Na pewno wszyscy bardzo tęskniliście za moimi związkowo-miłosnymi schizami, ale nie martwcie się, nie zawiodę ![]()
Otóż, od pewnego baardzo krótkiego czasu już nie jestem kawalerem (znaczy, panną, ale kawaler lepiej brzmi) do wzięcia. Początek znajomości banalny - impreza w klubie, taniec, fajka, piwo, fajka, piwo, przegadanie prawie do rana... Parę spotkań - potrafił przyjść/przyjechać nawet na chwilę, żeby ze mną zapalić. Na początku mówił (i to nawet ładnie) o wolności, że nic go tu nie trzyma, że może w każdej chwili jechać za granicę, jak mu się spodoba. Aha - myślę - no to nie ma się co przywiązywać, spoko, mi ten kawalersko-hedonistyczny żywot zaczął nawet pasować. I nagle zdziwienie - coś o związku, o wspólnym mieszkaniu. Że co? Mówię, że nie, że to chyba za szybko, mnie dopiero co we wrześniu chłop rzucił o jakąś totalną bzdurę, może po miesiącu pomyślimy... Ale sama idea nie była jak dla mnie zła. Spoko, nie ma problemu, dalej się widywaliśmy tak jak wcześniej, choć wciąż mi dawał dość subtelnie znać, że byłby skłonny ze mną być.
No i któregoś dnia musiałam go poprosić o przysługę - musiałam w końcu odebrać ze dwie spore gabarytowo rzeczy od ex, a wśród moich znajomych tylko on ma sprawny samochód (miałam jechać z innym kolegą, ale akurat maszyna się rozwaliła). Chyba tak naprawdę musiałam sprawdzić, czy się do końca z tamtego wyleczyłam, bo łatwo mówić "a, kij mu w oko", gdy się człowieka nie widzi; a potem przypadkiem się minie na ulicy i płacze przez tydzień. Było lepiej, niż myślałam - z uczuć pozostało jedynie coś w rodzaju współczucia (Przyznał mi się do zdiagnozowanej ostrej nerwicy, co by sporo wyjaśniało) i niesmaku. No i dobrze. Myślałam, że będzie znacznie gorzej. Potem tylko zastanawiałam się, jakim cudem ludzie, którzy kiedyś byli tak blisko nagle mogą się sobie stać jak obcy, ale nieważne.
Po nocy spędzonej na kalkulacjach, prób oddzielenia działania hormonów (które, niestety, krzyczą jednogłośnie: bierz i nie pie*dol!) od zdrowego rozsądku, myślę - kij, monogamia jednak nie jest dla frajerów*. Spróbujemy, zobaczymy. Powiedziałam mu o tym i m.in też o tym w powyższym akapicie. Ucieszył się. Jesteśmy sobie razem, szukamy mieszkania do wynajęcia, jest pięknie, do cholery.
Brzmi jak tanie romansidło a'la Twilight, co? Więc zetrzyjcie, drogie dzieci, tęcze i odchody jednorożców ze ścian i zobaczcie, co Pająka dręczy i męczy:
1. Facet - ideał. Pod względem wyglądu, charakteru i w ogóle wszystkiego - słowo honoru, nawet logika i rozsądek potwierdzają (endorfino, oksytocyno, serotonino, idźcie być hormonami gdzie indziej). Na pewno musi mieć coś nie tak z głową, skoro leci na mnie, ale jeszcze nie jestem w stanie stwierdzić, co. Ale nie do końca - cholerne 13 lat różnicy (ja mam 20). Może i by to nie było takie straszne, ale niestety, mi bez dowodu nie sprzedadzą nic fajnego (i jeszcze oglądają ze wszystkich stron, żeby się upewnić, czy to aby nie podróba), więc na pierwszy rzut oka pewnie wydaje się więcej. Mi to nie robi - do różnorakich obelg jestem przyzwyczajona, więc "galerianka" nie zrobi wielkiej różnicy. Ale boję się, że jacyś jego znajomi - których prawdopodobnie będę musiała w końcu poznać - mogą snuć jakieś chamskie dywagacje, że lecę na kasę (taak, i dlatego pewnie zawsze staram się oddawać i płacić za siebie w miarę możliwości) albo na cośtam (o auto chyba nikt się czepiać nie będzie, bo mi się wprawdzie bardzo podoba, ale nie jest to żaden mercedes z salonu<błe!> ani nic takiego). Powtarzam - mnie to nie wzruszy, ale jego mogłoby i co wtedy...
2. W moim życiu dominuje pewna reguła "im bardziej się staram, tym gorzej wychodzi". Cholernie się boję, że będzie tak jak ostatnio - nieważne, ile wysiłku włożę, jaka fajna nie będę, coś się weźmie i schrzani przez jakąś głupotę. Wydaje mi się, że jest to syndrom zbitego psa, który wszędzie węszy podstęp i będzie szukać dziury w całym. I doskonale wiem, że to się bierze tylko i wyłącznie z tego, że do tej pory miałam zwykłego pecha (i niekiedy bywałam też niezwykłym kretynem) ale jak na moje, to wszystko coś zbyt ładnie się potoczyło <- o, własnie o tym mówię. Zamiast się tym cieszyć, szukam gdzieś "haczyka" bo mój paranoiczno-cyniczny mózg (nie... scumbag brain, ot co) wkręcił sobie, że gdzieś musi być. Albo się po prostu do tego przyzwyczaił. Bogowie jedni wiedzą, co bym oddała za to, żeby tego haczyka nie było. Chociaż ten jeden raz.
3. Paranoi ciąg dalszy: To generalnie wyewoluowało bardzo szybko, w przeciągu jakichś 3-4 tygodni (może nieco więcej, nie pamiętam). Boję się, że w tym wypadku to facet jakimś cudem pomylił zwykłe działanie hormonów z uczuciami i gdy mu przejdzie, to zwieje. Pocieszam się jedynie tym, że opinia publiczna na uczelni uważa mnie za inteligentnego osobnika, a i cycków nie mam, więc może nie do końca.
Wiem - psycholog się kłania, prawda? Problem w tym, że nie mam na to czasu, więc wolałabym jakoś samodzielnie doprowadzić swoją psychikę do ładu i składu. Ostatnio się udało (serio, po tej aferze wrześniowej byłam zakonserwowanym w % wrakiem człowieka).
PS.*na takie i podobne stwierdzenia proszę nie zwracać większej uwagi, gdyż są to jedynie głupie żarty (ale są też dobre z innych powodów).
PS2. Jeśli to czyta ktoś, z kim wcześniej prowadziłam jakąś mniej lub bardziej kulturalną dyskusję na tego typu tematy, to ma niepowtarzalną okazję i pełne prawo mnie wyśmiać. Jestem bezbronna jak ptasznik po wylince.