Mam 34 lata. Od 14 jestem w związku, który miał szansę być całkiem udanym. Niestety, w ciągu tego czasu miały miejsce sytuacje, które całkowicie zraziły mnie do mojego partnera (nie piszę "męża", bo małżeństwem nie jesteśmy, jemu nigdy na tym nie zależało... tzn. mówił, że chce, żebym została jego żoną i na mówieniu się kończyło).
Nie pamiętam dokładnie kiedy po raz pierwszy poczułam, że on zostawia mnie samą, kiedy powinien jak mężczyzna stanąć za mną murem. Pewnie było to z jakieś 10-7 lat temu, kiedy jego mama zaczęła pozwalać sobie na niewybredne komentarze wobec mnie. Jedną z tych sytuacji będę pamiętać do końca życia. Dostałam do niego elegancką bieliznę. Dał mi ją w walentynki czy urodziny, które spędzaliśmy w jego domu rodzinnym. Jego matka nie omieszkała poinformować mnie, że syn radził się jej w wyborze rozmiaru i doradziła mu większy, bo - jak się wyraziła - mam ogromne dupsko (dokładnie tych słów użyła). Byłam tak zszokowana tym, że jak gdyby nigdy nic, pomiędzy kulturalnym obiadem a kolacją, w niby kulturalnym domu, takie "życzliwe" słowa padają (dodam tylko, że jestem osobą bardzo szczupłą, więc jej komentarz był czystą złośliwością). Nie odpowiedziałam jej nic, bo zwyczajnie zbierałam szczękę z podłogi. A kiedy poinformowałam o tym mojego partnera, on skwitował tylko "moja matka nie mogła tak powiedzieć".
I generalnie kolejne wydarzenia oparte były na tym samym schemacie. Matka pozwalała sobie na chamstwo wobec mnie, sugerowanie, że nie jestem wystarczająco dobra dla jej syna, a on nigdy nie stawał w mojej obronie. Tzn. ja stawiałam sprawę na ostrzu noża i żądałam, aby w adekwatny sposób zareagował (jego matka jest osobą, której trzeba kategorycznie wyznaczać granice, bo inaczej wejdzie ekspansywnie na każde terytorium i będzie zaprowadzać na nim swoje zasady). A on zbierał się w sobie przez trzy tygodnie albo i dłużej, po czym wykonywał telefon, w którym niby zwracał mamie uwagę, ale jednocześnie ją rozgrzeszał (litościwe "bo ty, mamo, byłaś przecież tak samo traktowana przez swoją teściową"...). A czasem wcale nie reagował, bo, jak stwierdzał, "matka i tak nie zrozumie". Właściwie zawsze wchodził w rolę nauczyciela, który spokojnie jej tłumaczył, że źle zrobiła ale podchodząc do tego bez jakichkolwiek emocji, pokazywał jej przy okazji, iż "robi coś z obowiązku", ale bez przekonania.
Ktoś może zapytać, dlaczego ja w takich sytuacjach nie odpłacałam jej odpowiedzią na tym samym poziomie. Otóż, początkowo wydawało mi się, że skoro to jego matka i takie sytuacje miały miejsce w jego domu, to on to powinien zrobić. Miałam też świadomość, że jeśli to on ująłby się za mną i kategorycznie zabronił jej w jakikolwiek sposób obrażać mnie, nawet pod groźbą, że zerwie z nią kontakt, to odniósłby pełen sukces (bo jego matka zrobiłaby wszystko, żeby nie stracić syna, co sama mówiła). Nie chciałam też otwartej wojny.
Nie ukrywam, że chciałam też zobaczyć jak on się za mną ujmuje. W naszym związku nigdy nie doświadczyłam sytuacji, w której on pokazywałby, jak bardzo mu na mnie zależy... Nigdy nie padł przede mną na kolana, nigdy nie szłam przed ołtarz, przed którym wyznawałby mi miłość, wierność... To, że ująłby się za mną, zareagowałby na chamstwo matki, byłoby dla mnie pewnego rodzaju dowodem na to, że jestem dla niego kimś wyjątkowym.
Z czasem zobaczyłam jednak, że on zwyczajnie boi się ująć za mną. Że nie ma takiej potrzeby. Bardziej przejmował się tym, ile kosztowałoby go spięcie z kimkolwiek niż to, że mnie zawiedzie.
W jednej sytuacji nie wytrzymałam podniesionym głosem zwróciłam jego matce uwagę. Efekt był taki, że on stanął murem za matką... Myślałam, że mi serce pęknie, bo kochałam tego człowieka, a on obrócił się przeciwko mnie.
