Zawsze marzyłem o miłości. Nie to żebym był przesadnym romantykiem piszącym wiersze, marzyłem po prostu o szczęśliwym, pełnym uczucia związku. W młodości byłem bardzo nieśmiały i dwu-trzykrotnie zakochałem się na zabój. Moja katorga trwała za każdym razem prawie rok, byłem zawsze blisko nich i nigdy jako mężczyzna. Bałem się, one mnie lubiły a ja bałem się odrzucenia i tego że nagle przestaną mnie lubić. Taki biedny, smutny nastolatek.
Po pewnym czasie to się zmieniło. Imprezy, koleżanki, pierwszy pocałunek, zaraz następne. Potem pieszczoty, inicjacja etc. Wszystko przygodnie. Do momentu gdy znalazłem dziewczynę, znaczy niby bez żadnych deklaracji ale spotykaliśmy się, wtedy było już nie-przygodnie. Nie kochałem jej, czułem może na początku lekkie zauroczenie. Skończyło się. Były kolejne, już niezwiązkowe znajomości kończące się seksem, dosłownie. Po tym, mimo że myślałem że będzie dobrze kontakt sam urywałem. Miałem wyrzuty sumienia, czułem się podle. Zdarzyło się tak kilka razy i stop, od jakiegoś czasu się uspokoiłem. Mierzi mnie taki seks, seks bez uczuć jest dla mnie jałowy i nieciekawy. Nie cierpię tego, czuję wstręt do siebie ale zawsze tak kończę. Nie potrafię nawiązać znajomości która mogłaby przemienić się w związek. Może dlatego że się już nie zakochuję, niezależnie jak dziewczyna jest ciekawa, mądra i atrakcyjna? Podoba mi się i nic więcej.
Kolejnym powodem jest mój rozmiar tam na dole. Nie będę się na nim rozwodził, jakoś żyję. Z seksem bez zobowiązań jakoś nie miałem problemu. Nie wyobrażam sobie jednak seksu z przyszłą ukochaną. Chyba bym się zabił ze świadomością że nie mogę jej zapewnić tego na co zasługuje.
Nie mam pojęcia co ze sobą zrobić. Usycham sobie, cierpi na tym moja nauka którą już chyba pogrzebałem, moje życie towarzyskie, zainteresowania. Nawet książek nie czytam, głupich gier nie ruszam... Jak mógłbym naprawić swoje podejście bądź czym zająć umysł, jak go oczyścić by wyjść z tego marazmu?