Planujemy z mężem i naszą córeczką wyprowadzić się w końcu od rodziców. Mamy już trochę odłożone, teraz będziemy starali się o kredyt na coś własnego. Mamy jednak wielki dylemat czy wybrać dom z dala od miasta czy lepiej jakieś mieszkanie ze względu na bliskość do centrum, pracy i przedszkoli. Nie wiem, czy ma to jakieś znaczenie, ale chodzi o Warszawę. Jeśli chodzi jednak o przedmieścia to trochę jestem sceptyczna, bo przerażają mnie dojazdy... Chociaż zawsze marzyłam o własnym domu a taki możemy kupić tylko pod miastem... Co myślicie, jakie rozwiązanie będzie najlepsze dla dziecka? I dla nas
?
Podobne tematy
Kupcie dom pod miastem. Wybierając jego lokalizację tak, żeby w pobliżu było przedszkole i szkoła podstawowa. Czasem w małych miejscowościach wokół wielkiego miasta jest to wszystko. Dodatkowo mała społeczność jest na ogół bardziej przyjazna i mniej anonimowa.
3 2014-02-21 21:54:59 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2014-08-04 19:22:42)
Wybór jest naprawdę trudny ale ja myślę że jednak bliskość centrum to bardzo ważna sprawa gdyż dojazdy czasami potrafią zabrać naprawdę dużo czasu... Z drugiej strony mieszkanie bliżej centrum niesie za dobą sporo kłopotów no i słyszałam w telewizji że w centrum trudno znaleźć miejsce w żłobku dla dziecka. Na Twoim miejscu nie popadałabym ze skrajności w skrajność. Możesz wybrać dzielnicę, która nie będzie daleko od centrum a przy tym będzie przyjazna dzieciom (place zabaw, parki ? myślę że tego możesz poszukać najpierw). Ja nie jestem specjalną zwolenniczką wolno stojących domów. Potem na stare lata zostaniesz z mężem sama i trzeba to będzie jakoś utrzymać? Może rozbawi Cię taki artykuł niedozwolony link Wpadłam na niego jakoś niedawno? zabawnie opisany temat ![]()
purka, ale te "stare lata" to będzie dla autorki za kilkadziesiąt lat dopiero. A własne podwórko przy małym dziecku jest bardzo dobra sprawą. Jeżeli jest ogrodzone nie musisz wciąż pilnować dziecka, możesz w tym czasie robić coś spokojnie w domu. Wyprawa na plac zabaw lub do parku jest trochę bardziej skomplikowana. Musisz iść tam specjalnie, pilnować (bo nie wiadomo czy nie ma jakiegoś szkła czy psiej kupy). Zwyczajnie można nie mieć czasu żeby pogodzić obowiązki domowe z wyjściem na plac zabaw. Szczególnie w mieście typu Warszawa, gdzie 17-18 jest standardową porą przyjścia z pracy po pokonaniu drogi do domu w korkach....
Nel
Co myślicie, jakie rozwiązanie będzie najlepsze dla dziecka? I dla nas
?
.............................................................................................................
Najlepsze dla dziecka będzie zdrowsze powietrze, paradoksalnie czystsze powietrze jest w Warszawie, niż na obrzeżach (poza głównymi szlakami komunikacji miejskiej). Nie można palić węglem w centrum, czy w poszczególnych dzielnicach, a poza Warszawą, zimą czuć dym węgla jak na Śląsku.
Mieszkanie w domku generuje masę dodatkowych, nieprzewidzianych kosztów. Nie na darmo mówi się, że własny dom to skarbonka bez dna. Będzie zabierał Wam wszystkie oszczędności, i czas wolny, bo zamiast bawić się potomkiem trzeba będzie łatać, lub naprawiać nieprzewidziane, a tego będzie co nie miara.
Zdecydowanie jestem za mieszkaniem w mieście, najlepsza Sadyba, blisko do Wilanowa i do Powsinka, także blisko do Centrum.
Każde rozwiązanie ma swoje plusy i minusy, więc musicie rozważać to w kontekście własnej sytuacji.
