Hej. Może najpierw opiszę mój problem a potem wymyślę temat..Dobrych parę lat poznałam faceta, który zawrócił mi w głowie. Znajomi nie dawali nam szans , ale ja bardzo otworzyłam się i zaufałam, nie zważając na nic. Po pewnym czasie, gdy emocję opadły, uświadomiłam sobie boleśnie, że jesteśmy z dwóch różnych światów, jak to niektórzy mówią dwóch różnych bajek. Nie chce mi się tutaj pisać szczegółów, ale osoby, które mnie tu znają i którym zaufałam, doskonale wiedzą o co chodzi..Ogólnie mój facet okazał się zdziwaczałym domatorem, książkowym molem, kocim tatusiem - opiekunem, uzależnionym od internetu i handlu interentowego molem....no dużo by tu wymieniać....z miłości, która wydawała mi się super książkowa, idealna, w sumie taka, która zawsze jest tajemnicą i skarbem dla kogoś, zrobiła się po prostu "tanim kiczem"...staliśmy się robakami przysłowiowymi, bez wiary, boga, sensu itd....Rozczarowana tym wszystkim , zaczęłam szukać odpowiedzi, wdając się w krótkie romanse z przypadkowymi ludźmi, nie znajdując jednak odpowiedzi i pocieszenia, wracałam na stare ,,,, jak to się mówi..gdzie jeszcze parę lat wstecz, byłoby to dla mnie nie do pomyślenia, było by to czymś strasznym....dodatkowo jego wybaczenie i katharsis, sprawiały że rósł w moich oczach, jako Pan mój i wybawiciel..Pomóżcie mi zrozumieć sama siebie, bo zagubiłam się w swoich uczuciach. Gdy dawniej wszystko było dla mnie jasne i klarowne, teraz stało się nudne, smutne, nieperspektywistyczne, mozolne, niesprawiedliwe....No tak to mniej więcej wygląda.
1 2014-01-23 20:58:14 Ostatnio edytowany przez czasymira (2014-01-23 20:59:16)
Podobne tematy
A nie prościej byłoby się po prostu rozstać? Może tak kurczowo trzymasz się tego faceta, bo inwestowałaś w związek wbrew znajomym, ich przestrogom itp.? Szukanie kogoś na boku nie ma sensu. To ci nie da odpowiedzi na twoje pytania, możesz je znaleźć jedynie w sobie.
Z mojej perspektywy wygląda to na związek dwojga kompletnie nie pasujących do siebie osób, związek ciągnięty na siłę. Raczej nie jesteś z tych, które boją się być same. Ale wracasz do niego, bo...? Bo tak jest łatwiej? Bo na siłę chcesz znaleźć w nim to, co widziałaś kiedyś, a co bezpowrotnie zniknęło? Chcesz podtrzymać tamten stary ogień? Czy ty się czasem nie zakochałaś w jego wyobrażeniu a nie w nim autentycznym, domatorze i kocim tatusiu? On jest taki jaki jest, nie zmienisz go. Jeśli ci nie odpowiada i nie widzisz wspólnej przyszłości, dzieci, domku, konta w banku, to po co to ciągnąć?
Wiem co masz na myśli...mój przerost formy nad treścią...czyli "pokochałam kogoś , kogo mieć nie mogłam, bo był tak inny.."...albo inaczej "pokochałam kogoś, kto mi nie do końca odpowiadał, na przekór sobie....".....próbuje sobie to poskładać wszytko i trudne jest. Dzięki za opinie, diagnozy, porównania i inne rzeczy, których bardzo potrzebuje od was. No nie radzę sobie.
Ale to zdarza sie czesciej niz myslisz.
Zwyczajnie za jakis czas, za pare lat widzisz, ze ktos jest tak odmienny od nas i nie taki jak myslalysmy
dobranoc moje panie, lżej mi jak sobie pomagamy.
6 2014-01-30 12:03:37 Ostatnio edytowany przez niezapominajka9 (2014-01-30 12:07:49)
Witaj. Chciałabym Ci pomóc, ale nie do końca czuję w czym tak naprawdę jest problem. Piszesz:
z miłości, która wydawała mi się super książkowa, idealna, w sumie taka, która zawsze jest tajemnicą i skarbem dla kogoś, zrobiła się po prostu "tanim kiczem"...staliśmy się robakami przysłowiowymi, bez wiary, boga, sensu itd....
Rozumiem, że związek stał się nudny i monotonny, ale o to zawsze można i trzeba walczyć, starać się urozmaicać sobie czas wspólnie spędzony, czasem razem coś ugotować, zjeść wspólnie romantyczną kolację, wyjść do kina itp... Mam jednak wrażenie, że wam po prostu przestało się chcieć być razem. Pytanie czy jest o co walczyć? Bo jeśli uczucie kompletnie wygasło, to nie ma już chyba o co. Jak ktoś nie chce, to gorzej jakby nie mógł...
