Cześć
Mam 30 lat, jestem ładna, wykształcona, sympatyczna. Nigdy nie byłam w dłuższym czy poważniejszym związku. Nie byłam zakochana więc nigdy nikt mnie nie zranił. Chce się zakochać, mieć rodzinę, dzieci.
Całe życie powtarzam jeden schemat w relacjach z mężczyznami: Poznaję kogoś, kto wydaje mi się dość sympatycznym, wartościowym człowiekiem, z którym mogłabym może stworzyć stały związek, miło mi się spędza z nim czas, ale jest mi dość obojętne czy napiszę do mnie sms czy nie, czy się z nim spotkam w tym tygodniu czy za dwa tygodnie i nie tęsknie ... mam nadzieję, że jakoś się zauroczę jeszcze, że będę czekała z niecierpliwością na następne spotkanie, że uśmiechnę się na myśl o nim, że potrzebuję czasu. A ja ciąglę czuję do niego to co do przyjaciela. Po kilku spotkaniach gdy widzę, że on okazuje mi coraz większe zainteresowanie, a czasem wręcz zaczyna się we mnie podkochiwać ja czuję się coraz gorzej bo wiem, że ja jeszcze nic nie czuję i nie wiem czy kiedykolwiek poczuję w przyszłości, nie chce go zwodzić, spotykać się dalej i automatycznie dawać nadzieję, którą sama tracę i zrywam. I w gruncie rzeczy nigdy nie żałowałam, że zerwałam z nim, nie wspominałam później tego faceta.
Można by było powiedzieć, że skoro nie żałowałam, to może nie był "ten jedyny", ale ileż można czekać i szukać aż się poczuje to coś więcej?
Zawsze myślałam, że to na początku znajomości powinny być te głupie motyle w brzuchu, później może one znikają i zostaję właśnie przyjaźń i bliskość i wspólne wspomnienia o motylach. Może się mylę, może nie zawsze na początku musi być jakieś zauroczenie z obu stron? Ale ile można czekać na pojawienie się jakiegoś uczucia i ile można trzymać tą drugą stronę w zawieszeniu, trochę ją oszukując, bo przecież idąc dalej dajesz jej do zrozumienia, że coś może z tego być i angażujesz go coraz bardziej, nie chce nikogo ranić, może nie powinnam zrywać po 2-3 m-cach znajomości, może to za mało? Może traktuję wszystko za poważnie?
Gdzieś robię błąd. Może wy mi go wytkniecie. Czuję się bezradna i samotna.
Jeszcze jedno.Niektórzy powiedzą może jakieś przeżycia z dzieciństwa mnie blokują, ale mam w miarę normalną rodzinę, choć może tato był dość autokratyczny a mama nadopiekuńcza i potrafili się nieźle kłócić, ale zawsze miałam poczucie, że jestem kochana przez oboje, więc nie wydaje mi się by tu tkwił jakiś główny problem.