Mam problem ze zrozumieniem mojego zwiazku i wlasnego postepowania. Caly wolny czas razem spedzam z moim mezem i jeszcze w pracy sie poznalismy! Bylo pieknie jak o mnie zabiegal, ja sama mialam sporo zajec i stawialam na rozwoj i czas wlasny (cwiczenia, j. hiszpanski, rower, basen) a teraz sama sie wkrecilam w siedzenie w domu na kanapie przy TV. Wiem, ze czas sie ruszyc, bo od tego lezenia bola pleci i tyje - MARAZM JAKIS I NIE MOGE SIE WYRWAC. Motywuje sie do dzialania jak sie posprzeczamy i on milknie. To sa jednak tylko plany az sie nie pogodzimy. Dodatkowo w miedzy czasie moj maz wkrecil sie w gre w czolgi przez internet. Obecnie tylko to i piwo go relaksuje co weekend (wieczne spory czy choc raz na jakis czas nie moglo by byc inaczej!). Zawsze jedna i ta sama odpowiedz, ze on ciezko pracuje i nalezy mu sie w weekend relaks tak jak lubi i ze wszyscy tak maja. Nie ma innych zainteresowan i nigdzie nie wychodzi, od ponad 3 lat raz go wypchnelam na piwo z kolega. Stroni od znajomych, mimo mojej zachety by wyszedl zadzwonil do rodzicow, znajomych w PL. Ja czasem wychodze na imprezy z pracy, do kolezanek czy spacer. Problem w tym, ze wpedzam sie - troche czasem tez za jego podszeptami - w poczucie winy i nie wychodze. Brak mi tez konsekwencji. Jak sie ladnie odstroje i gdzies wychodzimy ciagle to widzi ale juz na mnie tak nie spoglada jak kiedys, no bo widzi mnie na codzien zapewne ladnie w pracy ubrana. No ale to dziwnie, ze ja bede sama chodzic a on sam w domu, to co nas ma laczyc??? Ogolnie jest zamkniety w sobie, choc twierdzi, ze nie jest skomplikowany. Czasem pytam by podjac jakis temat o czym mysli a on na to, ze patrzy na drzewo, samochod, okno itd. Najgorzej jak mu cos nie pasuje, potrafi tylko milczec dlugo i zachowywac sie jak ''zramolaly singiel'' (sobie kupuje,robi jedzenie, pranie - jakby byl sam w domu!). Czasem nawet kilka dni, wiem ze czeka az ja przeprosze, bo zawsze moja wina i ponoc nie umiem przepraszac i mam sie uczyc.
Staralam sie wiele razy rozmawiac, zachecic do dzialania, kontaktow ze znajomymi w Pl - w koncu mamy po 33 lata dopiero - ale marny efekt badz tylko chwilowa zmiana. Mowi, ze najlepiej mu sie spedza czas ze mna. Kurcze ale co za duzo to nie zdrowo!!! Wydaje mi sie, ze ma pretensje, ze pilnuje go by ograniczal czas na gre i ilosc alkoholu i wymagam robienia czegokolwiek innego. Oczywiscie na emigracji, zyje sie inaczej ale nie znaczy ze gorzej, tym bardziej ze stac nas na wiele, bo umiem oszczedzac.
Najgorsze, ze postanowilismy kupic dom na kredyt i podpisanie finalnej umowy na koniec miesiaca planowane. W sylwestra wybuchl na mnie chyba skrywana zloscia po powrocie do domu i powiedzial, ze zadzwoni i anuluje to, ze dobrze ze dzieci nie mamy, ze jestem zalosna i nawet moja siostra to widzi. Ostatnio faktycznie mowilam mu, ze siostra mnie zdenerwowala bezpodstawnymi pomowieniami, wiec uzyl to przeciw mnie.
Jestem energiczna i odnoszaca sukcesy osoba ale i taka ktora, stara sie aby wszystkim bylo dobrze i pomaga i wspiera - lubie jak to ktos docenia. Jednak wiekszosc czasu ludzie zwracaja sie do mnie tylko jak potrzeba im porady lub pomocy. Czasem juz mysle, ze jestem beznadziejna jak mam gorszy moment, choc na codzien znam wlasna wartosc i wciaz staram sie uczyc siebie i by bylo dobrze.
Gdzies po drodze popelniam ciagle ten sam blad, mysle ale nie moge tego dostrzec!!!
Brakuje mi spojrzenia z dystansem.
Bede wdzieczna za podpowiedzi....