Witajcie. Chciałam się tu troszkę pozwierzać bo sama nie wiem czy sie nad tym moim losem uczuciowym smiac czy płakac... raczej płakac bo to wszystko jest dla mnie powodem ciągłych stanów depresyjnych... Mam 32 dwa lata i jestem singielka. Moja pierwsza relacje sercowa rozpoczełam w wieku 17 lat i trwała 5 lat. Był to mój pierwszy - i własciwie ostatni zwiazek niestety z kims toksycznym... moze ja sama byłam wtedy w pewnym sensie toksyczna... zerwałam po pieciu latach. W tym czasie moje kolezanki zaczeły zakładac rodziny, na nowo sie zakochiwac itd itp... ja natomiast miałam głowe do naprawy po tych 5 latach... jakies dwa lata po zerwaniu zaczeło sie... na mojej drodze - zupełnie z nienacka zaczeli pojawiac sie mezczyzni, po którch zawsze płakałam... schemat jest zwykle taki: zyje sobie, nagle w jakis okolicznosciach poznaje goscia, lubimy sie, rozmawiamy, wydaje sie ze jest miedzy nami super wiez emocjonalna a potem zawsze okazuje sie ze to nie wystarcza... niby nic nie staje na przeszkodzie a jednak nic z tego byc nie moze. Ostatnio to juz chyba spotkał mnie szczyt ironii losu... zainteresował sie mna bardzo przystojny mezczyzna w moim wieku ale zonaty. Była miedzy nami super relacja ale ja zawsze podkreslałam ze dla mnie obraczka to teren zakazany. I nigdy miedzy nami do niczego nie doszło. A zachowywał sie tak jakbym sobie tego zyczyła ale od wolnego faceta. I byłam strasznie zła na los. Zakonczyłam to bo widziałam ze zmierza to do nikad. Ani ja nie miałam zamiaru zostac kochanka ani jemu chyba tez w glowie rozwód raczej nie był. Jeszcze przed nim był taki gosc z którym tez swietnie mi sie gadało i wydawalo mi sie ze wiele nas łaczy...ale on z kolei chyba był gejem...to sa takie moje podejrzenia na podstawie pewnych obserwacji... Przed nimi jak z choinki urwani pojawiło sie na bardzo podobnej zasadzie jeszcze pięciu... Najgorsze jednak jest to ze ja przez to wszystko zyje jakby w ciagłej depresji bo nie wiem czy to ma tak wygladac do konca zycia? Po kazdej relacji przezywam to bardzo mocno, popadam w bardzo głebokie doły... zaniedbuje obowiazki... a mam z czego sie cieszyc... mam prace która jest moim powołaniem, dach nad głowa, rodzine na która zawsze moge liczyc... teraz wciaz trwa we mnie załoba po tym ostatnim... popadam w takie stany ze musze siegnac po jakas tabletke bo bym nie ruszyła z miejsca... a z drugiej strony nie chce az tak uzalezniac mojego byc albo nie byc od tego czy w moim zyciu jest facet czy go nie ma... te moje niepowodzenia a szczegolnie załoba po nich przezywana przesłania mi całe piekno zycia...
Podobne tematy
Lektura obowiązkowa:
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/83812/magnetyzm-serca
A poza tym zrób tak, żeby mieć fajne życie jako singielka, a reszta sama się ułoży.
Ta książka jest rewelacyjna i myślę, że wyjaśni wszystkie Twoje wątpliwości związane z przyciąganiem niewłaściwych mężczyzn.
Dziekuję za odpowiedź oraz fajne i mądre słowa :-):-):-) Książeczkę już zamówiłam:-) po przeczytaniu o niej co nieco stwierdziłam ze moze tam byc ukryty klucz, a ja chcę w końcu zacząć czuć się ze sobą dobrze...
Pozdrawiam!!!