1. Gdzie mieszkaliście dotychczas? Jeśli całe życie w dużym mieście to przeprowadzka z dala od niego może sprawić większe problemy niż się spodziewasz.
2. Pracujecie? Planujecie pozostać w dotychczasowej pracy czy wchodzi w grę zmiana?
Z kolei jeśli zawsze marzyłaś o domku jednorodzinnym to kiedy masz realizować to marzenie jak nie teraz?
Dziecko będzie miało korzyści zarówno w mieście, jak i daleko od niego. Pytanie gdzie lepiej poradzą sobie jego rodzice?
Może faktycznie problem sprzedaży to raczej nieco odleglejsza przyszłość, ale inwestując w nieruchomość warto wybiec trochę do przodu... Wszystko zależy oczywiście od sytuacji, wielu rzeczy nie da się też ot tak przewidzieć. Ja akurat jestem teraz na bieżąco z historią przyjaciółki mojej mamy - kobieta pod 70tkę została sama w 100 metrowym domu... Syn za granicą z żoną, córka z mężem wyprowadzili się do innego miasta. Żal mi jej, bo nie dość że sama tam musi siedzieć, to wiadomo jak to jest w takim wolnostojącym domu... worek wydatków i "robótek" bez dna... Jeśli chodzi o czas dla dziecka- niekoniecznie się zgodzę... Dojazdy pod miasto mogą pochłonąć go jeszcze więcej i po przebiciu się przez korki autorka może nie mieć już na nic kompletnie siły. No i tak w ogóle to dziecko trzeba pilnować zarówno na placu zabaw jak i na własnym podwórku bo wszędzie może zrobić sobie krzywdę.
W takim wypadku trzeba myśleć bardzo przyszłościowo. Przedszkole musi być blisko, ale nie tylko. Podstawówka, gimnazjum i szkoła średnia też. Dojazdy bardzo komplikują życie, zabierają czas, dziecko nie będzie miało tylu okazji do spotkań ze znajomymi, ile miałoby gdyby mieszkało w mieście, jak oni. Nie mówiąc już o zmęczeniu ciągłym siedzeniem w autobusie i powrocie do domu o 18. Wiem, że to bardzo odległa perspektywa, macie jeszcze malucha. Ale oczywistym jest, że nie będziecie wozić dziecka do szkoły lub do kolegów całe życie- i szkoda by było, gdyby młody był odizolowany przez odległość. Mówię z perspektywy młodej osoby, która niedawno skończyła liceum i napatrzyła się na koleżanki, które nie mogły po szkole iść na pizzę, albo spotkać się w weekend, bo nie miały dobrego dojazdu, albo w szkole się nie pojawiały, bo drogi zasypane i autobusów nie było.
MissF, ja jestem z tych dojeżdżających i widzę to zupełnie odwrotnie:
1. codzienne dojazdy do szkoły - okazja do 40-minutowych pogawędek ze znajomymi, szansa na nawiązanie nowych znajomości. Nigdy, jako nastolatka, nie wpadłabym na to, że są one męczące ![]()
2. ileż to razy na drodze był wyimaginowany kataklizm, żeby usprawiedliwić nieobecność na matematyce
Rewelacyjny pretekst do omijania niewygodnych zajęć. Przez 4 lata dojazdów do liceum nie zdarzyło mi się, żeby faktycznie nie można było dojechać. Ale "nie mogłam" dziesiątki razy ![]()
Dorastanie daleko od miasta pociągało za sobą pewność, że po maturze trzeba wyprowadzić się od rodziców i zacząć samodzielne życie w wielkim mieście (studia). I to uważam za wielkie błogosławieństwo. Bo napatrzyłam się na miejscowe koleżanki i kolegów, którzy, mieszkając z rodzicami, mieli dużo czasu (i kasę) na spotkania ze znajomymi i pizzę, ale zapomnieli nauczyć się samodzielności. Niektórzy do tej pory się jej uczą z marnym skutkiem...