netkobietyWszystkie działy
Miłość, związki, partnerstwo

Samotność w małżeństwie

13 odpowiedzi3 411 wyświetleńzałożony przez farti, 12.11.2013

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Samotność w małżeństwie

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 14 ]

1

Temat: Samotność w małżeństwie

Witam Was i proszę o pomoc.

Nigdy nie spodziewałem się że przyjdzie mi pisać na forum o moich problemach - piszę bo doświadczam czegoś co znałem tylko z opowieści - porażającej samotności.

Jesteśmy z żoną razem od 11 lat - małżeństwem od 2,5 roku. Poznaliśmy się w szkole średniej. M bardzo mi się podobała i zaimponowała mi wtedy swoją pracowitością. Na początku było to zauroczenie i przez dość długi czas nie czułem czy M jest tą jedyną. M była bardzo podporządkowana swojej mamie i miała niską pewność siebie. Ja chciałem jej z tym pomóc - myślałem że to nas do siebie zbliży. Z resztą przez bardzo długi czas myślałem że M to doceniała - dopiero ostatnio dowiaduje się że nie do końca.

Przeżyliśmy razem okres studiów w który wchodziły wyjazdy na studia zagraniczne przez co też wspólne mieszkanie. Poprzez to przyszło nam się docierać i ścierać w kwestiach obowiązków domowych itp. ale zawsze było tak że poprzez to że oboje chcieliśmy być ze sobą - dogadywaliśmy się. Ja czułem że zawsze mogę na M liczyć. Teraz z perspektywy czasu (i kiedy już tego nie czuję) nie jestem pewny czy wystarczająco okazywałem jak to doceniam.

Po studiach za granicą pojęliśmy ciężką decyzję że M zostanie za granicą a ja w Polsce ze względu na pracę. Po około roku mieliśmy zdecydować czy M przyjedzie do Polski czy ja do niej. Najlepszym świadectwem mojego zaufania do M (i M do mnie) było to że wielu ludzi w tym rodzina mówiła mi że mam nie pozwolić na taką rozłąkę bo ryzykujemy rozstanie - ja (do dziś pamiętam to uczucie) byłem pewny że to co nas łączyło z M wytrzyma tą próbę. Początki życia w osobności były dla nas różne. M. okazywała mi że bardzo za mną tęskni ja też tęskniłem ale znowu - z perspektywy czasu chyba nie okazywałem tego wystarczająco. Dopiero z biegiem miesięcy zacząłem rozumieć jak bardzo brakuje mi M, że mimo różnic między nami M jest tą jedyną. Kiedy poczułem że M jest sensem mojego życia, że mnie zawsze zrozumie żę mogę dla M zrobić więcej niż dla siebie, że mogę i chcę robić dla niej rzeczy wbrew samemu sobie - zdecydowałem się oświadczyć. M przyjęła oświadczyny z entuzjazmem (pisząc to teraz otworzyłem filmik nagrany tuż po oświadczynach i się rozkleiłem).

Oświadczyłem się po około roku mieszkania osobno. Po oświadczynach wiec przyszedł czas decyzji - czy M wraca do PL czy ja rezygnuję z mojej pracy i jadę do M. Tu chciałbym też dodać że M jest raczej osobą bierną która rzadko pchała nasz związek w takich kwestiach. Decyzja którą mieliśmy podjąć nie była łatwa - praca M była mało perspektywiczna a ja nie byłem do końca zadowolony ze swoich zarobków i natłoku pracy. Wtedy też zacząłem namawiać M żeby zmieniła pracę myśląc że mnie będzie łatwiej znaleźć pracę zagranicą niż M w Polsce wiec jeżeli ona zmieni pracę na bardziej perspektywiczną to decyzja dla nas będzie łatwa. Moje namawianie M do zmiany pracy wywoływało jednak spięcia między nami. Z perspektywy czasu widzę że za bardzo namawiałem. Robiłem to bo czułem presję podjęcia właściwej decyzji... Nasze spięcia dochodziły do momentów gdy mówiłem że nasz związek nie ma sensu bo nie potrafimy się dogadać a M obstaje przy swoim nie licząc się z moim zdaniem. Znowu - z perspektywy czasu wiem że nawet jak myśli się że związek nie ma sensu trzeba to zachować dla siebie. Jednak mimo tych wszystkich spięć wracaliśmy do siebie. Mnie siły dodawał fakt że M zależało na nas i o nas walczyła.