Drugą kwestią jest to jak opisujesz sprawy - sprawiasz wrażenie, że jesteś osobą bardzo religijną, ale zagubioną. Piszesz, że brakuje Ci w życiu wiary, boga i sensu, ale czy próbujesz ich szukać? Spotykasz się z innymi, choć jesteś w związku. Potem opowiadasz o tym obecnemu partnerowi, a on Ci wybacza. Co chcesz przez to osiągnąć? Może chcesz zwrócić na siebie jego uwagę? Może chcesz się na nim odegrać? Może chcesz się rozstać, ale nie wiesz jak i podsuwasz mu motyw, by on o tym zdecydował, bo sama nie potrafisz? Sama szukasz dodatkowych "rozrywek", by wyrwać się z tego marazmu, ale czy próbujesz coś wnieść do związku, coś zmienić?
Sama musisz sobie odpowiedzieć co jest dla Ciebie w życiu ważne. Czy chcesz być z tym facetem, czy wyobrażasz sobie życie bez niego? Czy chcesz się rozstać i poszukać szczęścia gdzie indziej? Pogubiłaś się trochę, to fakt. Ale zawsze przychodzi taki moment, że trzeba upaść tak nisko, by w końcu poczuć, że się upadło i móc odbić się od dna. Dla Ciebie przyszedł taki moment - i dobrze. Daj sobie czas na refleksję, w samotności i ciszy, wsłuchaj się w siebie. Przemyśl sobie, co jest dla Ciebie w życiu najważniejsze, jakimi wartościami chcesz się kierować, co chcesz osiągnąć. Takich odpowiedzi musisz sama sobie udzielić, nie pomogą Ci ani spotkania z przypadkowymi osobami ani nawet nikt z tego forum. Skarbnicą wiedzy o nas samych jest nasz własny umysł i serce. Trzeba tylko się w nie wsłuchać!
Powodzenia ![]()
A nie prościej byłoby się po prostu rozstać? Może tak kurczowo trzymasz się tego faceta, bo inwestowałaś w związek wbrew znajomym, ich przestrogom itp.? Szukanie kogoś na boku nie ma sensu. To ci nie da odpowiedzi na twoje pytania, możesz je znaleźć jedynie w sobie.
Z mojej perspektywy wygląda to na związek dwojga kompletnie nie pasujących do siebie osób, związek ciągnięty na siłę. Raczej nie jesteś z tych, które boją się być same. Ale wracasz do niego, bo...? Bo tak jest łatwiej? Bo na siłę chcesz znaleźć w nim to, co widziałaś kiedyś, a co bezpowrotnie zniknęło? Chcesz podtrzymać tamten stary ogień? Czy ty się czasem nie zakochałaś w jego wyobrażeniu a nie w nim autentycznym, domatorze i kocim tatusiu? On jest taki jaki jest, nie zmienisz go. Jeśli ci nie odpowiada i nie widzisz wspólnej przyszłości, dzieci, domku, konta w banku, to po co to ciągnąć?
Dokładnie!
Z tego co opisujesz widzę, że Wasz związek jest taki na siłę. Na dłuższą metę nie przyniesie Wam to żadnego pożytku. Wydaje się, jakbyś została z nim, bo "wspaniałomyślnie" Ci wybaczył, więc masz chyba wrażenie, że taki dobry, kochający itp. Nawet jeśli, to jak długo wytrzymasz z kimś, z kim się nie potrafisz dogadać, kto Cię po prostu drażni? Sama widzisz, że tutaj raczej nic się nie zrobi, że różnice się tak, że jest to nie do przeskoczenia. A jeśli druga osoba nas tak mocno drażni (nie chodzi mi o sytuacje konfliktowe, ale tak non stop), a nic nie idzie ku lepszemu, to lepiej się rozstać. Tak jak napisały poprzedniczki wydawał Ci się ideałem wcześniej z naciskiem na wydawał. Żyjesz widocznie jakimś wyobrażeniem jego, ale to wyobrażenie jak widać przy tym panu się nie zmaterializuje. Dlatego lepiej odejść od siebie, a kiedyś, w następnym związku, to może będziesz ostrożniejsza itp? Tzn, wydaje mi się dziwne, że nie widziałaś wcześniej pewnych oznak, pewnie były, ale trochę je ignorowałaś. No chyba, że po prostu po zamieszkaniu razem dopiero tak naprawdę zaczęło Ci to przeszkadzać albo jednak kamuflował się bardzo dobrze.
