Rozumiem, te wszystkie autorki/ autorów postów wylewających " żółć" na "zdradzaczy" i "przyczynę zdrady - kochanki". Ten etap, po zdradzie i w konsekwencji odejściu partnera musi być - również to przeszłam i nawet do tej pory od czasu do czasu, zdarza mi się wyciągnąć takiego demona z szafy i podyskutować z "nim" ..pożalić się nad sobą i losem swym.
I pomaga, bo w końcu, dlaczego wmawiałam sobie, że "świat mi się zawalił", kiedy on odszedł ? Ani trochę się zawalił..nic się nie zmieniło :
- czy mam więcej obowiązków niż poprzednio? Nie..nie mam, bo on mi kompletnie w niczym nie pomagał i dom traktował jak hotel,
- czy nie mam czasu dla siebie? Mam..a owszem, bo jest wiele wieczorów, gdzie nie wiem co mam ze sobą zrobić..( uczę się dawać szansę dzieciom, żeby zajęły się same sobą i nie narzucam im swojego towarzystwa, z poczucia winy, że taty nie ma więc ja powinnam go zastąpić w zabawach) - więc wynajduje zajęcia tłumacząc sobie, że są krytycznie ważne.., np. po raz kolejny szorowanie łazienki
- czy zostawił mnie samą z całym domem na głowie? Tak zostawił...tak jak zostawiał poprzednio - nic się nie zmieniło,
- czy nie radzę sobie z tym całym "domowym inwentarzem" ? Radzę i to całkiem nie źle..przedtem też radziłam - różnica teraz jest taka, że nie muszę znosić jego towarzystwa i naburmuszonej miny, strachu w jakim dzisiaj humorze będzie ?
Więc nadal nic się nie zmieniło : dzieci chodziły do szkoły jak poprzednio, ja do pracy również, świat wokół się nie zmienił - nie stanął w miejscu w dniu jego przeprowadzki do niej.
Czemu więc, wydawało mi się, że świat mi się zawalił, że nie potrafiłam żyć, oddychać, śmieć się ?
To ta rozpacz nad sobą, żal a przede wszystkim złość..
- że inna kobieta jest z nim,
- że ona nie jest samotna tak jak ja teraz..
- że ja tu cierpię a oni się świetnie bawią - zazdrość !
Zazdrość, że ta kobieta ma to, co tak bardzo bym chciałam poczuć od niego, czego nie dane mi było doświadczyć od tylu lat, a ona to dostała..że jest najważniejsza w jego życiu - że zajęła moje miejsce! No wściec się można i zarazem trudno się do tego przyznać.
Wiec, żeby poczuć się lepiej wieszamy psy na niej i na nim ..bo trudno czuć się doskonale, kiedy ktoś cię odrzucił i odszedł do innej/ innego i zakomunikował patrząc Tobie w oczy .."Już Cię nie kocham, nie chce być z Tobą !"
Czujesz się mało wartościowym człowiekiem, bo on/ona mnie nie chce..więc kto mnie zechce?
Trudno też pogodzić się z porażką..bo masz świadomość, że to ty poniosłaś porażkę..bo jesteś sama..
I tak użalając się nad sobą, kolekcjonując i rozpamiętując wszystkie złe jego uczynki, wyciągając demona co wieczór z szafy, bo trzeba poumartwiać się przy falszeczce nad sobą - mijają lata.
Nadal nie mamy siły, żeby otrzepać tą zakurzoną sukienusię, zrobić egzorcyzmy i pozbyć się demona z szafy ...nie mamy motywacji..
Owszem z czasem godzimy się z sytuacją, on u niej - ty z dziećmi...ale czy jesteśmy "uleczone" ..? Myślę, że dopóki nie znajdziemy motywacji do zmiany - nie ma szans, bo nadal lewitujemy, dryfujemy w poczuciu bezcelowości i rutynie naszego życia..prawda?