykle do niej zadzwoniłam, okazało się, że jest jeszcze u mnie razem z ojcem (sprawdzanie gazu skończyło się ostatecznie 1,5 godziny wcześniej). Gdy wróciłam, zastałam w mieszkaniu istny sajgon, wszystko powywalane na drugą stronę - postanowili posprzątać. Nie, moje mieszkanie nie wygląda jak melina, stan czystości oceniłabym na - powiedzmy - 4- w skali od 1 do 6. Ale oni chcieli mi sprawić przyjemność, uznali, że w czystszym miejscu będzie mi się lepiej siedzieć. Rozumiem ich punkt widzenia, ale potraktowałam to jako atak na moją prywatność. Na zasadzie 4-latka - "ja sam, ja umiem", a tu nagle mamusia wiąże buciki. Wpadłam w gniew. Nic nie powiedziałam, podziękowałam, ale nie dało się nie zauważyć, że wręcz we mnie kipiało. Chciałam żyć sama, a nagle z życia z toksycznym partnerem, który nie uznawał mojego zdania przeniosłam się do świata, gdzie i tak inni podejmują decyzje za mnie - bo to było z premedytacją, przywieźli ze sobą najróżniejsze środki czystości, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia. Byli jeszcze przez godzinę, ale już od mojego wejścia wiedzieli, że nie chcę ich pomocy, więc odbyło się to wszystko w dość napiętej atmosferze. Wyszli smutni, zrezygnowani i zmęczeni, a ja zaraz po ich wyjściu się rozbeczałam i płaczę jak głupia do teraz, siedząc przy perfekcyjnie czystym biurku. Nie mogę odwrócić głowy od monitora w stronę reszty czystego mieszkania, bo zaraz nadchodzi kolejna fala płaczu.
Z jednej strony: doceniam, cholernie doceniam. Bardzo ich kocham, nie chcę ich ranić, przecież wiem, że nie mieli nic złego na myśli, że chcieli mi zrobić miłą niespodziankę, a ja od pierwszego kroku pokazałam im, jak bardzo jestem zirytowana. Namęczyli się, a ode mnie nie dostali nawet krztyny szczerego uśmiechu. Żadnej wdzięczności prócz słów "rzeczywiście jest czyściej, dziękuję".
Z drugiej: nie chcę, aby robili takie rzeczy, nie chcę ich pomocy w tym względzie. Chcę żyć, jak chcę, nawet w czystości 4-.
Mam 26 lat, z rodzicami nie mieszkam w sumie ze 4 lata, z czego przez 2 ostatnie mieszkam w tej kawalerce - gdyby to kogoś interesowało i jeśli to ma wpływ na historię.
Czy nie mogę udawać w takim sytuacjach, że wszystko w porządku, że jest ekstra? Nie, nie mogę. Próbuję, ale nic z tego nie wychodzi. Udawałam przez ostatni rok. Nie jest ekstra i przez jakiś czas nie będzie.
Nie wiem, co mam robić. Czuję się jak Dr Jekyll i Mr Hyde. Przed dodaniem tego wątku jeszcze raz go przeczytałam i uważam, że wychodzę na niewdzięczną gówniarę, która za nic ma rodziców i kiedyś będzie tego żałować. Ale ta gówniara ich kocha z całego serca... pogubiłam się w tym wszystkim...