Rzuciłem pracę i przyjechałem do M za granicę. Kilka dni po przyjeździe M powiedziała że mnie już nie kocha, że chce się rozstać i oddała mi pierścionek zaręczynowy. Tego co wtedy przeżyłem nie zapomnę do końca życia. Do tego czasu byłem pewny że M na nas zależało, że mnie kocha i że zawsze będziemy razem. Po okresie szoku postanowiłem o nas walczyć. Zacząłem wypytywać co doprowadziło do tej sytuacji. Zrozumiałem że M źle czuła się z moim ciągłym namawianiem do zmiany pracy i kłótniami które z tego powodu mieliśmy. Zrozumiałem że to było złe i obiecałem że się zmienię. Daliśmy sobie szansę choć musiałem o nas bardzo walczyć i tak naprawdę od tamtego czasu już nigdy nie poczułem się tak pewny M jak czułem się wcześniej. Proszę nie odbierajcie bycia pewnym M w negatywnym znaczeniu - nie oznaczało to bowiem że się o nas nie starałem kiedy tak czułem.

Po jakimś czasie ja znalazłem pracę i kupiliśmy mieszkanie na kredyt. Zaczęliśmy je wyposażać i po prostu żyć i więź między nami zaczęła powracać. Postanowiliśmy się pobrać. M teraz twierdzi że ja na to nalegałem - to boli bo ja pamiętam to jako wspólną decyzję.

1,5 roku po ślubie przeżyliśmy szczęśliwie, bez poważnych problemów - może 2 rzeczy warto zaznaczyć - w tym czasie ja musiałem podjąć kilka ważnych decyzji odnośnie mojej pracy i kariery i nie czułem że M potrafi mi pomoc, czułem się sam ze swoimi problemami. Dodatkowo wydarzyła się jedna sytuacja która jak się teraz okazuje bardzo zabolała obojga z nas (choć wtedy myślałem że tylko mnie). Otóż M zaczynała nową pracę i w moje urodziny zdecydowałem się jechać ponad 200km żeby kupić M samochód którym mogłaby dojeżdżać do pracy. Sam samochód był bardzo drogi i o wiele lepszy od mojego ale chciałem żeby M była bezpieczna i szczęśliwa. Pewnie tylko ja to tak widzę ale był to dla mnie właśnie wyraz miłości. Choć nie oczekiwałem niczego w zamian myślałem że M. weźmie mnie pod uwagę w swoich planach na weekend (skoro nie obchodziliśmy urodzin). W ten weekend przyjechała do M koleżanka. W sobotę nie mogłem z nimi wyjść od rana jednak miałem nadzieję że wrócą popołudniu żeby spędzić jakoś czas razem. Myliłem się. Zadzwoniłem do M. późnym popołudniem - smutny że nie przyjechały - M nie potrafiła zrozumieć o co mi chodzi. Na niedzielę mieliśmy z M plany jednak M zdecydowała że w związku z tym ze jej koleżanka chce gdzieś tam jechać pojedzie z nią.... Po tym wszystkim czułem się dość okropnie i porozmawiałem o tym z M. a ona powiedziała że rozumie. Jednak teraz wypomina mi tamta sytuacje mówiąc że koleżanka przyjeżdża raz a my się mamy na co dzień i nie będzie umiała się inaczej zachować w przyszłości. M mówi też że od tego się zaczęły jej wątpliwości czy do siebie pasujemy.

Nadszedł luty tego roku i powstała sytuacja która powinna być błahostką przerodziło się w ogromny problem. W skrócie napiszę że poszło o przyjazdy do Polski na imprezy rodzinny - mieliśmy wykupione już bilety na loty do Polski jednak musieliśmy kupić dodatkowe ponieważ rodzina M zmieniła termin imprezy (z błahych moim zdaniem powodów). Ja nie rozumiałem czemu musimy się dostosowywać. Doszło do tego że M powiedziała że kupuje bilety i leci sama. Ostatecznie polecieliśmy razem ale ogromny niesmak pozostał. Bo M oczekiwała ze po prostu powiem ok bez gadania a ja potrzebowałem przynajmniej czuć że jestem brany pod uwagę z moją odmienną opinią.

