Czuję się samotna już od bardzo długiego czasu. Wiele rzeczy w moim, a raczej naszym - małżeńskim życiu się wydarzyło, powoli czuję się przytłoczona małżeństwem, a raczej samotnością w małżeństwie...
Tworzymy parę od ponad 7 lat, od ponad 5 jesteśmy małżeństwem. Mamy 2 dzieci, które kocham ponad życie, wypełniają je po brzegi, ale ostatnimi czasy czuje, że tylko na tym moja rola jako człowieka polega... Mój mąż dużo pracuje - w chwili obecnej jest jedynym żywicielem rodziny, co prawda nie jesteśmy ubodzy, ale żyjemy od wypłaty do wypłaty - rachunki, kredyt hipoteczny, zaspokojenie potrzeb dzieci, żywność, chemia, kosmetyki pochłaniają cały dochód co do grosza. Czuję się sfrustrowana tym, że całymi dniami siedzę sama w domu z dziećmi. Bywają i miesiące kiedy nawet i w niedziele mój mąż idzie do pracy. Oczywiście jestem dojrzałą emocjonalnie kobietą i zadaję sobie sprawę, z faktu iż w naszym kraju wóz albo przewóz i w pełni akceptuję pracę mojego męża - dzięki niemu żyjemy na określonym poziomie! Wracając jednak do mojego sfrustrowania, bardziej wpływa na nie raczej fakt iż po powrocie z pracy jestem ignorowana bądź co gorsza mój mąż jest dla mnie oschły, burkliwy, obraża się o każda uwagę, nigdy nie może zrobić czegoś o co go poproszę, burczy na starsze dziecko czegokolwiek by nie zrobiło. Ogólnie rzecz biorąc mam wrażenie, że wraca do domu za karę. Jest mi przykro, że po całym dniu w ' samotności ' i wieczór tak spędzam. Mąż kiedy ma cokolwiek ze mną zrobić jest zmęczony. Jedynym wyjątkiem są sytuacje kiedy ma ochotę na sex - przyznam szczerze, że rzadko mam ochotę na cokolwiek z prostego względu - po całym dniu z dziećmi jestem zmęczona, a sposób w jaki traktuje mnie mój mąż sprawia, że jestem zła i smutna, a nie pobudzona. Mój mąż oczekuje, że po tym jak na mnie burczy, wyzywa pod nosem że o coś go poprosiłam, przeklina sam do siebie rzucę mu się na szyje... Sytuacja diametralnie zmienia się kiedy mąż umówi się z kolegą/ami. Na jego twarzy pojawia się uśmiech, nagle znajduje tematy do dyskusji których ze mną nigdy nie ma!!! Jest pogodny, bardzo rozmowny, słucha co koledzy do niego mówią. W towarzystwie sprawia wrażenie miłego - dla mnie. Ale chwile po tym jak drzwi za kolegami się zamkną wszystko wraca do stanu sprzed wizyty znajomych. Chociaż nie do końca jestem wtedy ' ważna ', bo ważniejsi są koledzy, to co akurat robią np. xbox, alkohol. W towarzystwie mężowie/partnerzy moich koleżanek przytulają swoje kobiety mówią im czułe słowa, a mój maż po prostu jest uśmiechnięty - wielokrotnie przez 2 czy 3 godziny np. gry nawet mnie nie dotknął w sensie przytulenia, pocałowania choć by w policzek. Nie było by w tym nic złego ponieważ zazwyczaj z jego kompanami do gry przychodzą moje koleżanki i wtedy też mam zajęcie. Ale umilanie sobie czasu przez mojego męża dopiero na takich domowych schadzkach się zaczyna. Problem trwa od ok. 2 lat - przykład: w ubiegłym roku kiedy to mój mąż obchodził urodziny nie urządzał żadnej imprezy i w efekcie 2 czy 3 razy odwiedzili go koledzy z alkoholem. Jedna z tych sytuacji zakończyła się w sposób taki, że mój mąż wychodząc ok 23 aby odprowadzić kolegę na autobus wylądował w pubie po czym bez uprzedzenia mnie wrócił o 4 rano - telefon był wyłączony, twierdzi że się rozładował. Wielokrotnie mnie okłamywał, że wypije np. 2 piwa a wracał po 5 czy 6 oczywiście kłamiąc mi w oczy, że tak nie jest dopiero drugiego dnia przyznawał się aby mnie udobruchać i nie musieć wysłuchiwać mojego gadania. Kilkukrotnie wybierał kolegów - mieliśmy