Szukam odpowiedzi na to pytanie średnio kilka razy w tygodniu.. Ponad pół roku temu rozstałam się z kimś, z kim planowałam przyszłość.. Może inaczej- to on rozstał się ze mną.. Ale ogromny optymizm, wiara w siebie wszczepiona przez rodziców i to forum szybko postawiło mnie na nogi. Żyję, funkcjonuję. Odbudowałam znajomości, znalazłam drugą pracę dla zabicia czasu...Mam dwójkę naprawdę bliskich mi ludzi + Mama, która jest zawsze obok. Niby wszystko gra.. Oczywiście zdarza mi się tęsknić, wciąż dużo o nim myślę.. ;/
Jednak pustka w sercu, jaką zasiał on jest nie do 'zapchania'. Wchodzenie w związek odrzucam, bo nikogo sensownego na horyzoncie nie ma (tak, mam profile na portalach randkowych, tak wychodzę z domu), a nie chcę by to był 'byle kto'.. Nie wybaczyłabym sobie ranić kogoś z racji własnego hedonizmu. Z reguły mężczyźni chcą ode mnie jedynie seksu (choć, do cholery, nie jestem seksbombą!). Normalna dziewczyna. A jeśli interesuje się mną ktoś na serio, to mi nie odpowiada. I to nie tak, ze szukam księcia, ale jeśli ktoś w piątek wieczorem nie potrafi określić godziny, o której będzie mógł się ze mną spotkać w sobotę albo piszę, że zadzwoni w tygodniu i nie dzwoni? Dla mnie, jak chcę kogoś usłyszeć, to dzwonię i tyle, nie odkładam tego w czasie..
I tak wśród naprawdę wspaniałych ludzi wieczory są nie do ogarnięcia...
Wiem, że nie ma złotego środka, mikstury na oduczenie się bycia w związku, może po prostu chciałam gdzieś to z siebie wyrzucić.