Od tego czasu zaczęło się wszystko walić. Czuję brak empatii i jakiekolwiek zrozumienia. Czuję obojętność ze strony M. Próby rozmowy z M o moich odczuciach i o tym co mnie boli najczęściej kończyły się odbieraniem tego przez nią jako atak lub tym że mówiła że to co czuję to absurd. Ja zawsze byłem otwarty na rozmowę z jej strony i jeżeli ją coś bolało zawsze chciałem to zrozumieć.

Po kilku miesiącach życia w zawieszeniu M zdecydowała się wyprowadzić. I tu znowu poczułem coś absolutnie okropnego. Nie rozumiałem jak można się nie dogadać w tak błahych sprawach i jak to może doprowadzić do rozpadu małżeństwa. Rzeczy które usłyszałem przez ten czas od żony i jej obojętność na mój ból dźgały w serce jak strzała. Od niedowierzania przechodziłem w panikę. Próbowałem wszystkiego - poradni małżeńskiej, rozmów z jej rodziną itp. Znów walczyłem o nas ale w zamian dostawałem obojętność i oschłość.

Ostatecznie M się nie wyprowadziła choć niestety sytuacja nie uległa znacznej poprawie. Żyjemy w zawieszeniu i chwile względnej normalności przeplatane są chwilami nieporozumień. Ja czuję że straciłem sens życia bo kiedyś była nim dla mnie M. Czuje się cholernie samotny bo tak jak kiedyś M była moim najlepszym przyjacielem teraz czuję że ją drażnię. Czuję że nie mogę już dzielić się z nią moimi odczuciami bo ona i tak odbierze to jak atak. Czuję że jedyne rozwiązanie abyśmy byli jeszcze razem szczęśliwi to abyśmy się nawzajem starali przywrócić w sobie wiarę w ten związek i zaufanie do siebie. Potrzebujemy nawzajem sobie pokazywać że nam na sobie zależy i dbać o nasz związek. Ja się staram na ile mogę ale obojętność M odbiera mi siły. Powiedziałem to właśnie M ale ona po kilku dniach namysłu powiedziała że nie jest w stanie dać mi tego co ja potrzebuję.

Chcę jeszcze dodać że większość naszych spięć dotyczy(ła) błahostek. Jest jednak jeden temat który bardzo często powraca - rodzina M. Ja nie mam żadnych negatywnych odczuć w ich kierunku jednak boli mnie kiedy M dokonuje wyborów które pokazują mi że jej mama/rodzina jest dla niej ważniejsza niż nasz związek zapominając jak bardzo jej mama nią manipulowała (ja jej pomogłem z tego wyjść) i jak wiele razy jej rodzice wybierali własne potrzeby ponad jej potrzebami (wtedy również ja pomagałem M i wspierałem ją). Ja wierzę że kiedy wchodzi się w związek małżeński to zaczyna się budować własną rodzinę i to ona staje się najważniejsza. Był bardzo długi czas kiedy M też tak myślała jednak i to się zmieniło.

Kiedy przypominam M że kiedyś była szczęśliwa - mówi że tak naprawdę nie była i że cały czas liczyła że coś się zmieni. Innym razem mówi że mogłem się starać wtedy kiedy ona też się starała bo teraz jest za późno.

Najbardziej brakuje mi tego poczucia że M zależy na mnie, na nas. W zamian często czuję że rozmowy ze mną traktuje jak zło konieczne.

Bardzo Was proszę o jakąkolwiek poradę. Czy jest coś co mogę zrobić żeby uratować nasze małżeństwo? Jak mam sobie radzić z to wszechogarniającą samotnością w małżeństwie i brakiem zrozumienia? Gdy patrzę na nią wciąż widzę tą osobę która zawsze była przy mnie.

