Już nie wiem co o sobie pisać...byłam tu tyle razy, myślałam,że wszystko wiem i nie dam się wykorzystać już nigdy.
Jestem kobietą kochającą za bardzo...chorą na miłość, kobietą żebrzącą uczuć, naiwną do potęgi entej, której nadrzędnym celem życia jest mężczyzna, który niczym wyimaginowany dziecięcymi fantazjami, był ucieczką od traumatycznego dzieciństwa.
Nikt nie jest dla mnie tak ważny jak mężczyzna z którym byłam, czy jestem, a im więcej on mnie olewa i mnie rani, tym bardziej chcę go naprawić. Ech i co z tego,że mam wiedzę na ten temat, skoro ciągle i ciągle to powtarzam? Czy aż tak bardzo siebie nienawidzę?
Postanowiłam-to koniec!
On robi wszystko, od scen, płaczu, proszenia na kolanach...Jak się nie pozwolić złamać? Przerabiamy te nasze chore tango szarpane 6,5 roku, rujnuje to cały dom...raz wyprowadził się i nie było go 8 miesięcy-na moje życzenie...a potem? Nadzieja,że zrozumieł, że teraz już mnie nie skrzywdzi...ech...dziecinada. Jestem wściekła na siebie,że na innych płaszczyznach radzę sobie ok, a w tej dostaję małpiego rozumu...
I żal mi go, bo cóż on beze mnie pocznie...i boję się bycia "samej"- mam dzieci...
Na wygląd mówią mi, jesteś atrakcyjną babeczką, mądrą i konkretną...a ja czuję się jak ostatnia łajza,brzydzę się siebie,czuję jak ropucha...czuję się głupią niezrównoważoną babą do której nie przemówią w końcu żadne fakty nt. jej związku z psychofagiem i dopiero jak zdechnie pod płotem to może zrozumie...bo ile razy można????ile szans? ile nadziei?
Całe życie...od psychofaga do psychofaga...
Co zrobić żeby wytrzymać w postanowieniu, iedy on najszybciej to wyprowadzi się za miesiąc...a manipuluje na wszystkie możliwe sposoby,żebym znowu wpadła do jego bagienka...