Witam Was i proszę o pomoc.
Nigdy nie spodziewałem się że przyjdzie mi pisać na forum o moich problemach - piszę bo doświadczam czegoś co znałem tylko z opowieści - porażającej samotności.
Jesteśmy z żoną razem od 11 lat - małżeństwem od 2,5 roku. Poznaliśmy się w szkole średniej. M bardzo mi się podobała i zaimponowała mi wtedy swoją pracowitością. Na początku było to zauroczenie i przez dość długi czas nie czułem czy M jest tą jedyną. M była bardzo podporządkowana swojej mamie i miała niską pewność siebie. Ja chciałem jej z tym pomóc - myślałem że to nas do siebie zbliży. Z resztą przez bardzo długi czas myślałem że M to doceniała - dopiero ostatnio dowiaduje się że nie do końca.
Przeżyliśmy razem okres studiów w który wchodziły wyjazdy na studia zagraniczne przez co też wspólne mieszkanie. Poprzez to przyszło nam się docierać i ścierać w kwestiach obowiązków domowych itp. ale zawsze było tak że poprzez to że oboje chcieliśmy być ze sobą - dogadywaliśmy się. Ja czułem że zawsze mogę na M liczyć. Teraz z perspektywy czasu (i kiedy już tego nie czuję) nie jestem pewny czy wystarczająco okazywałem jak to doceniam.
Po studiach za granicą pojęliśmy ciężką decyzję że M zostanie za granicą a ja w Polsce ze względu na pracę. Po około roku mieliśmy zdecydować czy M przyjedzie do Polski czy ja do niej. Najlepszym świadectwem mojego zaufania do M (i M do mnie) było to że wielu ludzi w tym rodzina mówiła mi że mam nie pozwolić na taką rozłąkę bo ryzykujemy rozstanie - ja (do dziś pamiętam to uczucie) byłem pewny że to co nas łączyło z M wytrzyma tą próbę. Początki życia w osobności były dla nas różne. M. okazywała mi że bardzo za mną tęskni ja też tęskniłem ale znowu - z perspektywy czasu chyba nie okazywałem tego wystarczająco. Dopiero z biegiem miesięcy zacząłem rozumieć jak bardzo brakuje mi M, że mimo różnic między nami M jest tą jedyną. Kiedy poczułem że M jest sensem mojego życia, że mnie zawsze zrozumie żę mogę dla M zrobić więcej niż dla siebie, że mogę i chcę robić dla niej rzeczy wbrew samemu sobie - zdecydowałem się oświadczyć. M przyjęła oświadczyny z entuzjazmem (pisząc to teraz otworzyłem filmik nagrany tuż po oświadczynach i się rozkleiłem).
Oświadczyłem się po około roku mieszkania osobno. Po oświadczynach wiec przyszedł czas decyzji - czy M wraca do PL czy ja rezygnuję z mojej pracy i jadę do M. Tu chciałbym też dodać że M jest raczej osobą bierną która rzadko pchała nasz związek w takich kwestiach. Decyzja którą mieliśmy podjąć nie była łatwa - praca M była mało perspektywiczna a ja nie byłem do końca zadowolony ze swoich zarobków i natłoku pracy. Wtedy też zacząłem namawiać M żeby zmieniła pracę myśląc że mnie będzie łatwiej znaleźć pracę zagranicą niż M w Polsce wiec jeżeli ona zmieni pracę na bardziej perspektywiczną to decyzja dla nas będzie łatwa. Moje namawianie M do zmiany pracy wywoływało jednak spięcia między nami. Z perspektywy czasu widzę że za bardzo namawiałem. Robiłem to bo czułem presję podjęcia właściwej decyzji... Nasze spięcia dochodziły do momentów gdy mówiłem że nasz związek nie ma sensu bo nie potrafimy się dogadać a M obstaje przy swoim nie licząc się z moim zdaniem. Znowu - z perspektywy czasu wiem że nawet jak myśli się że związek nie ma sensu trzeba to zachować dla siebie. Jednak mimo tych wszystkich spięć wracaliśmy do siebie. Mnie siły dodawał fakt że M zależało na nas i o nas walczyła.