Mam też kilka pytań do Was:

1) Czy to jest normalne że ludzie patrzą na cały związek z perspektywy tego co stało się ostatnio tzn. jak jest dobrze to związek jest dobry, jak pojawiają się problemy to związek jest zły. Czy nie jest to wyraz braku dojrzałości?

2) Zaobserwowałem też że wiele z tej nowej obojętnej M jest w jej mamie. Naprawdę nie chcę nikogo urazić i z góry przepraszam ale proszę powiedzcie czy koniec końców niektórzy ludzie porostu i może nawet podświadomie powielają schematy wyniesione z domu - a gdy zwraca się im na to uwagę reagują agresją.

Z góry dziękuję Wam za każde słowo i pomoc.

Na koniec jeszcze jedna wielka prośba - wiem że nie wielu zechce się czytać całe moje wypociny and proszę - powiedzcie czy ja jestem nienormalny w swoich potrzebach bo tak czasem się czuję przy M.

2 Ostatnio edytowany przez sarenka1990 (2013-11-12 23:08:17)

Odp: Samotność w małżeństwie

co do Twoich pytań :

1 - to brak dojrzałości,odpowiedzialności. związek polega na partnerstwie,zrozumieniu,wspieraniu siebie i przezywciężaniu ciężkich chwil. Moim zdaniem fundamentem związku  jest uczciwość i szacunek wobec partnera. Moim zdaniem Wasz problem leży gdzie indziej, a to co doświadczasz to tylko rezultat tego, co naprawde jest chorobą w Twoim związku.

2- co do powielania schematów- jest to jak najbardziej prawdziwa teoria.

Wydajesz się wartościowym i uczuciowym mężczyzną, porozmawiaj z żoną, na spokojnie, powiedź jej to co tu opisałeś, niech ona też powie to co ona myśli i razzem ustalcie , co będzie  z Wami dalej.

ja trzymam kciuki za Wasz szczęśliwy finał i podziwiam Cie za Twoją walkę,jaką wkładasz w ratowanie rodziny.

3

Odp: Samotność w małżeństwie

Dziękuję Ci za odpowiedź sarenko. Poczułem się lepiej czytając co napisałaś. Fajnie jest usłyszeć coś miłego o sobie smile

Twój opis związku pokrywa się z moją wizją. Jeśli mogę zapytać - co myślisz jest chorobą naszego związku?

Co do pkt 2 - jak rozmawiać z osobą która powiela (chyba nieświadomie) takie negatywne schematy. Czy da się coś z tym zrobić?

Dzięki raz jeszcze za dobre słowa.

4

Odp: Samotność w małżeństwie

Wiesz,psychologiem to ja raczej słabym jestem,jednak to co mnie bardzo uderzyło w Twoim opisie sytuacji jest właśnie ta "pępowina" Twojej żony z jej matką i uważam,iż wpływ rodzica na dziecko ma tutaj bardzo duże znaczenie.Pisze to dlatego,iż znam może nie bliźniaczą, ale dośc analogiczną sytuację , gdzie córka była totalnie zmanipulowana przez rodzica, nie potrafiła podejmować własnych decyzji i swoje życie układać tak jak ona chce.

co w takiej sytuacji robić ?

uważam że  wyjściem jest wizyta u psychoterapeuty. w naszych współczesnych czasach to żaden wstyd, ludzie często nie zdają sobie sprawy gdzie leży  przyczyna problemu, dlatego tylko postronna osoba niezaangażowana w żadną ze stron po rozmowie mogłaby "wyciągnąc" wnioski i ewentualne "diagnozy"  obecnego stanu rzeczy.

5

Odp: Samotność w małżeństwie

farti eh... cóż można powiedzieć, bardzo mi przykro, że znalazłeś się w takiej sytuacji. W pierwszym momencie wydawało mi się, że w Waszym związku brakuje rozmów. Jedno oczekuje, że drugie na coś wpadnie, a jak tak sie nie staje to zonk. Potem napisałeś, że rozmawiasz i mówisz, co Ci na sercu leży, więc wydaje mi się, że to raczej Twoja żona ma problem z rozmowami. Ewentualnie za późno zaczęliście rozmawiać w ogóle.