Oczywiście, tak jak napisała np nieznajoma9 to Twoja decyzja, więc to nie jest tak, że chce ją podejmować za Ciebie. Jednak czytając Twój tekst wyciągnęłam takie wnioski i wydaje mi się, że rozstanie w tej sytuacji będzie najlepsze. No, ale przemyśl to jeszcze sama, pamiętaj, że zdrada nic nie daje, to nie jest żadne rozwiązanie.
Pozdrawiam ![]()
Nie mogę już wytrzymać. Doszłam do wniosku, że to nawet już nie chodzi o niego, ale o moich rodziców, to jak się zachowują i w ogóle...chociaż Oni twierdzą że to ja....To niekończąca się opowieść po prostu...ta moja miłość miała być skarbem i dla mnie była, chociaż mój facet jest nerwowy, narwany i wszystko popsuł..albo to ja chciałam popsuć, nie wiem......podświadomie chyba uważałam że jak wszystko tak będzie ładnie, pięknie to się kiedyś skończy..no i się skończyło..tylko ja teraz nie potrafię żyć z moimi rodzicami znów, to tak jak z puzzlem, chce się znów do nich przyczepić, a Oni mnie odrzucają, to tak jak z przeszczepem nerki czy czegoś.....czuję, że Ja będę musiała znów do niego wrócić, bo normalnie nie daje rady...ale z drugiej strony On tak zdziadział, zapuścił się, ma depresje....to jak wrócić do dziadka. Nie wiem co robić, doradźcie.
Minęło już dużo czasu od napisania tego mojego postu. Ja dziś mam totalnego doła, dlatego postanowiłam tutaj wrócić i kontynuować ten wątek. Chodzi o to, że znów byłam u niego i znów nam nie wyszło. Starałam się, próbowałam wszystko naprawić, by było tak jak dawniej. Nie udało mi się to. Ogólnie czuję przygnębienie i zniechęcenie. Dodatkowo On i jego matka, skłócili mnie z moją rodziną i przez to nie mam wsparcia już z nikąd, tylko moja matka, próbuje mnie po ludzku zrozumieć, ale i tak jest mega wymagająca. Natomiast jeśli chodzi o jego matkę, to Ona mi powiedziała, że ja nie wiem czego chce, że nie odcięłam pępowiny od mojej matki, że Ona nie wie, nie jest pewna czy ja kocham jej syna....Mam wrażenie że miłość to nic innego jak umowa prawna i albo się niej wywiążesz albo nie......a z drugiej strony wyolbrzymiłam sobie to wszystko, tak jakby mi się to wszystko śniło co było moim zdaniem piękne i że nie ma powtórki, tylko teraz jest twarda rzeczywistość....Weszłam ostatnio na portal randkowy i zauważyłam że jest dużo facetów do wzięcia po 40 tce, czy żonaci, czy nie żonaci i że to chyba nie przypadek, że w 2014 roku w Polsce duży odsetek facetów nie umie sobie ułożyć normalnego życia prywatnego....bo ludzie im wmawiają że państwo ich okrada, że nie warto tutaj nic robić, bo i tak się z tego nie wywiążesz..Wiem , że jestem niejedyną tutaj osobą potrzebującą, ale po prostu przestałam już wierzyć w jakiś sens, bo skoro nasze życie to ciągłe cierpienie, to jaki jest sens życia ?! Nie wiem.
... Ona nie wie, nie jest pewna czy ja kocham jej syna.....
A kochasz?
Czytam od początku i żadnej takiej deklaracji nie zauważyłam. Związek z "rozsądku"?
Bo dalsze twe słowa - o tych POTRZEBUJĄCYCH po 40-tce...
I gdzie tu cierpienie, jeśli uczuć BRAK?
SENS życia różnie ludzie interpretują... Jeśli ma on polegać na "wiszeniu" na kimś to serdecznie współczuję ![]()
Hej. Dalej tkwię w samotności. Nie umiem się przed nikim innym otworzyć, zaufać i zmienić coś. Moje życie stało się nudne. Czas mi się dłuży. Nie mam planów i celu. Słońce świeci za oknem, wszystko kwitnie, ptaki śpiewają, wczoraj był u mnie kolega, mimo to nie dałam się zmienić..Ile ten stan jeszcze potrwa?
Ile ten stan jeszcze potrwa?
To zależy od Ciebie... czy nie?
Taka duża panna.. a wnioski z doświadczeń: "mamoooo... nudzę się" ![]()
"Twoje życie w twoich rękach"?
Wczoraj był u mnie kolega mimo to nie dałam się zmienić - czyli co? Nie miał czarodziejskiej różdżki?
hehe..fajnie że się odzywacie. Miło mi.
Dalej smędzisz?
ano..ale już lepiej, dużo zrozumienia i wsparcia od innych...