Witam,
Jestem w związku od dwóch lat. Jest to nie taki standardowy związek, który zaczyna się od zauroczenia, zakochania, i wielkiej miłości. Gdy się poznaliśmy, żadne z nas nie szukało związku. To była luźna znajomość oparta w głównej mierze na uprawianiu seksu i piciu wina. Już po miesiącu oboje chcieliśmy jednak w tej relacji zachować wyłączność. I oboje ją zdeklarowaliśmy. Jednak uczucia nie wchodziły w grę. Jednak znajomość trwała i trwała... i żadnemu z nas nie przychodziło do głowy, by ją zakończyć. Czuliśmy się znakomicie w swoim towarzystwie. Zaczęło nam zależeć. Ja wcześniej
niepoważna, szalona i mająca w poważaniu większość rzeczy, zaczęłam zmieniać się pod jego wpływem na lepsze... Rozumieć coraz bardziej siebie i to jak działa świat. Nie ukrywam, że bardzo pomógł mi doprowadzić moje pełne błędów i zakrętów życie do porządku. I dzięki Niemu stałam się lepsza wersją samej siebie. Tak więc bardzo dużo mu zawdzięczam.
Nie trudno się domyślić, że nasza relacja z biegiem czasu była coraz bardziej zażyła i dobrze nam było razem.
Po jakimś czasie zdecydowaliśmy, że oficjalnie jesteśmy w związku, więc wiązą się z tym wszelkie przywileje i zobowiązania takiego stanu rzeczy.
Przyszło także uczucie.
Ale z uczuciem przyszły i pierwsze problemy.
To jasne, że ludzie są różni i moga mieć inne zdanie na jakiś temat. I jeśli się ze sobą w czymś istotnym nie zgadzają, a im na sobie zależy i chcą dojść do porozumienia, to wtedy do gry wkracza kompromis, który trzeba umieć uzyskać.
oto problem:
ja jestem ekstrawertykiem, on introwertykiem. Ja wyjechałam ze swojego miasta rodzinnego, zostawiając tam swoich przyjaciół i osoby na których mi zależało. Jednak raz na jakiś czas mam pragnienie odwiedzić to miasto i swoich ludzi. To chyb a naturalne i normalne skoro są dla mnie ważni. To, że wyjechałam nie znaczy, że teraz mam nie mieć żadnych kontaktów z nimi. W mieście w którym aktualnie mieszkam, i poznałam mojego mężczyzne nie mam swoich znajomych. Wiadomo, że poznaje się ciągle nowych ludzi, ale w moim wieku ( 26) rzadko zawiera się już silne przyjaźnie i tworzy takie więzi. W każdym razie potencjalnych kandydatów brak w zasięgu wzroku. Mam więc w tym mieście aktualnie, tylko Jego. A jako, że jestem ekstrawertykiem i mam wysokie potrzeby towarzyskie to czuję się dość...nieszcześliwa. Owszem w przeciągu tych dwóch lat poznałam jakiś jego znajomych i zdarza się czasem, że mnie zabierze ze sobą na urodziny do kumpla, albo jakiś zorganizowany melanż. Zdarza się też, że wychodzi beze mnie. Co jak doskonale rozumiem. Jednak moje potrzeby są takie, że ja tez chce sie kilka razy w roku chociaż zobaczyć ze swoimi przyjaciółmi i pojechać do mojego miasta w odwiedziny, ale...
problem tkwi w tym, że on nie ma potrzeby tam jechać. Bo to nie jego znajomi, są dla niego nic nie znaczącymi osobami
Kompromis nasz ma polegać na tym, że on owszem... powiedział, że może mi pozwolić jechać, jeśli coś z tego będzie miał. Zwyczajnie musi mieć jakąś korzyść z takiego mojego wyjazdu. Bo okazuje się, że uszcześliwienie mnie to za mało. Bo on w tym czasie " cierpi" jak to okreslił.
A jako, że jest introwertykiem i niezbyt lubi ludzi, to nie odnajduje się na tego typu spotkaniach z nieznajomymi. Więc nie odnajduje w tym przyjemności.
Powiedział, że jak wymyslę co mu mogę zaoferować w zamian, i on stwierdzi że to dla niego korzyść, to będę mogła jeździć.
Nie mam dystansu do sprawy i mam pustkę w głowie.
I dlatego do Was piszę, błagam Was....może macie jakieś pomyłsy? Co mogłabym mu zaoferować w zamian?
Propozycje seksualne nie wchodzą w grę, bo to jest standard więc żadne przekupstwo lodzikami i masażami to nie ta mańka. Trzeba uderzyć w inną.
Ma ktoś jakiś pomysł? Jaką korzyść mógłby z tego mieć?
Proszę pomóżcie mi być szczęśliwą w tym związku. Bez spotkań chociaż 4 razy w roku z moimi ludźmi nie będę mogła być szczęśliwa... Co mu dać???