Nie znam się na pępowinach, ale nie wiem jak musi być ona silna, że tak działa na odległość... Wydaje mi się, że Twoja żona była i jest nie do końca dojrzała i tu tkwi problem.

Co można Ci poradzić? Diabli wiedzą... no rozmowę z mądrym psychologiem, na pewno. Co jeszcze? Jakbyś był silniejszy psychicznie to wyprowadzkę.

6

Odp: Samotność w małżeństwie

Farti,

współczuję, naprawdę...
Twoja żona sprawia wrażenie nie do końca dojrzałej. Może przerosło ją to wszystko? Ile ma lat? Wydaje się dość niestabilna emocjonalnie...

Nie wiem, co Ci doradzić... Na pewno musisz jeszcze raz z nią usiąść i powiedzieć jej to, co tu napisałeś. Zaproponuj wspólną terapię - jak myślisz, jak na to zareaguje? Bądź delikatny, bo ona ewidentnie jest bardzo wrażliwa na swoim punkcie...

Siły życzę!

7

Odp: Samotność w małżeństwie
farti napisał/a:

Kiedy poczułem że M jest sensem mojego życia, że mnie zawsze zrozumie żę mogę dla M zrobić więcej niż dla siebie, że mogę i chcę robić dla niej rzeczy wbrew samemu sobie...

To jest praprzyczyna całego zła, które cię spotkało. To tak naprawdę wtedy właśnie wtedy zaczęło się wszystko walić, bo nikt nie jest w stanie udźwignąć takiego ciężaru. Zrób coś z tym, żeby Twój kolejny związek też się nie wyłożył na tej muldzie.

Z żoną się oczywiście rozwiedź (całe szczęście, że nie zdążyliście spłodzić dzieci). Albo, w ostateczności, choć dla mnie to bez sensu próbować układać sobie życie z kimś kto mnie nie szanuje, wnieś pozew o separację.

8 Ostatnio edytowany przez farti (2013-11-13 13:26:44)

Odp: Samotność w małżeństwie

Dziękuję Wam bardzo za przemyślenia.

Sarenko,
Nie powiedizalbym ze moja żona jest totalnie zmanipulowana jednak to co obserwuje to to że ona się zmieniła, stała się bardzo jak jej mama choć w przeszłości kiedy mama nią bardzo manipulowala dzięki mnie dostrzegała wiele z tych negatywnych zachowań i nie chciała taka być. To tez dawało mi nadzieje ze tak się nie stanie.
Poprzez to ze M upodobnila się do swojej mamy to tez ma duża potrzebę kontaktów z nią i choć zaprzecza kiedy jej to sugeruje ale wiem ze rozmawia z mama o naszych problemach i może podświadomie ale jej mama ma wpływ na jej zachwanie. Ostatnio mieliśmy tego przykład - mieliśmy spięcie w sklepie w niedziele ale jakoś się rozeszło po kościach. Niedziela minęła spokojnie ale w poniedziałek po powrocie M z pracy już spokojnie nie było. Dodwiedziłem się pózniej ze w poniedziałek rozmawiała o nas z mama (choć początkowo zaprzeczala) i spięcie z niedzieli urosło do wagi problemu który zabija w niej nadzieje. Wiem ze może jestem naiwny ale chyba jak jest taki problem to się najpierw rozmawia ze współmałżonkiem a nie z innymi ludźmi.

Zaproponuje wizytę u psychoterapeuty choć wiem że M nie widzi problemu w swoim zachowaniu i relacjach z mama.

Dzięki raz jeszcze sarenko. Pozdrawiam.

Teo,
Co do rozmów to niestety często słyszę od M ze jest ich zbyt wiele i ze walkujemy te same tematy... Wiec raczej to nie problem. Problemem jest brak porozumienia w tych rozmowach który moim zdaniem wynika z odrzucania przez M rozwiązań które ja proponuje i nie proponowaniu nic w zamian. Często czuje ze jedynym rozwiązaniem byłaby moja uległość w stosunku do M. To z reszta jest schemat który obowiązuje w jej domu rodzinnym ale ja nie jestem takim facetem jak ojciec M i nie byłbym szczęśliwy w takim układzie.