Dziś żałuję, że wtedy nie zakończyłam tego związku. A co zrobiłam? Zostałam z nim. Mało tego, to on był na mnie wściekły, a ja przepraszałam i walczyłam, żeby załagodzić sytuację.
Jednak te wszystkie wydarzenia tak we mnie siedziały, że od czasu do czasu wypominałam mu je, on przyznawał mi rację, przekonywał, że dziś zachowałby się inaczej. Że to były błędy wynikające z niedojrzałości. Że tak naprawdę ja jestem dla niego najważniejsza...
Trzy lata temu zaszłam w ciążę, urodziła się nasza córeczka. W tym czasie znów miały miejsce kolejne sytuacje, w których on raz lepiej, raz gorzej się zachowywał. Ale wczoraj znów poczułam, że tak naprawdę siedzi w nim mały przestraszony chłopiec, który zwyczajnie boi się ludzi. On poszedł do fryzjera, ja byłam z małą na placu zabaw. Po jakimś czasie dołączyłyśmy do niego. Właścicielka salonu przez kilka minut naszej obecności tam przewracała oczami i prychała (choć moje dziecko ani nie wrzeszczało, anie nie biegało, a nie nie robiło czegokolwiek, co mogłoby przeszkadzać dwóm pozostałym klientom, czy fryzjerkom; naprawdę mam świadomość, że dzieci mogą irytować innych ludzi, więc kiedy moje dziecko hałasuje, uciszam je, nie pozwalam odciskać łapek na szybie lady, bo wiem, że ktoś później musi te ślady posprzątać). Jednak pani miała ewidentnie jakiś problem z obecnością dziecka w salonie, bo w pewnym momencie, kiedy moja córeczka powiedziała, że chciałaby "potuptać" zwróciła się do mnie ostro, że to nie jest miejsce dla dzieci. I wywaliła mnie i moją córeczkę z salonu. Ubierając siebie i małą, kłóciłam się z babą. A w tym czasie mój partner siedział jak trusia i słowem się nie odezwał. Wyszłam trzasnąwszy drzwiami. A on został. I z tego, co wiem, odezwał się do tej baby dopiero wtedy, kiedy po moim wyjściu, zaczęła na głos komentować sytuację (poprosił ją o wstrzymanie się od komentarza). Poddał się kolejnemu myciu głowy, zapłacił za usługę, coś tam jeszcze powiedział babie na koniec. I wyszedł.
A ja siedziałam na ławce z córeczką, która tak bardzo przeżywała moją kłótnię z tamtą kobietą, że rozpłakała się i powiedziała, że "pani była niegrzeczna". Zapytała się też "gdzie jest tatuś?". A tatuś właśnie poddawał się kolejnemu myciu głowy i masowaniu przez fryzjerkę.
Może jestem nienormalna, ale w sytuacji, w której z jakiegokolwiek lokalu, bez żadnego powodu, wywalono by moje dziecko i partnera, ja nie zostałabym ani sekundy dłużej. Wyszłabym lojalnie, przeszła tych dwadzieścia metrów dalej do kolejnego zakładu, gdzie dokończono by strzyżenie. I miałabym poczucie, że zachowałabym się honorowo wobec własnej rodziny. Mało tego, idąc nawet z ogoloną do połowy głową, która wzbudzałaby zainteresowanie przechodniów, czułabym, że mam w tej chwili klasę, jak mało kto.
Ja wiem, że ktoś określiłby tę sytuację jako banalną i niewartą uwagi. Ale dla mnie, w obliczu całej przeszłości, była niezmiernie wymowna i pokazała, że mój partner nie ma zielonego pojęcia, co to znaczy lojalność, co znaczy ujęcie się za własną kobietą i swoim dzieckiem.
Od wczoraj czuję, jakby coś we mnie pękło. Taki mam żal do niego, że nie da się tego opisać. Pozwolił sobie między innymi na to, żeby wykpić moją reakcję u fryzjera i powiedział, że właścicielka lokalu, która wyrzuciła mnie i córeczkę trafnie stwierdziła, iż "jestem rozchwiana emocjonalnie" (czy coś w tym stylu).
Przetrawiam tę sytuację i wszystkie inne od wczoraj. On filozofuje, wymądrza się. A ja ryczę, że znów zostawił mnie samą, kiedy powinien lojalnie ująć się za mną i córeczką...