Rzuciłem pracę i przyjechałem do M za granicę. Kilka dni po przyjeździe M powiedziała że mnie już nie kocha, że chce się rozstać i oddała mi pierścionek zaręczynowy. Tego co wtedy przeżyłem nie zapomnę do końca życia. Do tego czasu byłem pewny że M na nas zależało, że mnie kocha i że zawsze będziemy razem. Po okresie szoku postanowiłem o nas walczyć. Zacząłem wypytywać co doprowadziło do tej sytuacji. Zrozumiałem że M źle czuła się z moim ciągłym namawianiem do zmiany pracy i kłótniami które z tego powodu mieliśmy. Zrozumiałem że to było złe i obiecałem że się zmienię. Daliśmy sobie szansę choć musiałem o nas bardzo walczyć i tak naprawdę od tamtego czasu już nigdy nie poczułem się tak pewny M jak czułem się wcześniej. Proszę nie odbierajcie bycia pewnym M w negatywnym znaczeniu - nie oznaczało to bowiem że się o nas nie starałem kiedy tak czułem.
Po jakimś czasie ja znalazłem pracę i kupiliśmy mieszkanie na kredyt. Zaczęliśmy je wyposażać i po prostu żyć i więź między nami zaczęła powracać. Postanowiliśmy się pobrać. M teraz twierdzi że ja na to nalegałem - to boli bo ja pamiętam to jako wspólną decyzję.
1,5 roku po ślubie przeżyliśmy szczęśliwie, bez poważnych problemów - może 2 rzeczy warto zaznaczyć - w tym czasie ja musiałem podjąć kilka ważnych decyzji odnośnie mojej pracy i kariery i nie czułem że M potrafi mi pomoc, czułem się sam ze swoimi problemami. Dodatkowo wydarzyła się jedna sytuacja która jak się teraz okazuje bardzo zabolała obojga z nas (choć wtedy myślałem że tylko mnie). Otóż M zaczynała nową pracę i w moje urodziny zdecydowałem się jechać ponad 200km żeby kupić M samochód którym mogłaby dojeżdżać do pracy. Sam samochód był bardzo drogi i o wiele lepszy od mojego ale chciałem żeby M była bezpieczna i szczęśliwa. Pewnie tylko ja to tak widzę ale był to dla mnie właśnie wyraz miłości. Choć nie oczekiwałem niczego w zamian myślałem że M. weźmie mnie pod uwagę w swoich planach na weekend (skoro nie obchodziliśmy urodzin). W ten weekend przyjechała do M koleżanka. W sobotę nie mogłem z nimi wyjść od rana jednak miałem nadzieję że wrócą popołudniu żeby spędzić jakoś czas razem. Myliłem się. Zadzwoniłem do M. późnym popołudniem - smutny że nie przyjechały - M nie potrafiła zrozumieć o co mi chodzi. Na niedzielę mieliśmy z M plany jednak M zdecydowała że w związku z tym ze jej koleżanka chce gdzieś tam jechać pojedzie z nią.... Po tym wszystkim czułem się dość okropnie i porozmawiałem o tym z M. a ona powiedziała że rozumie. Jednak teraz wypomina mi tamta sytuacje mówiąc że koleżanka przyjeżdża raz a my się mamy na co dzień i nie będzie umiała się inaczej zachować w przyszłości. M mówi też że od tego się zaczęły jej wątpliwości czy do siebie pasujemy.
Nadszedł luty tego roku i powstała sytuacja która powinna być błahostką przerodziło się w ogromny problem. W skrócie napiszę że poszło o przyjazdy do Polski na imprezy rodzinny - mieliśmy wykupione już bilety na loty do Polski jednak musieliśmy kupić dodatkowe ponieważ rodzina M zmieniła termin imprezy (z błahych moim zdaniem powodów). Ja nie rozumiałem czemu musimy się dostosowywać. Doszło do tego że M powiedziała że kupuje bilety i leci sama. Ostatecznie polecieliśmy razem ale ogromny niesmak pozostał. Bo M oczekiwała ze po prostu powiem ok bez gadania a ja potrzebowałem przynajmniej czuć że jestem brany pod uwagę z moją odmienną opinią.
Od tego czasu zaczęło się wszystko walić. Czuję brak empatii i jakiekolwiek zrozumienia. Czuję obojętność ze strony M. Próby rozmowy z M o moich odczuciach i o tym co mnie boli najczęściej kończyły się odbieraniem tego przez nią jako atak lub tym że mówiła że to co czuję to absurd. Ja zawsze byłem otwarty na rozmowę z jej strony i jeżeli ją coś bolało zawsze chciałem to zrozumieć.