Co do dojrzałości to staram się pokazywac M ze niektóre jej zachowania obrazują niedojrzałość ale w zamian słyszę "ok to jestem nie dojrzała" albo "to po co ze mną jesteś".

Wyprowadzka jest już teraz bardzo blisko choć tak jak napisałem jest cześć mojego serca która wciąż widzi w M kogoś kto zawsze był przy mnie i kochał prawdziwie. To sprawia ze nie jest to łatwe. Dodam tez ze od dziecinstwa miałem problemy w stosunkach z moja mama i nie czułem ze doświadczam od niej prawdziwej miłości i ze akceptuje mnie tym kim jestem. To M była pierwsza osoba od której poczułem prawdziwa miłość i może tez dlatego tak walczę. Ostatnio dowiedziałem się ze moja mama dziękowala M za to ze ze mną jest pomimo ze jestem trudny sad To tez tylko potęguje moje uczucie samotności.

Dzięki raz jeszcze Teo za Twoją opinie. Pozdrawiam

Pig-headed,
Żona ma 30 lat. Czaem czuję podobnie do twojego opisu jeżeli chodzi o jej dojrzałość...

Niestety rozmawiałem już wielokrotnie o tym wszystkim i nic. Chociaż czytając to co napisałaś pomyślałem ze poproszę żonę o podobny opis jej perspektyw do tego co ja napisałem tu na forum. Może jest coś co ja złe interpretuje lub pomijam... Może to pozwoli mi lepiej zrozumieć... Myślisz ze to dobry pomysł?

Dziękuje za życzenia siły i dobre słowo. Pozdrawiam

Wont,
Myśle ze jest dużo prawdy w tym co napisałeś. Do teraz myślałem ze na tym polega prawdziwa miłość a tez niczego innego bym nie pragnął od M. M z reszta myślała podobnie przez długi czas.

Nie wiem czy znacie taki film "Zakochany bez pamięci" albo angielski tytuł "Eternal sunshine of the spotless mind". W dużym skrócie chodzi w nim o to ze mimo różnic 2 ludzi do siebie ciągnie jeżeli są sobie pisani. Kiedy pierwszy raz zobaczyliśmy ten film dobrych 8 lat temu to M miała taka wrażliwość i jej bardziej się podobał niż mnie. Kiedy mieliśmy spięcia i ja miałem wątpliwości co do sensu bycia razem mówiła mi "pamiętasz ten film - jest jest jeszcze miłość i ona jest najważniejsza" to budowało we mnie to poczucie ze nieważne jak będzie to jesteśmy sobie pisani i z każdych problemów wyjdziemy. Teraz już tylko dla mnie jest to ulubiony film i tylko ja wierze w taka miłość.

Postaram się niedopełnienie już takiego błędu choć myślałem ze to jest tez to czego M pragnie...

Raz jeszcze dzięki za Twoją opinie wont. Pozdrawiam

9

Odp: Samotność w małżeństwie
farti napisał/a:

Niestety rozmawiałem już wielokrotnie o tym wszystkim i nic. Chociaż czytając to co napisałaś pomyślałem ze poproszę żonę o podobny opis jej perspektyw do tego co ja napisałem tu na forum. Może jest coś co ja złe interpretuje lub pomijam... Może to pozwoli mi lepiej zrozumieć... Myślisz ze to dobry pomysł?

Oczywiście, że to dobry pomysł, warto przynajmniej spróbować, chociaż... szczerze mówiąc, z tego co piszesz wynika jasno, że to koniec... Jeżeli Twoja żona zawiązała z własną matką niemalże komitet przeciwko Tobie, i relacjonuje jej każde Twoje potknięcie, jeżeli nie jest już nawet wobec Ciebie lojalna (bo wg mnie to jest brak lojalności. Co innego, gdyby to ona się starała, ale wciąż byłby między Wami spięcia... Ale Ty starasz się z nią rozmawiać, to ona jest całkowicie wycofana), to nie wiem, czy jest jeszcze jakaś szansa dla Was. Co więcej, na Twoim miejscu starałabym się spojrzeć na sprawę z boku, postarać się choć na sekundę odciąć od własnych uczuć i emocjonalnej strony sytuacji, w której się znajdujesz, i odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie, czy po tym, co ona Ci robi, naprawdę chciałbyś jeszcze z nią być... Uzmysłowienie sobie, jak wiele Was przez ten czas podzieliło, na pewno będzie cholernie trudne, ale może pozwoli uniknąć błędów w przyszłości.