niesprecyzowane dokładnie plany na wieczór np. oglądnięcie wspólnie filmu czy cokolwiek innego - w ostatniej chwili dzwoni kolega z propozycją wyjścia mój mąż mimo, że chwilę prędzej chciał iść spać bez oglądnięcia filmu, bo padał z nóg wybywa z domu na skrzydłach z kolegą. Były też takie sytuacje gdzie wracaliśmy do domu od znajomych, gdzie to mój luby grał 3 czy 4 godziny z kolegami w xboxa i jedzie odwieźć fotelik samochodowy ( tylko odwieźć fotelik ), a wraca za 3 godziny, bo grał jeszcze z kolegą. Była też taka sytuacja, że zaprosił bliskiego znajomego, który pomógł nam przy przeprowadzce kiedy kupowaliśmy mieszkanie żeby coś z nim wypić. Oczywiście nie był by sobą gdyby nie zrobił czegoś co mnie zdenerwuje - idzie rzekomo odprowadzić kolegę na taxówkę ( co od razu wydało mi się podejrzane, bo przecież taxi zamawia się telefonicznie w dzisiejszych czasach ). Po 10-15 minutach wchodzi do domu - widziałam, że coś jest nie tak - zapach i oczy nie te. Twierdzi ze poszli do sklepu na ' kielicha ', ale sklep jest daleko i 15 minut nie wystarczyło by pytam co palił ( wiem, że ten kolega ma takie zapędy ) - zarzeka się, że nic. Za chwile dowiaduje się, że skręta. A w domu dziecko, które nie śpi i tatuś wracający po skręcie do domu...
Ja właściwie nie wychodzę z domu, jeżeli już to w 99% przypadków z dziećmi! Zazwyczaj są to wizyty u koleżanki, która też ma dziecko/dzieci. Nie mam żadnych zajęć typu aerobik, babskie wieczory raz w miesiącu czy cokolwiek innego jest to głównie spowodowane finansami, a za raz po tym brakiem czasu - siłą rzeczy kiedy mąż pracuje ja zajmuje się dziećmi. Zaś wieczorami marze o ciszy, która w ciągu dnia jest towarem luksusowym, czułym słowie, rozmowie o ważniejszych czy też mniej ważnych sprawach. Ale niestety tak nie jest, mój mąż nawet wtedy kiedy chcę wieczorem oglądnąć coś co mnie interesuje, a go już nie bardzo rzuca hasłem ' spoko, oglądaj sobie co chcesz ja w takim razie idę spać ' - jak gdyby ważniejsze dla niego było to co leci w tv niż ja...
Mam już po prostu dość! Chciałabym być szczęśliwa z moim mężem tak jak kiedyś, za starych czasów. Chciałabym żebyśmy spędzali czas razem, żebyśmy rozmawiali ( cały czas staram się o czymś rozmawiać, ale mój mąż albo jest zmęczony, albo przeszkadzają mu dzieci, albo nie ma zdania na owy temat, albo on milczy i poburkuje ' yhym' a ja sama do siebie mówie), żeby wolał spędzać czas ze mną nie z innymi. Dlaczego ja nie czuje potrzeby wychodzenia z domu? Pytałam go kiedyś dlaczego potrzebuje tak tych wyjść skoro kiedyś tego nie robił ciągle odpowiadał że nie wie, aż w końcu powiedział mi, że się ze mną nudzi...
Czy tylko mi wydaje się, że coś jest nie tak skoro mąż jest naburmuszony, nie miły, burkliwy, wykorzystuje każda okazje żeby wyjść gdzieś z kolegami, o niczym ze mną nie rozmawia, a twierdzi, że mnie kocha. Dla mnie to bardziej przyzwyczajenie niż miłość. Ja sama nie wiem co czuje z jednej strony bardzo mnie to boli i czuje się ' nieszczęśliwie zakochana ', a z drugiej mam tego dość... Czasem zastanawiam się co by było gdyby...
Po prostu chciałabym być szczęśliwa i czuć sie kochana, adorowana, ważna.
Przepraszam, że aż tak się rozpisałam - bez ładu i składu zapewne, ale nawet i te wypociny nie oddają tego co czuje. Chciałabym aby ktoś mógł zagłębić się w moją duszę i poczuć to co czuję kiedy osoba mająca być najbliższą mi na świecie wybiera innych i móc powiedzieć co mam zrobić żeby to zmienić!
Czy są tu kobietki, które czują się tak jak ja bądź czuły się i dały radę do zmienić?