Po kilku miesiącach życia w zawieszeniu M zdecydowała się wyprowadzić. I tu znowu poczułem coś absolutnie okropnego. Nie rozumiałem jak można się nie dogadać w tak błahych sprawach i jak to może doprowadzić do rozpadu małżeństwa. Rzeczy które usłyszałem przez ten czas od żony i jej obojętność na mój ból dźgały w serce jak strzała. Od niedowierzania przechodziłem w panikę. Próbowałem wszystkiego - poradni małżeńskiej, rozmów z jej rodziną itp. Znów walczyłem o nas ale w zamian dostawałem obojętność i oschłość.
Ostatecznie M się nie wyprowadziła choć niestety sytuacja nie uległa znacznej poprawie. Żyjemy w zawieszeniu i chwile względnej normalności przeplatane są chwilami nieporozumień. Ja czuję że straciłem sens życia bo kiedyś była nim dla mnie M. Czuje się cholernie samotny bo tak jak kiedyś M była moim najlepszym przyjacielem teraz czuję że ją drażnię. Czuję że nie mogę już dzielić się z nią moimi odczuciami bo ona i tak odbierze to jak atak. Czuję że jedyne rozwiązanie abyśmy byli jeszcze razem szczęśliwi to abyśmy się nawzajem starali przywrócić w sobie wiarę w ten związek i zaufanie do siebie. Potrzebujemy nawzajem sobie pokazywać że nam na sobie zależy i dbać o nasz związek. Ja się staram na ile mogę ale obojętność M odbiera mi siły. Powiedziałem to właśnie M ale ona po kilku dniach namysłu powiedziała że nie jest w stanie dać mi tego co ja potrzebuję.
Chcę jeszcze dodać że większość naszych spięć dotyczy(ła) błahostek. Jest jednak jeden temat który bardzo często powraca - rodzina M. Ja nie mam żadnych negatywnych odczuć w ich kierunku jednak boli mnie kiedy M dokonuje wyborów które pokazują mi że jej mama/rodzina jest dla niej ważniejsza niż nasz związek zapominając jak bardzo jej mama nią manipulowała (ja jej pomogłem z tego wyjść) i jak wiele razy jej rodzice wybierali własne potrzeby ponad jej potrzebami (wtedy również ja pomagałem M i wspierałem ją). Ja wierzę że kiedy wchodzi się w związek małżeński to zaczyna się budować własną rodzinę i to ona staje się najważniejsza. Był bardzo długi czas kiedy M też tak myślała jednak i to się zmieniło.
Kiedy przypominam M że kiedyś była szczęśliwa - mówi że tak naprawdę nie była i że cały czas liczyła że coś się zmieni. Innym razem mówi że mogłem się starać wtedy kiedy ona też się starała bo teraz jest za późno.
Najbardziej brakuje mi tego poczucia że M zależy na mnie, na nas. W zamian często czuję że rozmowy ze mną traktuje jak zło konieczne.
Bardzo Was proszę o jakąkolwiek poradę. Czy jest coś co mogę zrobić żeby uratować nasze małżeństwo? Jak mam sobie radzić z to wszechogarniającą samotnością w małżeństwie i brakiem zrozumienia? Gdy patrzę na nią wciąż widzę tą osobę która zawsze była przy mnie.
Mam też kilka pytań do Was:
1) Czy to jest normalne że ludzie patrzą na cały związek z perspektywy tego co stało się ostatnio tzn. jak jest dobrze to związek jest dobry, jak pojawiają się problemy to związek jest zły. Czy nie jest to wyraz braku dojrzałości?
2) Zaobserwowałem też że wiele z tej nowej obojętnej M jest w jej mamie. Naprawdę nie chcę nikogo urazić i z góry przepraszam ale proszę powiedzcie czy koniec końców niektórzy ludzie porostu i może nawet podświadomie powielają schematy wyniesione z domu - a gdy zwraca się im na to uwagę reagują agresją.
Z góry dziękuję Wam za każde słowo i pomoc.
Na koniec jeszcze jedna wielka prośba - wiem że nie wielu zechce się czytać całe moje wypociny and proszę - powiedzcie czy ja jestem nienormalny w swoich potrzebach bo tak czasem się czuję przy M.