10

Odp: Samotność w małżeństwie

farti wiesz co, poczytaj sobie wątek Silkytouch http://www.netkobiety.pl/t57791.html
Widzę miedzy Wami pewne podobieństwa, choć ona walczy z mężem i o męża. Dziewczyna jest już dalej niż Ty, może  znajdziesz tam coś, rozwiązenie, podpowiedź, pocieszenie.
Nawet możecie się z Silky powspierać w tych Waszych walkach smile

Na tę chwilę tylko tyle mogę pomóc. Dodam jeszcze, że wyprowadzka będzie dobrym rozwiązaniem.

11

Odp: Samotność w małżeństwie

witaj farti

Wiem jak to jest bo coś podobnego przeżyłem co prawda moja żona słuchała się koleżanek (nie mamy) i podobnie mnie olewała (jak to można delikatnie tak powiedzieć) ja walczę cały czas widzę ze zona moja tez zaczyna walczyć i myślę ze powinno nam się na nowo ułożyć.Walcz do końca! bo nawet jak nie wyjdzie to  nie będziesz miał wyrzutów ze czegoś nie zrobiłeś/nie próbowałeś .Oczywiście na spokojnie walcz nie pod wpływem emocji (wiem ze to trudne ale się da) według mnie separacja to nie jest dobry pomysł bo gdzie pójdzie twoja zona jak nie do mamy? a wtedy będzie jeszcze gorzej próbuj pomału małymi krokami nie wszystko na hura.Morze to głupie ale spróbuj z nią oglądnąć ten film PRÓBA OGNIOWA jak nie będzie chciała z tobą go obejrzeć to niech nawet obejrzy go z mama swoją albo sama może to da twojej zonie coś do myślenia

trzymam za ciebie i twoją żonę kciuki i nie PODDAWAJ SIĘ!!

dawaj znać jak coś się obudzi na lepsze

pozdrówka

12

Odp: Samotność w małżeństwie

walcz na ile sił Ci  starczy -wreszcie kiedyś zrozumiesz ,że szkoda czasu.....alkoholizm sie leczy jak podobne inne choroby ale mama i córka oj cięzko to widzę tak samo jak  chore  relacje mamusia synuś..... sad
bardzo mi przykro ale jesli wiecznie przekładasz jej szczęście nad swoje.....skonczysz podobnie do mnie tyle ,że ja mam juz 3 dzieci......

mądry chłopak jesteś i z tego co  wyczytałam bardzo uczuciowy.... zasługujesz na miłość odwzajemnioną,,,,,,, taka prawda.

jakiego potrzebujesz  zranienia żeby to  zrozumieć?????

13 Ostatnio edytowany przez annabednarek (2013-11-22 23:34:30)

Odp: Samotność w małżeństwie

Cześć,wprawdzie on nie był mężem .kochałam go a on się mną bawił ,zdradzał ,robił co chciał  a ja ?walczyłam o niego przez całe dziewięć miesiecy ciąży...po co ?by teraz stwierdzić że jedna osoba nic nie zdziała jak druga nie chce ,zresztą usłyszałam nie chce ciebie ani tych dzieci ,a w sądzie powtórzył to samo .na siłe nic sięnie da .smutne to że czasem tak jest okazanie komuś bezgranicznej  miłości i  oddania obraca sie przeciwko nam ja tego właśnie doznałam .kiedy o tym zapomne ?mam tego potwornie dosyć.   Jestem sama z dwójką córek ,moich i tylko moich .Dodam jeszcze źałuje tych wszystkich moich próźb żeby został ,żeby był ojcem dla dzieci ..nie dawno się dowiedziałam że odszedł bo miał już inną ,

Posty [ 14 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Samotność w małżeństwie

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026