Potrzebuję wygadania się, paru słów wsparcia... nie wiem czego...
Po prawie 5 latach rozstaliśmy się...
Sama tego chciałam. On też doszedł zresztą do podobnego wniosku. Okazało się, że już nie mamy do siebie tyle cierpliwości co kiedyś, że nasze priorytety są jednak inne, a niektóre zachowania stały się irytujące... To oczekiwanie, że coś się zmieni, usprawiediwianie go, nadzieja na lepsze jutro... Mnóstwo słów i obietnic niepopartych nigdy czynami... Eh, nie streszczę tutaj mojego związku... byłego związku. Za dużo by pisać.
Chodzi o to, że, jak już wspomaniałam, sama uważałam, że rozstanie to jedyne wyjście. Udaję silną przed wszystkimi. Czasem jadę autobusem czy samochodem i uśmiecham się do siebie myśląc, że całe życie przede mną, że rozpocznę nowy rozdział w życiu, że będzie świetnie i skupię się trochę bardziej na studiach.
A potem - np. teraz - siedzę sama w mieszkaniu. I jest mi tak cholernie smutno. ![]()
Prawie 5 lat. Kiedyś nie rozumiałam, jak po takim czasie można się rozstać (tak, wiem, niektórzy rozstają się po 10-20-30 latach). Ale dla mnie 5 lat to dużo. To był mój pierwszy poważny związek, pierwsza miłość, pierwsze wszystko... Czuję się jednocześnie pusta oraz neutralna do tej całej sytuacji i jednocześnie przepełniona żalem. Żalem do niego. Bo to ON zawalił w dużej mierze... to ON się nie starał. To ON "ułożył" sobie swoje życie tak, jak ułożył wiedząc, że mi to nie odpowiada. Po prostu schrzanił kilka pięknych lat. Zepsuł. Zdeptał. Zniszczył. ![]()
Chciałabym się z nim spotkać, powiedzieć mu wszystko co czuję, wyrzucić z siebie ten żal, rozpłakać się po raz ostatni, usłyszeć "przepraszam" i zakończyć tą znajomość pewnie na zawsze. Ale nie zrobię tego. Ja, jak zawsze jako ta dobra duszyczka (NAIWNA i tyle...), nie chcę go zranić (bo dla niego to też przecież nie jest łatwa sytuacja.... chyba... czasem sama nie wiem), przy rozstaniu nie mówiłam o żalu i tego, że winię go za rozpad związku w większej mierze niż 50%... tylko mówiłam, że wspólna wina, a czasem i na siebie zrzucałam to i owo, bo chciałam, żeby było JEMU łatwiej, żeby go mniej zranić, żeby nie miał potem urazu do kobiet i związku. I co mam z tego? To, że nie miałam okazji wyrzucić z siebie żal i chowam go w sobie.
Wiem, że rozstanie było najlepszym wyjściem, ale czemu nadal mi tak bardzo smutno? W sumie nie wiem, czy to smutek, czy może złość. Tak - żal i złość. I smutek. Wszystko.
Kiedyś już się rozstawaliśmy na krótki czas, były kryzysy. Płakałam wtedy okropnie. Przy jednym takim rozstaniu, które wyglądało na ostateczne, pamiętam, jak siedziałam w wannie, puściłam wodę żeby nikt mnie nie słyszał z domowników, i ryczałam... i czułam ten ogromny ból utraty ukochanego - ból nie do opisania słowami. Przeszła mi nawet myśl, żeby tak się położyć w tej wannie pełnej wody i nie wstać... (spokojnie, to była tylko głupia, nieracjonalna myśl, nie mam zapędów samobójczych).
A teraz? Nie cierpię tak jak wtedy. Czasem mam wrażenie, że się w sumie "odkochałam". I nie płakałam. Od rozstania minęło kilka dni, a mi nie poleciała żadna łza. Może to powoduje brak oczyszczenia się z tej sytuacji i nie do końca zamknięty rozdział? To tak, jakby mi brakowało jeszcze jednej strony do dopisania na koniec, by móc zacząć nowy... Ale nie wiem, jak to zrobić...